piątek, 26 lutego 2016

O miłości, która mimo wszystkich ran, nikogo nie skrzywdzi.

 Ostatnia zimowa pełnia. Pełnia Panny, znaku, z którym mimo mojego ognia tak dobrze się rozumiem.
Idzie na zapach deszczu który prawdziwie pachnie. Idzie na zapach kwiatów, tych które przetrwały. Zapach ziół, które zasadzi się na nowo w ogrodzie. Powoli, narodzenie które pozornie przypomina zamieranie.
Przedwiośnie pachnie listopadem, ale to w trupie kiedyś zielonych drzew, rodzi się jaskrawy życiem kiełek. To na trupie żołędzi, które nigdy nie wzejdą, rosną nowe dęby.
To na tęsknotach opiera się nieraz nowe życie. Ale to mimo nich idziemy naprzód. Tamte drogi przecież się nie powtórzą.
Śmierć po życiu, życie rosnące na śmierci.
Serce bijące mimo wszystko miarowo i równo. Mimo trzepotu i nagłego nieraz drżenia.

Bo nic nie dzieje się z dnia na dzień. Nic nie przechodzi z najgłębszego dna na najwyższy szczyt.
Odejść czy zostać, odejść czy zostać. Myśl kołacząca się w głowie, odbijająca się jak echo od momentów pustki serca. Wszystko jednak zmierza ku zostań.
Podejmujemy decyzje i nie w podejmowaniu ich musimy być odważni, a w trwaniu przy nich. I z czasem okazuje się, że jest dobrze. Z czasem, ze śmiercią pewnych rzeczy przyjdą może nowe. Kolejna oczywistość, która, przechodząc falą przez nasze życie wcale nie jest taka łatwa.
Przecież. Zawsze to z oczywistościami mamy największy problem.

Rozmowy przeżywane setki razy w głowie, potoki nadmiaru niepotrzebnych słów, historii, o których być może nie powinno się wspominać. Zima z latem, piękne światło żółtego słońca pomieszane z płatami śniegu. Nadmiar alkoholu, powrót do złych nawyków od których potem zbiera się na wymioty.
Znów zastanowienie, czy nie krzywdzi się bardziej sobą, czy warto zostać nie tylko dlatego, że bywa się ranionym- ale dlatego, że się rani, gdy tamy pękną i mówi się za dużo.
Ale jest jak jest. Zostajemy. To przecież nie tylko mój wybór. Nie mogę mieć w sobie tyle egoizmu. Nie mogę mówić, tylko mnie to rani. Muszę patrzeć w cudze oczy.
Ile razy wywiercę własnymi wspomnieniami, ile razy wywiercę otwór w sercu, przez który wyleją się słone łzy? Może one są potrzebne? A może to tylko ja je powoduję, gdyby nie obecność nie byłoby tematu, tego, tamtego...
Ale słowa są. Łzy są. Na to się decydujemy.
Być może, lepsze to niż brak. Być może, lepsze to niż kolejny wymiar samotności. Odrzucenia. Opuszczenia.

Nic nie zmieni się z dnia na dzień.
Będziemy udawać na co dzień, że wszystko w porządku, ale widząc, że można mówić prawdę. Można, tylko nie zawsze się chce.
Będziemy szykować się na kolejne powodzie.
To nic, wody opadają, wody odchodzą, by znów coś na zgliszczach mogło się narodzić.
Rodzi się nieraz i z krzykiem. To nic. Niech krzyczy, niech kwili. Byle mogło oddychać.

Zrani cię wszystko. Nic cię nie złamie.
Jednak jesteś człowiekiem, nie kością, choć te bywają kruche u tych, których kochamy. U nas samych.
Wszyscy jesteśmy ludźmi. Przeżywamy brak światła, w końcu jednak zjawia się żółte słońce. Naturalny cykl.
Znów powtarzam sobie, powtarzam wam te same słowa. Przywołuję te same wiary. Mimo że nieraz chętnie schowałabym się w łupinie orzecha. Robię się nudna, topiąc się i wypływając na powierzchnię. Mimo to powtarzam cykl. Bo jestem człowiekiem.
Wracam w stare błędy, błędy miłości, które z założenia nie są głupotą. Bo miłość nie jest błędem, nawet jeśli rani.
Kolejny banał.
Jestem kapłanką oczywistości, które tak ciężko wprowadzam w swoje życie.
To nic.
To nic, bo co z tego, że jestem oklepana. Tak zwyczajna, banalna. Do bólu codzienna. Co z tego, że mówię o tym, co wszyscy i tak wiedzą. Ważne, że idę z tym do przodu. W tej codzienności. Jakoś. Mimo wszystko.
Co z tego, że nie niosę odkrywczego światła. Ja tylko żyję. Jestem tylko człowiekiem, jak każdy.

