Ból.
Przeszywający i palący. Zaczynający
się w lędźwiach i rozchodzący się po całym ciele. Rozdzierający
ciało i umysł na miliony kawałeczków przy prawie każdym ruchu.
Ból sprawia, że łzy cisną się do
oczu, sprawia, że czuję się niedołężna i przestaję się czuć
człowiekiem, wolnym i niezależnym. Jednocześnie ból sprawia, że
czuję, że żyję.
Taka błahostka, zdawałoby się. Niby
nic, bo przecież z tego wyjdę, bo przecież nie potrwa to długo.
Wyeksploatowałam swój organizm do cna, pracując 60 godzin w ciągu
jednego tygodnia i stale, pomimo zmęczenia mówiąc sobie, że nic
mi nie jest. Że przecież nie jestem, nie mogę być mięczakiem. Bo
nim nie jestem, bo skoro inni dają radę...to ja mogę biegać po
oddziale wręcz za dwóch, bo jestem najmłodsza. Zniszczyłam swój
organizm swoją własną głupotą, lekceważąc początkowy ból,
śpiąc na zimnej podłodze, na której położyłam tylko koc, bo
musiałam, już naprawdę musiałam przez niedosypianie przespać się
na nocnym dyżurze.
No i doigrałam się.
Zapalenie korzeni nerwowych, zabrzmiał
wczoraj wyrok u lekarza. Wczoraj po prostu już nie dałam rady,
kiedy poszłam na swój dyżur. Rano nic mi nie było, z godziny na
godzinę było coraz gorzej. Bo niby nic nie robiłam ale jak
człowiek pomyśli...samo podawanie śniadania, sterczenie nad czyimś
łóżkiem w niewygodnej dla kręgosłupa pozycji już robi swoje.
Mięśnie, a raczej nerwy, bolały coraz mocniej, z godziny na
godzinę. Mam zakwasy, śmiałam się. Aż przyszło do przewijania i
prawie popłakałam się nad jednym z łóżek.
Prawie popłakałam się z bólu, bo
każdy ruch ręki bolał plecy jak milion wbijanych w nie igieł. Ale
to nic, mówiłam sobie, wyszłam z pokoju, wzięłam jakieś leki
przeciwbólowe....bo przecież nie jestem mięczakiem. Przecież dam
sobie radę.
Na szczęście, jedna z pielęgniarek
była ode mnie mądrzejsza. Ta, która dużo krzyczy, ma dziwne
zagrania, ale jak przyjdzie co do czego, nie da nikogo skrzywdzić i
ma serce na dłoni. Ta, która stale mi powtarza, że przypominam ją
z młodości. Mam wrażenie, że z młodości, w której jeszcze nie
przygniotły jej pewne życiowe sprawy.
Ale ona tym razem znów była dla mnie
jak mama, jak wiele kobiet z którymi pracuję. Kazała położyć
się na wolnym łóżku, posmarowała plecy przeciwbólową maścią,
a ja podczas tego dziwnego masażu prawie wyłam z bólu. Wzięła
się za moją pracę, nie pozwalając mi się wykłócać, że to nic
takiego, że przecież dam sobie radę. Bo nie lubię, jak ktoś ma
robić coś za mnie. Nienawidzę nikogo wykorzystywać. Nienawidzę
być nieporadna, niesamodzielna.
Cóż. Kolejna rzecz, którą mam po
swojej matce.
W końcu pielęgniarka i Mama
Oddziałowa wygoniły mnie do domu, a raczej do lekarza. Wyczekiwały,
czy ktoś po mnie przyjdzie, bo przecież nie puszczą mnie samej do
domu. Bo przecież wyglądam, jakbym zaraz miała zemdleć z bólu.
Cóż, tak właśnie się czułam. Na szczęście Mąż nie poszedł
jeszcze do pracy, miał popołudniową zmianę i doprowadził mnie,
jak 80 letnią staruszkę, pod drzwi lekarskiego gabinetu.
Zapalenie korzeni nerwowych,
usłyszałam. Niby nic takiego, ale zawsze może zniszczyć ci
zdrowie na zawsze.
Dostałam silne leki przeciwbólowe,
które chyba i tak niewiele dają. Dostałam leki antyspastyczne,
które powodują, że zaraz po nich zasypiam.
Usłyszałam, że muszę zwolnić,
odpocząć, dużo leżeć. Zrelaksować się.
