Ostatnia zimowa pełnia. Pełnia Panny, znaku, z którym mimo mojego
ognia tak dobrze się rozumiem.
Idzie na zapach deszczu który prawdziwie pachnie. Idzie na zapach
kwiatów, tych które przetrwały. Zapach ziół, które zasadzi się
na nowo w ogrodzie. Powoli, narodzenie które pozornie przypomina
zamieranie.
Przedwiośnie pachnie listopadem, ale to w trupie kiedyś zielonych
drzew, rodzi się jaskrawy życiem kiełek. To na trupie żołędzi,
które nigdy nie wzejdą, rosną nowe dęby.
To na tęsknotach opiera się nieraz nowe życie. Ale to mimo nich
idziemy naprzód. Tamte drogi przecież się nie powtórzą.
Śmierć po życiu, życie rosnące na śmierci.
Serce bijące mimo wszystko miarowo i równo. Mimo trzepotu i nagłego
nieraz drżenia.
Bo nic nie dzieje się z dnia na dzień. Nic nie przechodzi z
najgłębszego dna na najwyższy szczyt.
Odejść czy zostać, odejść czy zostać. Myśl kołacząca się w
głowie, odbijająca się jak echo od momentów pustki serca.
Wszystko jednak zmierza ku zostań.
Podejmujemy decyzje i nie w podejmowaniu ich musimy być odważni, a
w trwaniu przy nich. I z czasem okazuje się, że jest dobrze. Z
czasem, ze śmiercią pewnych rzeczy przyjdą może nowe. Kolejna
oczywistość, która, przechodząc falą przez nasze życie wcale
nie jest taka łatwa.
Przecież. Zawsze to z oczywistościami mamy największy problem.
Rozmowy przeżywane setki razy w głowie, potoki nadmiaru
niepotrzebnych słów, historii, o których być może nie powinno
się wspominać. Zima z latem, piękne światło żółtego słońca
pomieszane z płatami śniegu. Nadmiar alkoholu, powrót do złych
nawyków od których potem zbiera się na wymioty.
Znów zastanowienie, czy nie krzywdzi się bardziej sobą, czy warto
zostać nie tylko dlatego, że bywa się ranionym- ale dlatego, że
się rani, gdy tamy pękną i mówi się za dużo.
Ale jest jak jest. Zostajemy. To przecież nie tylko mój wybór.
Nie mogę mieć w sobie tyle egoizmu. Nie mogę mówić, tylko mnie
to rani. Muszę patrzeć w cudze oczy.
Ile razy wywiercę własnymi wspomnieniami, ile razy wywiercę otwór
w sercu, przez który wyleją się słone łzy? Może one są
potrzebne? A może to tylko ja je powoduję, gdyby nie obecność nie
byłoby tematu, tego, tamtego...
Ale słowa są. Łzy są. Na to się decydujemy.
Być może, lepsze to niż brak. Być może, lepsze to niż kolejny
wymiar samotności. Odrzucenia. Opuszczenia.
Nic nie zmieni się z dnia na dzień.
Będziemy udawać na co dzień, że wszystko w porządku, ale widząc,
że można mówić prawdę. Można, tylko nie zawsze się chce.
Będziemy szykować się na kolejne powodzie.
To nic, wody opadają, wody odchodzą, by znów coś na zgliszczach
mogło się narodzić.
Rodzi się nieraz i z krzykiem. To nic. Niech krzyczy, niech kwili.
Byle mogło oddychać.
Zrani cię wszystko. Nic cię nie złamie.
Jednak jesteś człowiekiem, nie kością, choć te bywają kruche u
tych, których kochamy. U nas samych.
Wszyscy jesteśmy ludźmi. Przeżywamy brak światła, w końcu
jednak zjawia się żółte słońce. Naturalny cykl.
