czwartek, 14 kwietnia 2016

O tym, że ból może być lekcją i darem, czyli o lękach i murach wydobytych spod ziemi w cichym jęku i łzach

Ból.
Przeszywający i palący. Zaczynający się w lędźwiach i rozchodzący się po całym ciele. Rozdzierający ciało i umysł na miliony kawałeczków przy prawie każdym ruchu.
Ból sprawia, że łzy cisną się do oczu, sprawia, że czuję się niedołężna i przestaję się czuć człowiekiem, wolnym i niezależnym. Jednocześnie ból sprawia, że czuję, że żyję.

Taka błahostka, zdawałoby się. Niby nic, bo przecież z tego wyjdę, bo przecież nie potrwa to długo. Wyeksploatowałam swój organizm do cna, pracując 60 godzin w ciągu jednego tygodnia i stale, pomimo zmęczenia mówiąc sobie, że nic mi nie jest. Że przecież nie jestem, nie mogę być mięczakiem. Bo nim nie jestem, bo skoro inni dają radę...to ja mogę biegać po oddziale wręcz za dwóch, bo jestem najmłodsza. Zniszczyłam swój organizm swoją własną głupotą, lekceważąc początkowy ból, śpiąc na zimnej podłodze, na której położyłam tylko koc, bo musiałam, już naprawdę musiałam przez niedosypianie przespać się na nocnym dyżurze.
No i doigrałam się.

Zapalenie korzeni nerwowych, zabrzmiał wczoraj wyrok u lekarza. Wczoraj po prostu już nie dałam rady, kiedy poszłam na swój dyżur. Rano nic mi nie było, z godziny na godzinę było coraz gorzej. Bo niby nic nie robiłam ale jak człowiek pomyśli...samo podawanie śniadania, sterczenie nad czyimś łóżkiem w niewygodnej dla kręgosłupa pozycji już robi swoje. Mięśnie, a raczej nerwy, bolały coraz mocniej, z godziny na godzinę. Mam zakwasy, śmiałam się. Aż przyszło do przewijania i prawie popłakałam się nad jednym z łóżek.
Prawie popłakałam się z bólu, bo każdy ruch ręki bolał plecy jak milion wbijanych w nie igieł. Ale to nic, mówiłam sobie, wyszłam z pokoju, wzięłam jakieś leki przeciwbólowe....bo przecież nie jestem mięczakiem. Przecież dam sobie radę.
Na szczęście, jedna z pielęgniarek była ode mnie mądrzejsza. Ta, która dużo krzyczy, ma dziwne zagrania, ale jak przyjdzie co do czego, nie da nikogo skrzywdzić i ma serce na dłoni. Ta, która stale mi powtarza, że przypominam ją z młodości. Mam wrażenie, że z młodości, w której jeszcze nie przygniotły jej pewne życiowe sprawy.
Ale ona tym razem znów była dla mnie jak mama, jak wiele kobiet z którymi pracuję. Kazała położyć się na wolnym łóżku, posmarowała plecy przeciwbólową maścią, a ja podczas tego dziwnego masażu prawie wyłam z bólu. Wzięła się za moją pracę, nie pozwalając mi się wykłócać, że to nic takiego, że przecież dam sobie radę. Bo nie lubię, jak ktoś ma robić coś za mnie. Nienawidzę nikogo wykorzystywać. Nienawidzę być nieporadna, niesamodzielna.
Cóż. Kolejna rzecz, którą mam po swojej matce.
W końcu pielęgniarka i Mama Oddziałowa wygoniły mnie do domu, a raczej do lekarza. Wyczekiwały, czy ktoś po mnie przyjdzie, bo przecież nie puszczą mnie samej do domu. Bo przecież wyglądam, jakbym zaraz miała zemdleć z bólu. Cóż, tak właśnie się czułam. Na szczęście Mąż nie poszedł jeszcze do pracy, miał popołudniową zmianę i doprowadził mnie, jak 80 letnią staruszkę, pod drzwi lekarskiego gabinetu.
Zapalenie korzeni nerwowych, usłyszałam. Niby nic takiego, ale zawsze może zniszczyć ci zdrowie na zawsze.
Dostałam silne leki przeciwbólowe, które chyba i tak niewiele dają. Dostałam leki antyspastyczne, które powodują, że zaraz po nich zasypiam.
Usłyszałam, że muszę zwolnić, odpocząć, dużo leżeć. Zrelaksować się.
To o wiele trudniejsze, niż przyjmowanie leków. Ból jednak robi swoje i każe leżeć grzecznie w łóżku, pomimo szaleńczych zrywów, w których chcę po prostu pozmywać albo sięgnąć sama po kubek i zrobić sobie herbatę. Bo uwierzcie, chwycenie kubka z herbatą jest nawet wyzwaniem, czynnością, do której trzeba podchodzić ostrożnie. Chwycić niedobrze, chwycisz za ciężki- i łzy perlą się w oczach pomimo leków krążących w żyłach i znieczulających niepokorne, spięte mięśnie i zapalone nerwy.
To cholernie trudne. Ale może nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło? Zawsze w to wierzę. I może, ten ból, chwilowa niedyspozycja, to tylko kolejna lekcja. Kolejna nauka, która prowadzi do pewnego rodzaju pokory.