To o wiele trudniejsze, niż
przyjmowanie leków. Ból jednak robi swoje i każe leżeć
grzecznie w łóżku, pomimo szaleńczych zrywów, w których chcę
po prostu pozmywać albo sięgnąć sama po kubek i zrobić sobie
herbatę. Bo uwierzcie, chwycenie kubka z herbatą jest nawet
wyzwaniem, czynnością, do której trzeba podchodzić ostrożnie.
Chwycić niedobrze, chwycisz za ciężki- i łzy perlą się w oczach
pomimo leków krążących w żyłach i znieczulających niepokorne,
spięte mięśnie i zapalone nerwy.
To cholernie trudne. Ale może nie ma
tego złego, co by na dobre nie wyszło? Zawsze w to wierzę. I może,
ten ból, chwilowa niedyspozycja, to tylko kolejna lekcja. Kolejna
nauka, która prowadzi do pewnego rodzaju pokory.
Mogę odkryć, że nie jestem
niezniszczalna.
Mogę odkryć, że nawet ja nieraz
muszę skupić się na sobie i zwolnić.
Mogę odkryć, że mam na kogo liczyć
i pomimo swoich głupot w głowie może pewne sprawy jednak można
zacząć dostrzegać pod innym kątem.
Mogę nauczyć się pokory i zrozumieć
jeszcze bardziej tych, wśród których przebywam, którzy w bólu
rodzą swoją irytację i frustrację. Bo sama, po jednym dniu,
chodzę rozdrażniona, jak cykająca bomba.
Bo dzisiaj rano, po jednym dniu leżenia
w łóżku zdążyłam już zrobić awanturę, sama do niej
prowokując i sama krzycząc, podczas gdy mój Mąż patrzył na mnie
cierpliwie. Zdążyłam wypuścić demony, wyżyć się na kimś i
się popłakać. Moje działania zaczepne i drażniące wobec Męża,
moje działania z wiecznym „dam sobie radę”, byciem cholerną
„Zosią-samosią” odniosły pewien skutek. Po jednym dniu choroby
i uporczywego bólu już stałam się nieznośna...ale już po jednym
dniu wyładowałam swoją frustrację i pozwoliłam sobie wreszcie,
też przez ból, na łzy.
A te oczyszczają, a te pomagają. Znów
to samo- mogę sobie pozwolić na płacz, bo poprzedniego dnia
hamowałam łzy cały czas, uśmiechałam się, udając dzielną,
mimo bólu nie tyle psychicznego, co fizycznego. A teraz wreszcie
puściło. I jakby mniej boli. I jakby lżej na duszy.
I nawet, całą tą chorobę, którą
na siebie sama sprowadziłam, mogę postrzegać jako lekcję. Mogę
postrzegać...jako dar.
Łatwo mi, bo wiem, że z tego wyjdę,
łatwo mi, bo wiem, że ból się skończy. Nie jak ci, którzy bólem
zostali obdarzeni na zawsze. Jak moja matka. Jak moi podopieczni. Jak
moi znajomi z wiecznie utrudnionym życiem przez swoje choroby albo
tzw. niepełnosprawności. Łatwo mi wobec nich, wrócę do swojego
życia bez bólu. I to uczy też pokory, to uczy szanować życie.
Jestem obolała, niesprawna, przez co
jestem rozdrażniona, jestem zła. Na siłę sobie samej, a także
całemu otoczeniu próbuję udowodnić, że jest inaczej. Daję sobie
przecież radę. Nie umarłabym, gdybym była sama. Ale może
przesadzam, gdy próbuję sama zrobić sobie śniadanie, sprzeczna
sama z sobą. Gdy jednocześnie chcę pokazać „potrafię sama” i
zwijam się z bólu, zwijam i jestem zła, że nikt mi nie pomaga.
Chociaż on stoi obok i mówi idź się połóż, ja to zrobię. Nie
dociera to do mnie. Jestem w jakimś dziwnym amoku, tym dziwnym
stanie, który często mnie przecież ogarnia.
Bo czasem chcę, żeby ktoś się mną
zajął. Chcę, żeby ktoś w końcu zrobił tyle rzeczy za mnie,
zdjął ze mnie wszystko, co dźwigam. A jednocześnie nie potrafię
odpuścić, jednocześnie nie umiem oddać swojego bólu, uparta,
przywiązana do swojej niezależności, do tego, że sama sobie
radzę. Ze wszystkim.