W lustrze nadal tak brzydkie, szare ciało. Nadal zmęczone spojrzenie. Nic nie zmieni się od razu. Wiara w siebie, której nie musiałam budować nigdy, upadła, runęła z jednym momentem. Otworzyły się rany, których nie było? Powstały kompleksy i chowanie się w ciemności, których nigdy wcześniej nie zaznałam? To nic. Skoro nie musiałam przedtem, teraz nauczę się budować. Tak po prostu.
Co innego mi zostaje?
Każdy musiał od czegoś zacząć.

Zacznę od pocałunku. Zmęczonego tańca przed lustrem po ciężkim dniu, przed prysznicem. Zapomnę o problemach. Znów będę mieć 15 lat.
To mnie nie skrzywdzi. To też pachnie wiosną. To pachnie plamą krwi na prześcieradle, krwi, która wcale nie bolała.
To mnie nie skrzywdzi, tak jak nie skrzywdzą mnie jego dłonie położone na moich biodrach. Usta, które całują pomimo nieświeżości poprzedniej, przepitej gdzieś w ciemnościach rodzinnego miasta nocy. To mnie nie skrzywdzi, jego stęsknione spojrzenie, które mówi, że to beze mnie nie może spać.
Nie skrzywdzi mnie miłość. Wszystko dookoła musi przestać się liczyć.
Znów mam 15 lat. Tym razem trochę się wstydzę, tak jak nie wstydziłam się wtedy, rozbierając się i szepcząc całkiem inne imię, imię ze wschodnim zaśpiewem. Trochę się wstydzę, ale to mnie nie skrzywdzi. Nasz taniec, nasze złączone ciała, splecione dłonie. Po tylu dniach nieśpieszne wcale rozbieranie, po kolei, każdej rzeczy.
Nie ma znaczenia że włosy w nieładzie i nieobcięte, zaczynają nadawać krzywy kształt za okrągłej twarzy. Że oczy podkrążone. Że ciało chciało wymiotować, ciało miało tyle problemów. Mam 15 lat i znów kocham się po raz pierwszy. Mam 17 lat i kocham się z Vincentem Malarzem na podłodze jego pracowni. Mam 18 lat i kochamy się po raz pierwszy w pokoju dusznym upałem, a moja dusza krzyczy z rozkoszy.
Nic mnie w tym momencie nie skrzywdzi. On mnie nie skrzywdzi. Mężczyzna, którego znam od lat. Którego od lat kocham. Za którego wyszłam za mąż.
Mężczyzna, z którym kochałam się setki razy. Tysiące. Z którym kochałam się na wielu łóżkach, podłogach, schodach, posłaniach z trawy, w lasach, przy ruchliwej drodze, za budynkiem przedszkola, na torach. Mężczyzna, z którym kochałam się na stojąco, na leżąco, na siedząco.
Kocham się z nim po raz pierwszy, tak prawdziwie, nie bojąc się. Nie wstydząc. Kocham się po powrocie. Kocham się z nim po raz pierwszy, bo przecież umarłam. Bo coś we mnie umarło.
Muszę go kochać, wierząc, że mnie nie skrzywdzi. Nic nas nie skrzywdzi.
Kocham go, wierząc w banały. Sama będąc banałem, o którym nikt nigdy nie napisze książki.
Kocham go, jakbym miała 15 lat i nic nie wiedziała o miłości. Kocham, jakbym miała ich i 150 i rozumiała już cały wszechświat.
Kocham go i nic nas nie skrzywdzi, gdy śmiejemy się razem, rozchlapując wodę w łazience. Smarując się pastą do zębów. Fałszując nasze ukochane piosenki.
Żyjemy. Po prostu żyjemy. Kochamy siebie nawzajem, jakby świat poza nami nie istniał. A istnieje i inna miłość. Inne miłości.
Kocham przecież i ją. Kocham wielu ludzi.
Szukam dla każdej miłości odpowiedniego miejsca. Wierzę, że nic nas nie skrzywdzi, póki ona jest. Nie sama w sobie. Budzę wiary, tak jak próbuję budować na nowo te, które jak miałam wrażenie, bezpowrotnie mi odebrano.