Mogę odkryć, że nie jestem niezniszczalna.
Mogę odkryć, że nawet ja nieraz muszę skupić się na sobie i zwolnić.
Mogę odkryć, że mam na kogo liczyć i pomimo swoich głupot w głowie może pewne sprawy jednak można zacząć dostrzegać pod innym kątem.
Mogę nauczyć się pokory i zrozumieć jeszcze bardziej tych, wśród których przebywam, którzy w bólu rodzą swoją irytację i frustrację. Bo sama, po jednym dniu, chodzę rozdrażniona, jak cykająca bomba.

Bo dzisiaj rano, po jednym dniu leżenia w łóżku zdążyłam już zrobić awanturę, sama do niej prowokując i sama krzycząc, podczas gdy mój Mąż patrzył na mnie cierpliwie. Zdążyłam wypuścić demony, wyżyć się na kimś i się popłakać. Moje działania zaczepne i drażniące wobec Męża, moje działania z wiecznym „dam sobie radę”, byciem cholerną „Zosią-samosią” odniosły pewien skutek. Po jednym dniu choroby i uporczywego bólu już stałam się nieznośna...ale już po jednym dniu wyładowałam swoją frustrację i pozwoliłam sobie wreszcie, też przez ból, na łzy.
A te oczyszczają, a te pomagają. Znów to samo- mogę sobie pozwolić na płacz, bo poprzedniego dnia hamowałam łzy cały czas, uśmiechałam się, udając dzielną, mimo bólu nie tyle psychicznego, co fizycznego. A teraz wreszcie puściło. I jakby mniej boli. I jakby lżej na duszy.
I nawet, całą tą chorobę, którą na siebie sama sprowadziłam, mogę postrzegać jako lekcję. Mogę postrzegać...jako dar.
Łatwo mi, bo wiem, że z tego wyjdę, łatwo mi, bo wiem, że ból się skończy. Nie jak ci, którzy bólem zostali obdarzeni na zawsze. Jak moja matka. Jak moi podopieczni. Jak moi znajomi z wiecznie utrudnionym życiem przez swoje choroby albo tzw. niepełnosprawności. Łatwo mi wobec nich, wrócę do swojego życia bez bólu. I to uczy też pokory, to uczy szanować życie.

Jestem obolała, niesprawna, przez co jestem rozdrażniona, jestem zła. Na siłę sobie samej, a także całemu otoczeniu próbuję udowodnić, że jest inaczej. Daję sobie przecież radę. Nie umarłabym, gdybym była sama. Ale może przesadzam, gdy próbuję sama zrobić sobie śniadanie, sprzeczna sama z sobą. Gdy jednocześnie chcę pokazać „potrafię sama” i zwijam się z bólu, zwijam i jestem zła, że nikt mi nie pomaga. Chociaż on stoi obok i mówi idź się połóż, ja to zrobię. Nie dociera to do mnie. Jestem w jakimś dziwnym amoku, tym dziwnym stanie, który często mnie przecież ogarnia.
Bo czasem chcę, żeby ktoś się mną zajął. Chcę, żeby ktoś w końcu zrobił tyle rzeczy za mnie, zdjął ze mnie wszystko, co dźwigam. A jednocześnie nie potrafię odpuścić, jednocześnie nie umiem oddać swojego bólu, uparta, przywiązana do swojej niezależności, do tego, że sama sobie radzę. Ze wszystkim.