Znów powtarzam sobie, powtarzam wam te same słowa. Przywołuję te
same wiary. Mimo że nieraz chętnie schowałabym się w łupinie
orzecha. Robię się nudna, topiąc się i wypływając na
powierzchnię. Mimo to powtarzam cykl. Bo jestem człowiekiem.
Wracam w stare błędy, błędy miłości, które z założenia nie
są głupotą. Bo miłość nie jest błędem, nawet jeśli rani.
Kolejny banał.
Jestem kapłanką oczywistości, które tak ciężko wprowadzam w
swoje życie.
To nic.
To nic, bo co z tego, że jestem oklepana. Tak zwyczajna, banalna. Do
bólu codzienna. Co z tego, że mówię o tym, co wszyscy i tak
wiedzą. Ważne, że idę z tym do przodu. W tej codzienności.
Jakoś. Mimo wszystko.
Co z tego, że nie niosę odkrywczego światła. Ja tylko żyję.
Jestem tylko człowiekiem, jak każdy.
W lustrze nadal tak brzydkie, szare ciało. Nadal zmęczone
spojrzenie. Nic nie zmieni się od razu. Wiara w siebie, której nie
musiałam budować nigdy, upadła, runęła z jednym momentem.
Otworzyły się rany, których nie było? Powstały kompleksy i
chowanie się w ciemności, których nigdy wcześniej nie zaznałam?
To nic. Skoro nie musiałam przedtem, teraz nauczę się budować.
Tak po prostu.
Co innego mi zostaje?
Każdy musiał od czegoś zacząć.
Zacznę od pocałunku. Zmęczonego tańca przed lustrem po ciężkim
dniu, przed prysznicem. Zapomnę o problemach. Znów będę mieć 15
lat.
To mnie nie skrzywdzi. To też pachnie wiosną. To pachnie plamą
krwi na prześcieradle, krwi, która wcale nie bolała.
To mnie nie skrzywdzi, tak jak nie skrzywdzą mnie jego dłonie
położone na moich biodrach. Usta, które całują pomimo
nieświeżości poprzedniej, przepitej gdzieś w ciemnościach
rodzinnego miasta nocy. To mnie nie skrzywdzi, jego stęsknione
spojrzenie, które mówi, że to beze mnie nie może spać.
Nie skrzywdzi mnie miłość. Wszystko dookoła musi przestać się
liczyć.
Znów mam 15 lat. Tym razem trochę się wstydzę, tak jak nie
wstydziłam się wtedy, rozbierając się i szepcząc całkiem inne
imię, imię ze wschodnim zaśpiewem. Trochę się wstydzę, ale to
mnie nie skrzywdzi. Nasz taniec, nasze złączone ciała, splecione
dłonie. Po tylu dniach nieśpieszne wcale rozbieranie, po kolei,
każdej rzeczy.
Nie ma znaczenia że włosy w nieładzie i nieobcięte, zaczynają
nadawać krzywy kształt za okrągłej twarzy. Że oczy podkrążone.
Że ciało chciało wymiotować, ciało miało tyle problemów. Mam
15 lat i znów kocham się po raz pierwszy. Mam 17 lat i kocham się
z Vincentem Malarzem na podłodze jego pracowni. Mam 18 lat i kochamy
się po raz pierwszy w pokoju dusznym upałem, a moja dusza krzyczy z
rozkoszy.
Nic mnie w tym momencie nie skrzywdzi. On mnie nie skrzywdzi.
Mężczyzna, którego znam od lat. Którego od lat kocham. Za którego
wyszłam za mąż.
Mężczyzna, z którym kochałam się setki razy. Tysiące. Z którym
kochałam się na wielu łóżkach, podłogach, schodach, posłaniach
z trawy, w lasach, przy ruchliwej drodze, za budynkiem przedszkola,
na torach. Mężczyzna, z którym kochałam się na stojąco, na
leżąco, na siedząco.
Kocham się z nim po raz pierwszy, tak prawdziwie, nie bojąc się.