Naprawiam. Reperuję.
Może za dużo sklejam łzami, nie swoimi, a cudzymi. Trochę mi wstyd, ale może właśnie tak musi być. Wstyd, że nie umiem być dla nikogo bohaterem. Nawet dla samej siebie. Wstyd, że powoduję łzy, wstyd, że nie można być ze mną szczerym. Że nie można się nieraz przede mną tak bardzo otworzyć.
Jestem człowiekiem, niedoskonałym egocentrykiem, skupionym na własnych ranach.
Za bycie człowiekiem mi wstyd.
Trochę mi wstyd, gdy pewne myśli przelatują przez głowę. Na wspomnienie, że pijackiej nocy chciałam złożyć pocałunek na kobiecych ustach pod pewnymi drzewami, jakby pieczętując nowy pakt. Że chciałam zerwać przebiśnieg, tego, który przetrwał mrozy, chciałam powiedzieć zasusz go. Chciałam, ale nie zrobiłam tego.
Może nie chciałam nowych symboli. Jestem nimi zmęczona, nie chcę ich słuchać, bać się, nadmiernie obserwować, że może znowu coś...A może to wszystko za wcześnie.
Niewiele naprawia się w ludzkim sercu podczas jednej nocy. Ale to dobry początek. Może musi być okupiony późniejszymi łzami, mdłościami i rozlanym winem. Może musi być jak zamieranie, listopad w przedwiośniu, w miejscu, w którym wszystko się zaczęło.
Gdzie wszystko się skończy?
Ile razy zostanie złamane serce, rozlana słona woda, ile razy nóż wbije się w serce?
Ile razy na nowo uwierzymy, że nic nas nie zrani? Poczujemy się bezpieczni? Będziemy banalni w ułudach, banalni w oczywistościach?
Nikt nie wie.

Zawsze wiesz, gdzie się zaczęło, wiesz, gdy się skończy dopiero, gdy koniec nastąpi.
Ale to nie jego pora. Zostało zostać. Zostało wylać kolejne słowa. Łzy.
Chcę pisać tą historię. Chcą ją pisać inni. Niech więc tak będzie. Kiedyś, gdzieś się skończy, może kolejnym drzewem, które nie chce rosnąć. Teraz nie ma to znaczenia.
Teraz historia się tworzy.
Teraz nic nas nie zrani, choć, bogowie, tyle przed nami wszystkimi ran.
Historia się tworzy.
Nieraz tak trudno w niej lawirować, między jednym a drugim życiem. Między maskami, udawaniem że wszystko w porządku gdy wiesz, że nie jest. Nieraz trudno nie poruszać pewnych tematów, bojąc się łez, murów, o które rozbija się głowy i kolana, gdy upada się ze zmęczenia. Nieraz tak trudno, nie wiedząc, czyje miejsce, jak wiele ma go być, trudno lawirować, odmawiać i zapraszać, nie wiedząc, gdzie jest idealny moment.
Czy taki w ogóle jest?
Nieraz trudno lawirować, ale warto. Może znów, o to w życiu chodzi. Hołduję kolejnej zwrotce oczywistości. Hołduję nie 40, a setkom zasad miłości, które sama tworzę, kochając.
Bo kocham. I ta miłość mówi zostaje. I ta miłość mówi buduję na zgliszczach. Ta miłość być może, każe mi kiedyś wysłuchać więcej cudzych potoków, zamiast skupiać się na sobie.

Nieraz trudno pisać tą historię, bo widzę się w niej na pierwszym miejscu. Ja i ludzie dookoła mnie. Moje miłości. Ale jest tu jeszcze ich miłość, która przebija się przez cały mój wszechświat. Która błyszczy na moim zniekształconym, brzydkim ciele potem, śliną i ciepłą spermą, ściekającą po udzie.
Jest miłość, człowiecza, mówiąca tęsknotami. Ludzkie głupoty. Miejsca, które trzeba wygrzać, miejsca, które trzeba odkryć. Miejsca, do których nie wpuścimy siebie nawzajem nigdy, albo otworzymy szeroko drzwi, mimo że chcieliśmy, by były zamknięte.
Tak jest. W tym wszystkim jest miłość. Dola dzieci, nastolatek i starych kobiet. Niedola złamanych serc, potrzaskanych na miliony kawałków. Niedola nieudolnych inwestycji, szukania zysku tam, gdzie same straty.
W tym wszystkim, w całej tej historii jest miłość. Jak się tu znalazła? Ten największy banał i największa tajemnica, skąd się tu wzięła?
Przyszła po prostu, poprzedniej zimy, wraz z człowiekiem. Przyszła wiele lat temu, w upalny lipcowy dzień, wraz z pierwszym spojrzeniem ciemnych oczu, wraz z pierwszym papierosem zapalonym po seksie.