I to chyba doprowadza mnie na skraj.
Myślę, że to doprowadza mnie na
skraj moich dziwnych stanów, które zjawiają się równie
niespodziewanie, jak znikają. Stanów które ostatnio wyszły na
jaw. To jak pęknięcie wiecznie napiętej struny, która z ulgą
przyjmuje całe rozstrojenie. To stąd bierze się zabawa w pociągi,
zabawa ze stawaniem na skraju dachu, rzeczy, które ktoś może
odebrać jako chęć odebrania sobie życia.
Dziwne stany grudniowe i styczniowe,
dziwne stany sprzed lat. A ja nigdy nie chciałam odebrać sobie
życia, choć t tak wygląda, choć to pierwsze, o czym myślę. Ja
po prostu bywam wtedy strasznie zmęczona, jestem pękniętą struną.
Ale to pęknięcie trwa chwilę, zaraz
splatają się odpowiednie końce. Bo w mojej sile tkwi słabość
zmęczenia, ale ostatecznie to siła. Zawsze cofnę ostatni krok,
zawsze zrosną się pęknięte końce struny i zacznie grać ta sama
melodia.
Nigdy moje kości nie zrastały się
długo, długo nie zrastają się i rysy na duszy, choć blizny,
tkanki silne, acz martwe, zostają na nich na zawsze.
Teraz pękła struna mojego ciała. Jak
zawsze sądzę, że ten ból to skutek nie tylko pracy, zmęczenia
ciała ale i pewnego napięcia w duszy. Zmęczenia, gdy na wierzch
wypłynęły zwłoki niedawno pogrzebanych spraw, bo ktoś musiał
zakończyć to, co ja skończyłam wcześniej. Zmęczenie w
oczekiwaniu na rozmowy, które i tak nic nie musiały wyjaśniać,
ale ja, właśnie ja, nienawidzę czekać i to mnie męczy
najbardziej.
Zmęczyło się ciało, zmęczyła się
dusza.
To drugie może udawać aż do słynnych
krachów, które zdarzają się najczęściej w samotności, rzadko w
towarzystwie kogokolwiek. Bo jeśli płaczę z kimś, zaczynam się w
łzach topić, w innych przypadkach sama siebie powstrzymuję i
ratuję. Tak, dziwny ze mnie człowiek.
Wobec zmęczeń ciała nie sposób
udawać, gdy całkiem posypie się wieża. Gdy ciało staje się
strzaskaną kolumną z obrazów Fridy K., które śniły mi się
dzisiaj w nocy. Symbolicznie. Musiałam strasznie cierpieć, rzucając
się w pościeli i spychając z łóżka Męża.
Mogę nieraz udawać, scalać się i
potem cieszyć się życiem.
Ale czasem życie chyba chce mi
pokazać, że muszę spokornieć. Chce mi pokazać, że nie jestem
sama. Zsyła na mnie wielki ból, tak wielki, jakiego jeszcze nie
zaznałam, a uwierzcie, z tyloma wypadkami, tyloma złamanymi kośćmi,
znam się na bólu.
Może to właśnie nauka, że mogę
przecież nieraz prosić o pomoc. Jasne, muszę radzić sobie sama i
potrafię- ale nie muszę tego stale wszystkim dookoła udowadniać.
Może, pomimo pewnych przekonań, tego, czego nauczyła mnie matka,
może nawet dziwnego charakteru, mogę sobie pozwolić na odrobinę
egoizmu. Właśnie w takich dniach.
Pozwoliłam sobie zrobić więc
śniadanie. Płacząc, wijąc się z bólu. On wiedział, że to mi
jest potrzebne. Tyle razy był przy mnie, gdy pękały inne struny. I
mimo pewnej szorstkości właśnie, leczy je najbardziej, bo ta
szorstkość to też jego siła.
Płaczę, płaczę, płacz daje ulgę.
Tylko parę minut, jak na mnie tak wiele. Tyle starcza.
Idzie ze mną pod prysznic, myje mi
plecy, pośladki, myje mi nawet włosy. Trochę niewprawnie, bo kto z
nas zna się na myciu drugiego człowieka, póki to nie jest jego
pracą? Wiemy, jak szorować własne ciała. Rzadko wiemy, jak
całkiem nieerotycznie, ale z czułością, dbać o ciała chore,
nawet te, które cierpią tylko przez chwilę. Niewprawnie, ale te
ręce koją, te ręce leczą. Moje obolałe mięśnie, nerwy, tak
pomaga im ciepła woda, tak pomaga im dotyk. Nie silny, nie
erotyczny, ale pełen czułości. Nie musi być wprawny.