Nie wstydząc. Kocham się po powrocie. Kocham się z nim po raz
pierwszy, bo przecież umarłam. Bo coś we mnie umarło.
Muszę go kochać, wierząc, że mnie nie skrzywdzi. Nic nas nie
skrzywdzi.
Kocham go, wierząc w banały. Sama będąc banałem, o którym nikt
nigdy nie napisze książki.
Kocham go, jakbym miała 15 lat i nic nie wiedziała o miłości.
Kocham, jakbym miała ich i 150 i rozumiała już cały wszechświat.
Kocham go i nic nas nie skrzywdzi, gdy śmiejemy się razem,
rozchlapując wodę w łazience. Smarując się pastą do zębów.
Fałszując nasze ukochane piosenki.
Żyjemy. Po prostu żyjemy. Kochamy siebie nawzajem, jakby świat
poza nami nie istniał. A istnieje i inna miłość. Inne miłości.
Kocham przecież i ją. Kocham wielu ludzi.
Szukam dla każdej miłości odpowiedniego miejsca. Wierzę, że nic
nas nie skrzywdzi, póki ona jest. Nie sama w sobie. Budzę wiary,
tak jak próbuję budować na nowo te, które jak miałam wrażenie,
bezpowrotnie mi odebrano.
Naprawiam. Reperuję.
Może za dużo sklejam łzami, nie swoimi, a cudzymi. Trochę mi
wstyd, ale może właśnie tak musi być. Wstyd, że nie umiem być
dla nikogo bohaterem. Nawet dla samej siebie. Wstyd, że powoduję
łzy, wstyd, że nie można być ze mną szczerym. Że nie można się
nieraz przede mną tak bardzo otworzyć.
Jestem człowiekiem, niedoskonałym egocentrykiem, skupionym na własnych ranach.
Jestem człowiekiem, niedoskonałym egocentrykiem, skupionym na własnych ranach.
Za bycie człowiekiem mi wstyd.
Trochę mi wstyd, gdy pewne myśli przelatują przez głowę. Na
wspomnienie, że pijackiej nocy chciałam złożyć pocałunek na
kobiecych ustach pod pewnymi drzewami, jakby pieczętując nowy pakt.
Że chciałam zerwać przebiśnieg, tego, który przetrwał mrozy,
chciałam powiedzieć zasusz go. Chciałam, ale nie zrobiłam tego.
Może nie chciałam nowych symboli. Jestem nimi zmęczona, nie chcę
ich słuchać, bać się, nadmiernie obserwować, że może znowu
coś...A może to wszystko za wcześnie.
Niewiele naprawia się w ludzkim sercu podczas jednej nocy. Ale to
dobry początek. Może musi być okupiony późniejszymi łzami,
mdłościami i rozlanym winem. Może musi być jak zamieranie,
listopad w przedwiośniu, w miejscu, w którym wszystko się zaczęło.
Gdzie wszystko się skończy?
Ile razy zostanie złamane serce, rozlana słona woda, ile razy nóż
wbije się w serce?
Ile razy na nowo uwierzymy, że nic nas nie zrani? Poczujemy się
bezpieczni? Będziemy banalni w ułudach, banalni w oczywistościach?
Nikt nie wie.
Zawsze wiesz, gdzie się zaczęło, wiesz, gdy się skończy dopiero,
gdy koniec nastąpi.
Ale to nie jego pora. Zostało zostać. Zostało wylać kolejne
słowa. Łzy.
Chcę pisać tą historię. Chcą ją pisać inni. Niech więc tak
będzie. Kiedyś, gdzieś się skończy, może kolejnym drzewem,
które nie chce rosnąć. Teraz nie ma to znaczenia.
Teraz historia się tworzy.
Teraz nic nas nie zrani, choć, bogowie, tyle przed nami wszystkimi
ran.
Historia się tworzy.