W tym wszystkim jest po prostu miłość. Ta, która daje wiarę, że nic nas już nie skrzywdzi, mimo że zranimy się wiele razy, tak bardzo, tak bardzo.
W tym wszystkim, jak w każdej banalnej historii, jest miłość.
I ona mówi mi, głośno i wyraźnie: Przetrwamy.



Nic cię nie skrzywdzi kochanie
Tak długo, jak będziesz przy mnie, wszystko będzie dobrze
Nic cię nie skrzywdzi kochanie.

Nic mi ciebie nie odbierze. 

33 komentarze:

  1. Taka miłość, która trwa cały czas jest piękna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak. Taka, która po prostu...potrafi pokonać pewne trudności. I mimo tych trudność nadal istnieć...a może i dzięki nim ją się docenia nieraz?

      Usuń
  2. Wspaniała miłość, aż się wzruszyłam:)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Tyle różnych rzeczy Cię spotyka, z tego co zauważyłam często niezbyt przyjemnych, a Ty tworzysz z tego takie poetyckie wręcz opowieści. Niesamowita umiejętność, ale muszę przyznać, że czasami czytając czuję się jak bym wchodziła z butami w nie swoje sprawy i jest mi niezręcznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W życiu każdego z nas spotyka wiele dobrych i złych rzeczy. Pozornie złych i pozornie dobrych, bo mam wrażenie, wszystko ma swoje plusy i minusy i właśnie kwestia tego, jakim chcemy to widzieć. A i poezja żyje przecież w prozie życia, no nie?:)
      I cóż, wiem, że piszę nieraz za intymnie ale..tak już mam, taki ze mnie ekshibicjonista emocjonalny trochę.

      Usuń
  4. wszystko jest procesem... najwazniejsze jest chyba nie zalowanie nawet tych najbardziej wstydliwych, czasem szokujacych decyzji/doswiadczen. bo w koncu to one sprawily, ze jestesmy tu gdzie jestesmy, tymi a nie innymi ludzmi... najwazniejsze jeszcze to nie przestawac kochac - bo tak wiele serc ludzkich jest teraz z kamienia, po uprzednich zranieniach... i co jeszcze ... by na wszystko wlasnie patrzec jakby sie to widzialo po raz pierwszy, tak jak pisalas - mozesz kochac sie tysiace razy z tym samym mezczyzna, ale zawsze pozostawic w sobie ten element zaskoczenia, zdumienia, byc znow przez chwile 15-letnia dziewczyna...
    wracam z duzym sentymentem do Twoich slow.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, bo skoro podjęło się decyzje to nie można sobie zarzucać pewnych spraw, tylko przy niej trwać, konsekwentnie...i cieszyć się z niej. Bo z każdej decyzji można się cieszyć, każda ma przecież swoje plusy i minusy:)
      Niejedna osoba przecież mówiła, że tak naprawdę, na koniec będzie liczyć się tylko to, że kochałaś, czyż nie? Ostatecznie nie liczy się gniew, wszystkie rany, żal...a miłość. I miłość, jeśli jest, zawsze jest...świeża:)
      I miło mi to czytać:)

      Usuń
  5. Na torach? XDD Serio? :D Nie było wam tam za twardo, czy coś? xD Chyba, że na stojąco xD
    Takie dobre emocje wywołują u mnie twoje słowa. Jeszcze z odpowiednim podkładem muzycznym, to już w ogóle (akurat jest to hymn Nepalu xDD bardzo ładny, serio :D). Jakieś takie wzruszenie, ale i nadzieję. Bo w końcu tak wiele tej miłości mamy. I zawsze trzeba postawić ten pierwszy krok. Albo raczej kolejny, bo to przecież dalszy ciąg naszej opowieści. Byle do przodu. W końcu wszyscy jednak chcemy ją dalej pisać. I wiesz, myślę, że większość ludzi jest egocentrykami. Myślę, że są jednostki, które bardziej skupiają się na innych niż na sobie, jakieś matki Teresy i wgl, ale to chyba jednak mniejszość. Ja też jestem egocentrykiem, zdaję sobie z tego sprawę i w sumie nie wstydzę się tego. Ważne, że obok tego jest otwarte serce na drugiego człowieka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano na torach. Na tramwajowych też się zdarzyło, wiesz, taka ułańska fantazja XD I uwierz, jak człowieka poniesie, to wszędzie się da xD
      Nie znam hymnu Nepalu, muszę więc zaraz sobie puścić:)
      I cieszę się, że takie coś obudziły, bo po prostu i we mnie się coś na nowo budzi:)I dokładnie, po jakichś katastrofach, małych tragediach od czegoś trzeba po prostu zacząć.
      Jasne, trudno wyjść poza własną jaźń ale...nieraz mi to we mnie przeszkadza. Że widzę za mało cudzych potrzeb, cudzych emocji, wzruszeń, bólu. Skupiam się na swoim. Czasem chciałabym być ponad to choć...to właśnie raczej wręcz niemożliwe.