Poradziłabym sobie sama. Sama umyłabym
cholerne włosy. Ale nie o to chodzi.
Gdy czujemy ból, przede wszystkim
wtedy, nie chcemy być sami. I mamy nieraz prawo prosić o pomoc.
Mamy prawo prosić o czułość.
Muszę spokornieć. Przez te dni, muszę
spokornieć.
Ciepły prysznic uspokaja. Pełen
żołądek, choć drażniony lekami, przywraca spokój. Śmieszne
pojenie ciepłą herbatą.
Nie, nie będę zmywać. Poczekam aż
pozmywasz wieczorem. Walczę tym ze swoją obsesją.
Albo poczekam na Red, która przecież
też się mną zajmuje.
Przypominam sobie wczorajszy dzień. I
poprzednie rozmowy. Znów to do mnie dociera, że może muszę
przestać. Wobec niej, jak wobec innych ludzi. Może muszę przestać
być właśnie takim człowiekiem, który sam dużo daje, ale sobie
nie pozwala dać, nawet, jeśli ktoś chce to zrobić, nawet jeśli
to robi.
Może muszę przestać odgradzać się
murem swoich fanaberii, pozwalać się, pomimo lęków i zranień,
nieraz po prostu pozwolić się sobą zająć. Docenić w inny
sposób, mimo że docenia się podświadomie, wie się, że można
liczyć...zacząć liczyć na kogoś w dosłowności. Nie tylko w
teoriach, których człowiek sam się boi.
Może właśnie na tym to polega, żeby
chociaż w takich momentach, gdy sama zwijam się z bólu, liczyć na
kogoś. Nie udowadniać wręcz „poradzę sobie bez ciebie”.
I może powinnam podziękować za ten
ból, za to, że wręcz zwijam się momentami, pisząc te słowa.
Powinnam podziękować, bo on mnie uczy, że to ja jestem swoją
największą słabością. Bo może wreszcie otwarcie powiem sobie,
że nieraz się boję.
To przecież strach, o którym tak
rzadko mówię. Ból wydobył go na powierzchnię.
Zawsze muszę udowadniać sobie, że
sama wszystko udźwignę, udźwignę wszystko dookoła, też dlatego
że się boję. Uczyniłam ten lęk swoim sprzymierzeńcem, choć
nieraz daje mi on po twarzy.
Stary dobry syndrom dziecka alkoholika,
które rozwiązywało kłótnie, jako małe dziecko błaznowało, bo
próbowało wyciszyć szalejącego po alkoholu agresywnego ojca.
Syndrom zaradności dzieci alkoholików. Mur, który stawia się
swoją siłą. Bo przecież wtedy się przetrwało...przetrwa się i
teraz. Głęboko skrywany lęk, który przewartościowało się w
filozofię nieoczekiwania. Bo przecież wszyscy, których kochałaś,
odchodzili. Umierali. Jakoś ranili, jak to ludzie, bardziej lub
mniej. Nie oczekujesz więc i dźwigasz, a ze wszystkim dajesz sobie
radę sama.
To wszystko dodatkowo nasiliło się po
zdarzeniach końca września. Bo ci, których kochałam, zranili
głęboko. Stąd jeszcze większy lęk. Stąd jeszcze większy upór
i zasada „poradzę sobie sama”, zasada „nie będę mięczakiem”,
wykańczanie swojego ciała.
Czy zdawałam sobie z tego sprawę?
Oczywiście. Ale nie chciałam przerywać.
Aż dostałam swój ból. Swoją
chorobę.
I może przy niej trzeba spokornieć.
Może na nowo zlustrować lęki, które przedtem przecież były
pokonane dzięki jednej osobie, a pojawiły się na nowo przy dwóch.
Może trzeba spojrzeć na pewne rzeczy jak na dobrowolne męczeństwo
w środku duszy, bo czy to właśnie nie jest czymś takim?
A zawsze brzydziłam się męczenników,
byli dla mnie największymi hipokrytami.
Leżę więc w łóżku, nie znając
pozycji, która zmniejszyłaby mój ból. Jeszcze gdzieś w oczach
czają się łzy, ale te pierwsze już przeszły, już dały ulgę.