I to chyba doprowadza mnie na skraj.
Myślę, że to doprowadza mnie na skraj moich dziwnych stanów, które zjawiają się równie niespodziewanie, jak znikają. Stanów które ostatnio wyszły na jaw. To jak pęknięcie wiecznie napiętej struny, która z ulgą przyjmuje całe rozstrojenie. To stąd bierze się zabawa w pociągi, zabawa ze stawaniem na skraju dachu, rzeczy, które ktoś może odebrać jako chęć odebrania sobie życia.
Dziwne stany grudniowe i styczniowe, dziwne stany sprzed lat. A ja nigdy nie chciałam odebrać sobie życia, choć t tak wygląda, choć to pierwsze, o czym myślę. Ja po prostu bywam wtedy strasznie zmęczona, jestem pękniętą struną.
Ale to pęknięcie trwa chwilę, zaraz splatają się odpowiednie końce. Bo w mojej sile tkwi słabość zmęczenia, ale ostatecznie to siła. Zawsze cofnę ostatni krok, zawsze zrosną się pęknięte końce struny i zacznie grać ta sama melodia.
Nigdy moje kości nie zrastały się długo, długo nie zrastają się i rysy na duszy, choć blizny, tkanki silne, acz martwe, zostają na nich na zawsze.
Teraz pękła struna mojego ciała. Jak zawsze sądzę, że ten ból to skutek nie tylko pracy, zmęczenia ciała ale i pewnego napięcia w duszy. Zmęczenia, gdy na wierzch wypłynęły zwłoki niedawno pogrzebanych spraw, bo ktoś musiał zakończyć to, co ja skończyłam wcześniej. Zmęczenie w oczekiwaniu na rozmowy, które i tak nic nie musiały wyjaśniać, ale ja, właśnie ja, nienawidzę czekać i to mnie męczy najbardziej.
Zmęczyło się ciało, zmęczyła się dusza.

To drugie może udawać aż do słynnych krachów, które zdarzają się najczęściej w samotności, rzadko w towarzystwie kogokolwiek. Bo jeśli płaczę z kimś, zaczynam się w łzach topić, w innych przypadkach sama siebie powstrzymuję i ratuję. Tak, dziwny ze mnie człowiek.

Wobec zmęczeń ciała nie sposób udawać, gdy całkiem posypie się wieża. Gdy ciało staje się strzaskaną kolumną z obrazów Fridy K., które śniły mi się dzisiaj w nocy. Symbolicznie. Musiałam strasznie cierpieć, rzucając się w pościeli i spychając z łóżka Męża.

Mogę nieraz udawać, scalać się i potem cieszyć się życiem.
Ale czasem życie chyba chce mi pokazać, że muszę spokornieć. Chce mi pokazać, że nie jestem sama. Zsyła na mnie wielki ból, tak wielki, jakiego jeszcze nie zaznałam, a uwierzcie, z tyloma wypadkami, tyloma złamanymi kośćmi, znam się na bólu.
Może to właśnie nauka, że mogę przecież nieraz prosić o pomoc. Jasne, muszę radzić sobie sama i potrafię- ale nie muszę tego stale wszystkim dookoła udowadniać. Może, pomimo pewnych przekonań, tego, czego nauczyła mnie matka, może nawet dziwnego charakteru, mogę sobie pozwolić na odrobinę egoizmu. Właśnie w takich dniach.

Pozwoliłam sobie zrobić więc śniadanie. Płacząc, wijąc się z bólu. On wiedział, że to mi jest potrzebne. Tyle razy był przy mnie, gdy pękały inne struny. I mimo pewnej szorstkości właśnie, leczy je najbardziej, bo ta szorstkość to też jego siła.
Płaczę, płaczę, płacz daje ulgę. Tylko parę minut, jak na mnie tak wiele. Tyle starcza.
Idzie ze mną pod prysznic, myje mi plecy, pośladki, myje mi nawet włosy. Trochę niewprawnie, bo kto z nas zna się na myciu drugiego człowieka, póki to nie jest jego pracą? Wiemy, jak szorować własne ciała. Rzadko wiemy, jak całkiem nieerotycznie, ale z czułością, dbać o ciała chore, nawet te, które cierpią tylko przez chwilę. Niewprawnie, ale te ręce koją, te ręce leczą. Moje obolałe mięśnie, nerwy, tak pomaga im ciepła woda, tak pomaga im dotyk. Nie silny, nie erotyczny, ale pełen czułości. Nie musi być wprawny.
Poradziłabym sobie sama. Sama umyłabym cholerne włosy. Ale nie o to chodzi.
Gdy czujemy ból, przede wszystkim wtedy, nie chcemy być sami. I mamy nieraz prawo prosić o pomoc. Mamy prawo prosić o czułość.
Muszę spokornieć. Przez te dni, muszę spokornieć.