      Usuń
  6. Wiesz, że mi też przez myśl przeszło jakieś przypieczetowanie? :D nawet później mi się śniło xD (tej to pewnie dlatego ryj mi się ruszal przez sen xD)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To możliwe, bo dziwnie ryj marszczyłaś XD Ale sądzę, że po prostu chciało ci się pić, to odwodnienie po winie i ćmikach XD

      Usuń
  7. Pięknie, pięknie to opisałaś. Te tory mnie zaciekawiły, wygodnie było? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak człowiek ma chęć, to wszędzie jest wygodnie XD I wspominam to dobrze XD

      Usuń
    2. Haha, no wiadomo że jak się czegoś bardzo chce to wszystko się da :D A nie baliście się, że ktoś Was zobaczy? :)

      Usuń
    3. Jak człowieka ponosi, to nie myśli o takich rzeczach XD

      Usuń
  8. Nie wiem co napisać... Pełnia mnie wykańcza za każdym razem...
    A co do miłości, problemy można rozwiązywać, ranionym jesteśmy i ranimy sami. O ile można i obie strony chcą to wszystko się przetrwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może warto w jakiś sposób zaprzyjaźnić się z jej energią?:)
      Dokładnie, chcieć to kolejne słowo- klucz.

      Usuń
  9. Nigdy, przynajmniej moim zdaniem, nie mówisz banałów. To są po prostu prawdy życiowe, lubię sposób ich podania, przekonuje mnie. Nie ma banału zresztą, tak sądzę. Jest codzienność, która czasem przytłacza. Nikt nie jest w stanie być nieustannie świeży, radosny i kreatywny. Miej te 16 lat w sercu, szalej, bo Ci z tym do twarzy :) Myślę, że odrodzisz się właśnie z pomocą tego, którego kochasz najbardziej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi to słyszeć chociaż bardzo często mam wrażenie, że się powtarzam i w koło Macieju to samo, podobny temat, podobne wnioski XD Ale może, to po prostu kwestia pewnej cykliczności życia?:)
      Czasem mam 16, czasem 600 aż :) I..też tak sądzę:)

      Usuń
  10. Największy banał i największa tajemnica - trafiłaś w sam środek :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Boże, piękne słowa - Zrani Cię wszystko. Nie złamie Cię nic. Już wiem, jak zatytuuję moją notkę. Pozwól, że kolejne 5 zdań też sobie pożyczę do notki.
    Jak bardzo tęskniłam za tymi porównaniami życia do świata roślin, bo przecież stanowimy w zasadzie jeden integralny świat i wszystko ma swoje metafory i odzwierciedlenia.
    Jak zwykle, Frido, napisałaś coś, co trafia w sedno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A bieraj, co chcesz, toż to zaszczyt tym bardziej...że wreszcie wróciłaś, z czego się niezmiernie cieszę.
      Jedno jest wszystkim, wszystko jest jednym :>

      Usuń
  12. Miłość to mgła. Dopóki nas otacza, dopóty jesteśmy na swój sposób bezpieczni. Ot: "Zrani cię wszystko. Nic cię nie złamie" - idealnie po prostu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nie idealne ale...tak to czuję nieraz. Ale właśnie, zranienie to nic. Zrośnie się. Ważne, że nic nie złamie duszy. Bo ta się nie zrasta.

      Usuń
  13. Bo miłość jest właśnie tą rzeczą, która potrafi najbardziej zranić i najlepiej pocieszyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, to taki obosieczny miecz...ale bez niego życie byłoby cholernie puste.

      Usuń
  14. Trudne emocje, doświadczenia piszesz o tym w niesamowity sposób...styl bardzo wciągający

    OdpowiedzUsuń