Jestem przez chwilę choć sama. On już
wyszedł do pracy. Ona jeszcze nie przyszła.
Za oknem szarość, w moim ciele ból.
Ale w duszy, pomimo rozdrażnienia, pomimo frustracji, zjawia się
światło. Bo ten ból, ta niezgrabność, być może właśnie są
lekcją. Jak wszystko dookoła nas, na co musimy tylko spojrzeć pod
odpowiednim kątem.
Moja choroba, chwilowa, bolesna jak
niewiele rzeczy w moim krótkim życiu.
Mimo wszystko, może dobrze, że mi się
zdarzyła, bo choć na chwilę mnie zatrzymała. Choć na chwilę
zmusza mnie do zdjęcia pewnej maski i przemyślenia sobie wielu
spraw. Dawnych i nowych lęków, własnych słabości w micie pewne
siły.
Dobrze, że mi się zdarzyła. Bo może
choć przez chwilę nauczę się mówić o pewnych rzeczach, może
pozwolę sobie na odpoczynek, na łzy. Na nie udowadnianie niczego
nikomu dookoła. Na nieudowadnianie pewnych rzeczy przede wszystkim
sobie bo...przecież tu nie ma nic, co trzeba udowadniać.
Może dobrze, że boli. Może dobrze,
że jestem unieruchomiona, aż chcę wyć.
Może dobrze, że boli, bo
przecież...ten ból, ostatecznie, sprowadza wszystko do czułości.
Bo wreszcie może zrozumiem w pełni.
Bo co innego wiedzieć, co innego czuć.
Może zrozumiem wreszcie, że to nie
tak, jak sądziłam.
Bo tak często miałam nieraz wrażenie,
że pewni ludzie są cholernie istotni w moim życiu- ale ja wcale
nie jestem ważna w ich. Bardzo dużo ludzi sądzi, że są dla mnie
najważniejsi, co jest prawdą. Ale ja nigdy nie dopuszczam myśli,
jak ważna mogę być dla nich. Trudno jest dopuścić mi w pełni do
siebie myśl, że znaczę cokolwiek.
Jakby pewne równania miłości były
nierównościami.
A tam zawsze był znak równości. I
może właśnie ból wydobył do na zewnątrz.
Może właśnie ból, znów, pozwoli mi
śpiewać o czułości...i brać ją od innych?
Choć przez chwilę zatrzyma mnie w
moim szalonym biegu.
I w tym szarym dniu, w tym otępieniu
lekami, w ciężkości powiek to dobra myśl. To cholernie dobra
myśl.
I po raz pierwszy od długiego czasu to
może choć trochę dobre, a nie niekomfortowe uczucie, że ktoś się
martwi. I może, kto wie, może to ból sprawi, że nauczę się
mówić „pomóż mi” wtedy, kiedy po prostu tego potrzebuję?
Zbudowaliśmy dom
Na poświęconej ziemi
Co stało się tam
Teraz dzieje się tu
Zimne poty i kozetki
To było najgorszym z moich lęków
Pomóż mi
Co nam pozostało, by o tym
porozmawiać?
P.S. Post pisany pod wpływem mocnych leków, więc...przepraszam za ewentualny chaos.
Ja pod wpływem silnych leków nie piszę w ogóle, bo to byłby bełkot xD Po Twoim tekście tego nie widać, więc spokojnie :)
OdpowiedzUsuńZa to dostrzegam zupełnie nową dla Ciebie sytuację i próbę jej przepracowania. Moim zdaniem udaną, bo czytam mądre wnioski. Już nieraz myślałam, że powinnaś odpuścić niekiedy, choć wcale nie znamy się jak łyse konie. To się samo nasuwało. Szkoda, że stało się coś tak okropnego, ale może właśnie wstrząsy są potrzebne.
Przede wszystkim jednak widzę cierpienie, które rozumiem w pełni. Nie ma słów na taki ból i każdy ruch sprawiający trudność (w moim przypadku ostatnio wręcz oddech), więc po prostu przytulam.
Dużo zdrowia i jeszcze więcej siły :*
Znaczy, ogólnie doszłam do wniosku, że leki, które działają na spastyczność osłabiają mi ciało ale...chyba wyostrzają umysł, mimo, ze gadam bzdury :D Ale czuję się trochę jak po fecie XD
UsuńI najgorsze, że ja to wiem, nieraz wiem, że powinnam odpuścić ale inna część mnie po prostu nie potrafi. I wiesz, to jeszcze nie jest aż tak okropne, tak po prawdzie, to już mi przechodzi, na mnie goi się jak na psie ale...może faktycznie, chociaż trochę, w sobie, nauczę się odpuszczać, nawet, jeśli na zewnątrz nie będzie tego widać. Przyda się.