Nieraz tak trudno w niej lawirować, między jednym a drugim życiem.
Między maskami, udawaniem że wszystko w porządku gdy wiesz, że
nie jest. Nieraz trudno nie poruszać pewnych tematów, bojąc się
łez, murów, o które rozbija się głowy i kolana, gdy upada się
ze zmęczenia. Nieraz tak trudno, nie wiedząc, czyje miejsce, jak
wiele ma go być, trudno lawirować, odmawiać i zapraszać, nie
wiedząc, gdzie jest idealny moment.
Czy taki w ogóle jest?
Nieraz trudno lawirować, ale warto. Może znów, o to w życiu
chodzi. Hołduję kolejnej zwrotce oczywistości. Hołduję nie 40, a
setkom zasad miłości, które sama tworzę, kochając.
Bo kocham. I ta miłość mówi zostaje. I ta miłość mówi buduję
na zgliszczach. Ta miłość być może, każe mi kiedyś wysłuchać
więcej cudzych potoków, zamiast skupiać się na sobie.
Nieraz trudno pisać tą historię, bo widzę się w niej na
pierwszym miejscu. Ja i ludzie dookoła mnie. Moje miłości. Ale
jest tu jeszcze ich miłość, która przebija się przez cały mój
wszechświat. Która błyszczy na moim zniekształconym, brzydkim
ciele potem, śliną i ciepłą spermą, ściekającą po udzie.
Jest miłość, człowiecza, mówiąca tęsknotami. Ludzkie głupoty.
Miejsca, które trzeba wygrzać, miejsca, które trzeba odkryć.
Miejsca, do których nie wpuścimy siebie nawzajem nigdy, albo
otworzymy szeroko drzwi, mimo że chcieliśmy, by były zamknięte.
Tak jest. W tym wszystkim jest miłość. Dola dzieci, nastolatek i
starych kobiet. Niedola złamanych serc, potrzaskanych na miliony
kawałków. Niedola nieudolnych inwestycji, szukania zysku tam, gdzie
same straty.
W tym wszystkim, w całej tej historii jest miłość. Jak się tu
znalazła? Ten największy banał i największa tajemnica, skąd się
tu wzięła?
Przyszła po prostu, poprzedniej zimy, wraz z człowiekiem. Przyszła
wiele lat temu, w upalny lipcowy dzień, wraz z pierwszym spojrzeniem
ciemnych oczu, wraz z pierwszym papierosem zapalonym po seksie.
W tym wszystkim jest po prostu miłość. Ta, która daje wiarę, że
nic nas już nie skrzywdzi, mimo że zranimy się wiele razy, tak
bardzo, tak bardzo.
W tym wszystkim, jak w każdej banalnej historii, jest miłość.
I ona mówi mi, głośno i wyraźnie: Przetrwamy.
Nic cię nie
skrzywdzi kochanie
Tak długo, jak
będziesz przy mnie, wszystko będzie dobrze
Nic cię nie
skrzywdzi kochanie.
Nic mi ciebie
nie odbierze.
Taka miłość, która trwa cały czas jest piękna :)
OdpowiedzUsuńTak. Taka, która po prostu...potrafi pokonać pewne trudności. I mimo tych trudność nadal istnieć...a może i dzięki nim ją się docenia nieraz?
UsuńWspaniała miłość, aż się wzruszyłam:)
OdpowiedzUsuńhttps://sweetcruel.wordpress.com/
To chyba dobrze:)
UsuńTyle różnych rzeczy Cię spotyka, z tego co zauważyłam często niezbyt przyjemnych, a Ty tworzysz z tego takie poetyckie wręcz opowieści. Niesamowita umiejętność, ale muszę przyznać, że czasami czytając czuję się jak bym wchodziła z butami w nie swoje sprawy i jest mi niezręcznie.