Ciepły prysznic uspokaja. Pełen żołądek, choć drażniony lekami, przywraca spokój. Śmieszne pojenie ciepłą herbatą.
Nie, nie będę zmywać. Poczekam aż pozmywasz wieczorem. Walczę tym ze swoją obsesją.
Albo poczekam na Red, która przecież też się mną zajmuje.

Przypominam sobie wczorajszy dzień. I poprzednie rozmowy. Znów to do mnie dociera, że może muszę przestać. Wobec niej, jak wobec innych ludzi. Może muszę przestać być właśnie takim człowiekiem, który sam dużo daje, ale sobie nie pozwala dać, nawet, jeśli ktoś chce to zrobić, nawet jeśli to robi.
Może muszę przestać odgradzać się murem swoich fanaberii, pozwalać się, pomimo lęków i zranień, nieraz po prostu pozwolić się sobą zająć. Docenić w inny sposób, mimo że docenia się podświadomie, wie się, że można liczyć...zacząć liczyć na kogoś w dosłowności. Nie tylko w teoriach, których człowiek sam się boi.
Może właśnie na tym to polega, żeby chociaż w takich momentach, gdy sama zwijam się z bólu, liczyć na kogoś. Nie udowadniać wręcz „poradzę sobie bez ciebie”.

I może powinnam podziękować za ten ból, za to, że wręcz zwijam się momentami, pisząc te słowa. Powinnam podziękować, bo on mnie uczy, że to ja jestem swoją największą słabością. Bo może wreszcie otwarcie powiem sobie, że nieraz się boję.
To przecież strach, o którym tak rzadko mówię. Ból wydobył go na powierzchnię.
Zawsze muszę udowadniać sobie, że sama wszystko udźwignę, udźwignę wszystko dookoła, też dlatego że się boję. Uczyniłam ten lęk swoim sprzymierzeńcem, choć nieraz daje mi on po twarzy.
Stary dobry syndrom dziecka alkoholika, które rozwiązywało kłótnie, jako małe dziecko błaznowało, bo próbowało wyciszyć szalejącego po alkoholu agresywnego ojca. Syndrom zaradności dzieci alkoholików. Mur, który stawia się swoją siłą. Bo przecież wtedy się przetrwało...przetrwa się i teraz. Głęboko skrywany lęk, który przewartościowało się w filozofię nieoczekiwania. Bo przecież wszyscy, których kochałaś, odchodzili. Umierali. Jakoś ranili, jak to ludzie, bardziej lub mniej. Nie oczekujesz więc i dźwigasz, a ze wszystkim dajesz sobie radę sama.

To wszystko dodatkowo nasiliło się po zdarzeniach końca września. Bo ci, których kochałam, zranili głęboko. Stąd jeszcze większy lęk. Stąd jeszcze większy upór i zasada „poradzę sobie sama”, zasada „nie będę mięczakiem”, wykańczanie swojego ciała.
Czy zdawałam sobie z tego sprawę? Oczywiście. Ale nie chciałam przerywać.
Aż dostałam swój ból. Swoją chorobę.
I może przy niej trzeba spokornieć. Może na nowo zlustrować lęki, które przedtem przecież były pokonane dzięki jednej osobie, a pojawiły się na nowo przy dwóch. Może trzeba spojrzeć na pewne rzeczy jak na dobrowolne męczeństwo w środku duszy, bo czy to właśnie nie jest czymś takim?
A zawsze brzydziłam się męczenników, byli dla mnie największymi hipokrytami.