I z oddychaniem miałam przerąbane rok temu przez półpaśca i kiedyś przez złamane żebra więc współczuję tym bardziej...
Dzięki:)
Na spastyczność? Co obniża ją tak "doraźnie"? Pytam z ciekawości, bo problem mnie też dotyczy, jadę na dordzeniowym baklofenie, ale refluks coraz większy, więc nie wiem, jak długo jeszcze.
UsuńJuż wiesz co robić, masz postanowienie, byle tylko rzeczywistość i codzienność znowu Cię nie wciągnęła tak, że o tym zapomnisz. W razie czego będę przypominać ;)
Półpasiec? O rany... czytałam o tym kiedyś, bo znajomy miał. Wyglądało strasznie. A z moich problemów z oddychaniem się wręcz trochę cieszę xD W sensie, że równie dobrze mogły pochodzić od niedrożnego jelita albo trzustki w początkowej fazie zapalenia. Już wolę kręgosłup :P
Jak samopoczucie dziś? :)
Ja dostałam Sirdalud, ale po całej dawce mam niezłe loty XD Ale ja w ogóle na leki jestem wrażliwa dość. I może to by ci faktycznie pomogło?
UsuńOtóż to, a po prostu, czas pokaże:)I ok, możesz XD
Ja się zdziwiłam, że dostałam półpasiec, bo ospę jako dziecko przechodziłam bardzo lekko a tu mi coś takiego wyskoczyło...aż nie chciało mi się wierzyć.
No, do kręgosłupa przywykłaś XD
Lepiej, o wiele:)Może dlatego, że spożytkowałam trochę produktywnie czas, uczę się teorii akupresury przez kumpla XD
A co jest powodem tej choroby? Na czym polega? Jakie moga byc konsekwencje? Nie slyszalam o tym nigdy.
OdpowiedzUsuńhttp://www.portalozdrowiu.pl/zapalenie-korzonkow-korzenie-nerwowe-objawy-leczenie/ tak zarzucę linkiem pierwszym z brzegu :D Po prostu, to zapalenie nerwów odchodzących od kręgosłupa, od przeciążenia, przeziębienia, różne są przyczyny. U mnie prawdopodobnie obie. Pzeszarżowałam:) Nawet od głupiego spania pod namiotem albo spodni biodrówek możesz jednak to złapać, jak każde stany zapalne.
UsuńZasadniczo, zapalenie korzonków nieleczone, zaniedbane, może prowadzić do niedowładów kończyn, problemów z unerwianiem narządów jamy brzusznej, paraliżu....wszystkiego. Ale to poważne zaniedbania by musiały być :D
Może musiało tak coś poważnie buchnąć, żebyś mogła w końcu odpocząć. Nabrać sił i w ogóle. Pozwól się innym Tobą zająć, jeśli to im sprawia jakąś radość, satysfakcję. Wyzdrowiejesz, odpoczniesz i będzie dobrze ;) Zdrówka :*
OdpowiedzUsuńCzęsto tak jest, że musisz dostać porządne "jeb" od życia po ryju nagłe, żeby się opamiętać. I to już nawet tak ogólnie :D
UsuńI próbuję, chociaż, jak to mówią "ludzie w łóżku umierają", więc mimo wszystko się z niego wyrywam :D
Zimny prysznic nie jest zły, oczywiście w rozsądnych ilościach :D
UsuńLudzie wszędzie umierają, więc czy to łóżko, czy nie XD Uważaj na siebie po prostu :)
To też, za zimny może za bardzo zmrozić.
UsuńAle w łóżku częściej XD I uważam, uważam...poza tym, pilnują mnie XD
Często ból jest potrzebny, chociaż wydaje nam się zupełnie niepotrzebny i paskudny, to jednak pozwala zupełnie inaczej spojrzeć na siebie, zadbać o siebie, ustawić priorytety i docenić chwile bez bólu.