OdpowiedzUsuńW życiu każdego z nas spotyka wiele dobrych i złych rzeczy. Pozornie złych i pozornie dobrych, bo mam wrażenie, wszystko ma swoje plusy i minusy i właśnie kwestia tego, jakim chcemy to widzieć. A i poezja żyje przecież w prozie życia, no nie?:)
UsuńI cóż, wiem, że piszę nieraz za intymnie ale..tak już mam, taki ze mnie ekshibicjonista emocjonalny trochę.
wszystko jest procesem... najwazniejsze jest chyba nie zalowanie nawet tych najbardziej wstydliwych, czasem szokujacych decyzji/doswiadczen. bo w koncu to one sprawily, ze jestesmy tu gdzie jestesmy, tymi a nie innymi ludzmi... najwazniejsze jeszcze to nie przestawac kochac - bo tak wiele serc ludzkich jest teraz z kamienia, po uprzednich zranieniach... i co jeszcze ... by na wszystko wlasnie patrzec jakby sie to widzialo po raz pierwszy, tak jak pisalas - mozesz kochac sie tysiace razy z tym samym mezczyzna, ale zawsze pozostawic w sobie ten element zaskoczenia, zdumienia, byc znow przez chwile 15-letnia dziewczyna...
OdpowiedzUsuńwracam z duzym sentymentem do Twoich slow.
Dokładnie, bo skoro podjęło się decyzje to nie można sobie zarzucać pewnych spraw, tylko przy niej trwać, konsekwentnie...i cieszyć się z niej. Bo z każdej decyzji można się cieszyć, każda ma przecież swoje plusy i minusy:)
UsuńNiejedna osoba przecież mówiła, że tak naprawdę, na koniec będzie liczyć się tylko to, że kochałaś, czyż nie? Ostatecznie nie liczy się gniew, wszystkie rany, żal...a miłość. I miłość, jeśli jest, zawsze jest...świeża:)
I miło mi to czytać:)
Na torach? XDD Serio? :D Nie było wam tam za twardo, czy coś? xD Chyba, że na stojąco xD
OdpowiedzUsuńTakie dobre emocje wywołują u mnie twoje słowa. Jeszcze z odpowiednim podkładem muzycznym, to już w ogóle (akurat jest to hymn Nepalu xDD bardzo ładny, serio :D). Jakieś takie wzruszenie, ale i nadzieję. Bo w końcu tak wiele tej miłości mamy. I zawsze trzeba postawić ten pierwszy krok. Albo raczej kolejny, bo to przecież dalszy ciąg naszej opowieści. Byle do przodu. W końcu wszyscy jednak chcemy ją dalej pisać. I wiesz, myślę, że większość ludzi jest egocentrykami. Myślę, że są jednostki, które bardziej skupiają się na innych niż na sobie, jakieś matki Teresy i wgl, ale to chyba jednak mniejszość. Ja też jestem egocentrykiem, zdaję sobie z tego sprawę i w sumie nie wstydzę się tego. Ważne, że obok tego jest otwarte serce na drugiego człowieka.
Ano na torach. Na tramwajowych też się zdarzyło, wiesz, taka ułańska fantazja XD I uwierz, jak człowieka poniesie, to wszędzie się da xD
UsuńNie znam hymnu Nepalu, muszę więc zaraz sobie puścić:)
I cieszę się, że takie coś obudziły, bo po prostu i we mnie się coś na nowo budzi:)I dokładnie, po jakichś katastrofach, małych tragediach od czegoś trzeba po prostu zacząć.
Jasne, trudno wyjść poza własną jaźń ale...nieraz mi to we mnie przeszkadza. Że widzę za mało cudzych potrzeb, cudzych emocji, wzruszeń, bólu. Skupiam się na swoim. Czasem chciałabym być ponad to choć...to właśnie raczej wręcz niemożliwe.