Leżę więc w łóżku, nie znając pozycji, która zmniejszyłaby mój ból. Jeszcze gdzieś w oczach czają się łzy, ale te pierwsze już przeszły, już dały ulgę.
Jestem przez chwilę choć sama. On już wyszedł do pracy. Ona jeszcze nie przyszła.
Za oknem szarość, w moim ciele ból. Ale w duszy, pomimo rozdrażnienia, pomimo frustracji, zjawia się światło. Bo ten ból, ta niezgrabność, być może właśnie są lekcją. Jak wszystko dookoła nas, na co musimy tylko spojrzeć pod odpowiednim kątem.

Moja choroba, chwilowa, bolesna jak niewiele rzeczy w moim krótkim życiu.
Mimo wszystko, może dobrze, że mi się zdarzyła, bo choć na chwilę mnie zatrzymała. Choć na chwilę zmusza mnie do zdjęcia pewnej maski i przemyślenia sobie wielu spraw. Dawnych i nowych lęków, własnych słabości w micie pewne siły.
Dobrze, że mi się zdarzyła. Bo może choć przez chwilę nauczę się mówić o pewnych rzeczach, może pozwolę sobie na odpoczynek, na łzy. Na nie udowadnianie niczego nikomu dookoła. Na nieudowadnianie pewnych rzeczy przede wszystkim sobie bo...przecież tu nie ma nic, co trzeba udowadniać.

Może dobrze, że boli. Może dobrze, że jestem unieruchomiona, aż chcę wyć.
Może dobrze, że boli, bo przecież...ten ból, ostatecznie, sprowadza wszystko do czułości.

Bo wreszcie może zrozumiem w pełni. Bo co innego wiedzieć, co innego czuć.
Może zrozumiem wreszcie, że to nie tak, jak sądziłam.
Bo tak często miałam nieraz wrażenie, że pewni ludzie są cholernie istotni w moim życiu- ale ja wcale nie jestem ważna w ich. Bardzo dużo ludzi sądzi, że są dla mnie najważniejsi, co jest prawdą. Ale ja nigdy nie dopuszczam myśli, jak ważna mogę być dla nich. Trudno jest dopuścić mi w pełni do siebie myśl, że znaczę cokolwiek.
Jakby pewne równania miłości były nierównościami.
A tam zawsze był znak równości. I może właśnie ból wydobył do na zewnątrz.
Może właśnie ból, znów, pozwoli mi śpiewać o czułości...i brać ją od innych?
Choć przez chwilę zatrzyma mnie w moim szalonym biegu.

I w tym szarym dniu, w tym otępieniu lekami, w ciężkości powiek to dobra myśl. To cholernie dobra myśl.
I po raz pierwszy od długiego czasu to może choć trochę dobre, a nie niekomfortowe uczucie, że ktoś się martwi. I może, kto wie, może to ból sprawi, że nauczę się mówić „pomóż mi” wtedy, kiedy po prostu tego potrzebuję?



Zbudowaliśmy dom
Na poświęconej ziemi
Co stało się tam
Teraz dzieje się tu
Zimne poty i kozetki
To było najgorszym z moich lęków

Pomóż mi


Co nam pozostało, by o tym porozmawiać?

P.S. Post pisany pod wpływem mocnych leków, więc...przepraszam za ewentualny chaos. 

30 komentarzy:

  1. Ja pod wpływem silnych leków nie piszę w ogóle, bo to byłby bełkot xD Po Twoim tekście tego nie widać, więc spokojnie :)
    Za to dostrzegam zupełnie nową dla Ciebie sytuację i próbę jej przepracowania. Moim zdaniem udaną, bo czytam mądre wnioski. Już nieraz myślałam, że powinnaś odpuścić niekiedy, choć wcale nie znamy się jak łyse konie. To się samo nasuwało. Szkoda, że stało się coś tak okropnego, ale może właśnie wstrząsy są potrzebne.
    Przede wszystkim jednak widzę cierpienie, które rozumiem w pełni. Nie ma słów na taki ból i każdy ruch sprawiający trudność (w moim przypadku ostatnio wręcz oddech), więc po prostu przytulam.
    Dużo zdrowia i jeszcze więcej siły :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znaczy, ogólnie doszłam do wniosku, że leki, które działają na spastyczność osłabiają mi ciało ale...chyba wyostrzają umysł, mimo, ze gadam bzdury :D Ale czuję się trochę jak po fecie XD
      I najgorsze, że ja to wiem, nieraz wiem, że powinnam odpuścić ale inna część mnie po prostu nie potrafi. I wiesz, to jeszcze nie jest aż tak okropne, tak po prawdzie, to już mi przechodzi, na mnie goi się jak na psie ale...może faktycznie, chociaż trochę, w sobie, nauczę się odpuszczać, nawet, jeśli na zewnątrz nie będzie tego widać. Przyda się.
      I z oddychaniem miałam przerąbane rok temu przez półpaśca i kiedyś przez złamane żebra więc współczuję tym bardziej...
      Dzięki:)