OdpowiedzUsuńI tych chwil bez bólu szybko Ci życzę:)
https://sweetcruel.wordpress.com/
Otóż to. Ból jest najcenniejszą, nierzadko nie docenianą przez nas lekcją. I mimo wszystko właśnie...warto spojrzeć na niego pod innym kątem, nawet jeszcze wtedy, kiedy boli i to dosłownie:)
UsuńI dziękuję:)
Widać tylko coś naprawdę poważnego może zmusić Cię do odpoczynku... Choć oczywiście ciężko nazwać to, co robisz odpoczynkiem. Życzę zdrowia, no i mam nadzieję, że po tym wszystkim trochę zwolnisz i zaczniesz się oszczędzać. ;)
OdpowiedzUsuńZależy jak rozumieć odpoczynek, bo jestem nieraz leniem, kocham cały dzień przeleżeć na kanapie z książką ale...dzień więcej już mnie męczy. Zdrowieję, o XD I postaram się:)
UsuńDla niektórych odpoczynek jest lenieniem się, dla innych spacery czy ćwiczenia... Ale dla nikogo nie jest chorowaniem. :) Cieszę się, że wracasz do zdrowia.
UsuńNo ja jednak też XD
UsuńKiedyś jedna pielęgniarka powiedziała mi, że jak boli to dobrze jest bo to znaczy, że żyjemy :)
OdpowiedzUsuńAle mimo tego życzę dużo zdrowia i siły :)
Moja mama też tak mówi, bo ma chory kręgosłup i boli ją stale XD
UsuńDziękuję:)
Ale Twoja Mama nie jest pielęgniarką? :P
UsuńNie ,raczej dużo choruje.
UsuńWydaje mi się, że Twoi znajomi dobrze widzą, że sobie poradzisz sama i faktycznie nie musisz im tego udowadniać na każdym kroku.
OdpowiedzUsuńOstatnio obserwuję na studiach koleżankę, która wzięła sobie strasznie dużo na głowę i po prostu widać jak z dnia na dzień marnieje, chodzi coraz bardziej zmęczona. Nauczenie się odpuszczać, ale także chyba pewnej asertywności (choć wątpię, że akurat tego Ci brakuje, choć z drugiej strony tak często piszesz o empatii i o tym jak rozmawiasz z ludźmi itd.) to też ważne sprawy w życiu.
Najgorsze, jak człowiek udowadnia sobie, choć jedna jego część wie, że nie musi.
UsuńI cóż, ja hołduję zasadzie let it go ale...chyba w innych płaszczyznach życia:)
Ja też tak mam, mogłabym pracować za dwóch, a potem to się odbija na moim zdrowiu. Ale miejmy nadzieję, że powoli minie.
OdpowiedzUsuńBo nieraz mamy się za istne tury, a po prostu jesteśmy jednak ludźmi. Po prostu, musimy się trochę opamiętać:)
UsuńJa to chyba nigdy się nie opamiętam. Zawsze mam dużo roboty, nawet na weekend, i chyba raczej nie prędko to się zmieni :D staram się zwalczać w sobie lenistwo. :D
UsuńA ja nieraz pozwalam sobie na nie, wręcz się mu oddaję bo...jeny, zestopować trzeba nieraz XD
UsuńTy też baranek? :D
OdpowiedzUsuńZapalenie korzonków też miałam. Co to był za ból... Nie mogłam stać, chodzić, siedzieć, wszystko było źle. Bardzo dobrze to pamiętam, bo nie dość, że nie miałam prawa jazdy (16-17 lat wtedy miałam), ojciec za granicą, a ja do lekarza, a potem do laboratorium szłam przez zwały śniegu...
Ale uważam, że to dobrze, gdy nas czasem poboli. Nie tylko fizycznie, psychicznie też. Potem doceniamy bardziej, gdy nas nie boli.
Otóż to, miałam 2 kwietnia urodziny:)
UsuńCzyli doskonale mnie rozumiesz, wiesz, jak to potrafi rozwalić życie wręcz... I jeny, byłaś w strasznej sytuacji wówczas.
Jasna sprawa. Po prostu sporo się uczymy:)
Osoby takie jak Ty, które myślą za dużo o innych często zapominają o sobie...
OdpowiedzUsuńBo nie ma czasu na myślenie o wszystkich XD
Usuń49 years old Community Outreach Specialist Briney Norquay, hailing from Port McNicoll enjoys watching movies like Eve of Destruction and Foreign language learning. Took a trip to Kathmandu Valley and drives a New Beetle. przydatne tresci
OdpowiedzUsuń