Wiesz, że mi też przez myśl przeszło jakieś przypieczetowanie? :D nawet później mi się śniło xD (tej to pewnie dlatego ryj mi się ruszal przez sen xD)
OdpowiedzUsuńTo możliwe, bo dziwnie ryj marszczyłaś XD Ale sądzę, że po prostu chciało ci się pić, to odwodnienie po winie i ćmikach XD
UsuńAlbo jakiś tik xD
UsuńAlbo jakiś tik xD
UsuńTeż może być XD
UsuńPięknie, pięknie to opisałaś. Te tory mnie zaciekawiły, wygodnie było? :D
OdpowiedzUsuńJak człowiek ma chęć, to wszędzie jest wygodnie XD I wspominam to dobrze XD
UsuńHaha, no wiadomo że jak się czegoś bardzo chce to wszystko się da :D A nie baliście się, że ktoś Was zobaczy? :)
UsuńJak człowieka ponosi, to nie myśli o takich rzeczach XD
UsuńNie wiem co napisać... Pełnia mnie wykańcza za każdym razem...
OdpowiedzUsuńA co do miłości, problemy można rozwiązywać, ranionym jesteśmy i ranimy sami. O ile można i obie strony chcą to wszystko się przetrwa.
Może warto w jakiś sposób zaprzyjaźnić się z jej energią?:)
UsuńDokładnie, chcieć to kolejne słowo- klucz.
Nigdy, przynajmniej moim zdaniem, nie mówisz banałów. To są po prostu prawdy życiowe, lubię sposób ich podania, przekonuje mnie. Nie ma banału zresztą, tak sądzę. Jest codzienność, która czasem przytłacza. Nikt nie jest w stanie być nieustannie świeży, radosny i kreatywny. Miej te 16 lat w sercu, szalej, bo Ci z tym do twarzy :) Myślę, że odrodzisz się właśnie z pomocą tego, którego kochasz najbardziej.
OdpowiedzUsuńMiło mi to słyszeć chociaż bardzo często mam wrażenie, że się powtarzam i w koło Macieju to samo, podobny temat, podobne wnioski XD Ale może, to po prostu kwestia pewnej cykliczności życia?:)
UsuńCzasem mam 16, czasem 600 aż :) I..też tak sądzę:)
Największy banał i największa tajemnica - trafiłaś w sam środek :)
OdpowiedzUsuńMoże, może:)
UsuńBoże, piękne słowa - Zrani Cię wszystko. Nie złamie Cię nic. Już wiem, jak zatytuuję moją notkę. Pozwól, że kolejne 5 zdań też sobie pożyczę do notki.
OdpowiedzUsuńJak bardzo tęskniłam za tymi porównaniami życia do świata roślin, bo przecież stanowimy w zasadzie jeden integralny świat i wszystko ma swoje metafory i odzwierciedlenia.
Jak zwykle, Frido, napisałaś coś, co trafia w sedno.
A bieraj, co chcesz, toż to zaszczyt tym bardziej...że wreszcie wróciłaś, z czego się niezmiernie cieszę.
UsuńJedno jest wszystkim, wszystko jest jednym :>
Miłość to mgła. Dopóki nas otacza, dopóty jesteśmy na swój sposób bezpieczni. Ot: "Zrani cię wszystko. Nic cię nie złamie" - idealnie po prostu.
OdpowiedzUsuńMoże nie idealne ale...tak to czuję nieraz. Ale właśnie, zranienie to nic. Zrośnie się. Ważne, że nic nie złamie duszy. Bo ta się nie zrasta.
UsuńBo miłość jest właśnie tą rzeczą, która potrafi najbardziej zranić i najlepiej pocieszyć.
OdpowiedzUsuńDokładnie, to taki obosieczny miecz...ale bez niego życie byłoby cholernie puste.
UsuńTrudne emocje, doświadczenia piszesz o tym w niesamowity sposób...styl bardzo wciągający
OdpowiedzUsuńDziękuję:)
Usuń