      Usuń
    2. Na spastyczność? Co obniża ją tak "doraźnie"? Pytam z ciekawości, bo problem mnie też dotyczy, jadę na dordzeniowym baklofenie, ale refluks coraz większy, więc nie wiem, jak długo jeszcze.
      Już wiesz co robić, masz postanowienie, byle tylko rzeczywistość i codzienność znowu Cię nie wciągnęła tak, że o tym zapomnisz. W razie czego będę przypominać ;)
      Półpasiec? O rany... czytałam o tym kiedyś, bo znajomy miał. Wyglądało strasznie. A z moich problemów z oddychaniem się wręcz trochę cieszę xD W sensie, że równie dobrze mogły pochodzić od niedrożnego jelita albo trzustki w początkowej fazie zapalenia. Już wolę kręgosłup :P
      Jak samopoczucie dziś? :)

      Usuń
    3. Ja dostałam Sirdalud, ale po całej dawce mam niezłe loty XD Ale ja w ogóle na leki jestem wrażliwa dość. I może to by ci faktycznie pomogło?
      Otóż to, a po prostu, czas pokaże:)I ok, możesz XD
      Ja się zdziwiłam, że dostałam półpasiec, bo ospę jako dziecko przechodziłam bardzo lekko a tu mi coś takiego wyskoczyło...aż nie chciało mi się wierzyć.
      No, do kręgosłupa przywykłaś XD
      Lepiej, o wiele:)Może dlatego, że spożytkowałam trochę produktywnie czas, uczę się teorii akupresury przez kumpla XD

      Usuń
  2. A co jest powodem tej choroby? Na czym polega? Jakie moga byc konsekwencje? Nie slyszalam o tym nigdy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. http://www.portalozdrowiu.pl/zapalenie-korzonkow-korzenie-nerwowe-objawy-leczenie/ tak zarzucę linkiem pierwszym z brzegu :D Po prostu, to zapalenie nerwów odchodzących od kręgosłupa, od przeciążenia, przeziębienia, różne są przyczyny. U mnie prawdopodobnie obie. Pzeszarżowałam:) Nawet od głupiego spania pod namiotem albo spodni biodrówek możesz jednak to złapać, jak każde stany zapalne.
      Zasadniczo, zapalenie korzonków nieleczone, zaniedbane, może prowadzić do niedowładów kończyn, problemów z unerwianiem narządów jamy brzusznej, paraliżu....wszystkiego. Ale to poważne zaniedbania by musiały być :D

      Usuń
  3. Może musiało tak coś poważnie buchnąć, żebyś mogła w końcu odpocząć. Nabrać sił i w ogóle. Pozwól się innym Tobą zająć, jeśli to im sprawia jakąś radość, satysfakcję. Wyzdrowiejesz, odpoczniesz i będzie dobrze ;) Zdrówka :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Często tak jest, że musisz dostać porządne "jeb" od życia po ryju nagłe, żeby się opamiętać. I to już nawet tak ogólnie :D
      I próbuję, chociaż, jak to mówią "ludzie w łóżku umierają", więc mimo wszystko się z niego wyrywam :D

      Usuń
    2. Zimny prysznic nie jest zły, oczywiście w rozsądnych ilościach :D
      Ludzie wszędzie umierają, więc czy to łóżko, czy nie XD Uważaj na siebie po prostu :)

      Usuń
    3. To też, za zimny może za bardzo zmrozić.
      Ale w łóżku częściej XD I uważam, uważam...poza tym, pilnują mnie XD

      Usuń
  4. Często ból jest potrzebny, chociaż wydaje nam się zupełnie niepotrzebny i paskudny, to jednak pozwala zupełnie inaczej spojrzeć na siebie, zadbać o siebie, ustawić priorytety i docenić chwile bez bólu.
    I tych chwil bez bólu szybko Ci życzę:)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. Ból jest najcenniejszą, nierzadko nie docenianą przez nas lekcją. I mimo wszystko właśnie...warto spojrzeć na niego pod innym kątem, nawet jeszcze wtedy, kiedy boli i to dosłownie:)
      I dziękuję:)

      Usuń
  5. Widać tylko coś naprawdę poważnego może zmusić Cię do odpoczynku... Choć oczywiście ciężko nazwać to, co robisz odpoczynkiem. Życzę zdrowia, no i mam nadzieję, że po tym wszystkim trochę zwolnisz i zaczniesz się oszczędzać. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zależy jak rozumieć odpoczynek, bo jestem nieraz leniem, kocham cały dzień przeleżeć na kanapie z książką ale...dzień więcej już mnie męczy. Zdrowieję, o XD I postaram się:)

      Usuń
    2. Dla niektórych odpoczynek jest lenieniem się, dla innych spacery czy ćwiczenia... Ale dla nikogo nie jest chorowaniem. :) Cieszę się, że wracasz do zdrowia.

      Usuń
  6. Kiedyś jedna pielęgniarka powiedziała mi, że jak boli to dobrze jest bo to znaczy, że żyjemy :)
    Ale mimo tego życzę dużo zdrowia i siły :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja mama też tak mówi, bo ma chory kręgosłup i boli ją stale XD
      Dziękuję:)

      Usuń
    2. Ale Twoja Mama nie jest pielęgniarką? :P

      Usuń
    3. Nie ,raczej dużo choruje.

      Usuń
  7. Wydaje mi się, że Twoi znajomi dobrze widzą, że sobie poradzisz sama i faktycznie nie musisz im tego udowadniać na każdym kroku.
    Ostatnio obserwuję na studiach koleżankę, która wzięła sobie strasznie dużo na głowę i po prostu widać jak z dnia na dzień marnieje, chodzi coraz bardziej zmęczona. Nauczenie się odpuszczać, ale także chyba pewnej asertywności (choć wątpię, że akurat tego Ci brakuje, choć z drugiej strony tak często piszesz o empatii i o tym jak rozmawiasz z ludźmi itd.) to też ważne sprawy w życiu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najgorsze, jak człowiek udowadnia sobie, choć jedna jego część wie, że nie musi.
      I cóż, ja hołduję zasadzie let it go ale...chyba w innych płaszczyznach życia:)

      Usuń
  8. Ja też tak mam, mogłabym pracować za dwóch, a potem to się odbija na moim zdrowiu. Ale miejmy nadzieję, że powoli minie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo nieraz mamy się za istne tury, a po prostu jesteśmy jednak ludźmi. Po prostu, musimy się trochę opamiętać:)

      Usuń
    2. Ja to chyba nigdy się nie opamiętam. Zawsze mam dużo roboty, nawet na weekend, i chyba raczej nie prędko to się zmieni :D staram się zwalczać w sobie lenistwo. :D

      Usuń
    3. A ja nieraz pozwalam sobie na nie, wręcz się mu oddaję bo...jeny, zestopować trzeba nieraz XD

      Usuń
  9. Ty też baranek? :D
    Zapalenie korzonków też miałam. Co to był za ból... Nie mogłam stać, chodzić, siedzieć, wszystko było źle. Bardzo dobrze to pamiętam, bo nie dość, że nie miałam prawa jazdy (16-17 lat wtedy miałam), ojciec za granicą, a ja do lekarza, a potem do laboratorium szłam przez zwały śniegu...
    Ale uważam, że to dobrze, gdy nas czasem poboli. Nie tylko fizycznie, psychicznie też. Potem doceniamy bardziej, gdy nas nie boli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to, miałam 2 kwietnia urodziny:)
      Czyli doskonale mnie rozumiesz, wiesz, jak to potrafi rozwalić życie wręcz... I jeny, byłaś w strasznej sytuacji wówczas.
      Jasna sprawa. Po prostu sporo się uczymy:)

      Usuń
  10. Osoby takie jak Ty, które myślą za dużo o innych często zapominają o sobie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo nie ma czasu na myślenie o wszystkich XD

      Usuń