niedziela, 21 lutego 2016

O kwiatach, które umarły tej zimy, ale i o zielonych pędach, które wzrosną na nowo.

 Wiele kwiatów nie przeżyło tej zimy.
Wiele rzeczy w moim sercu nie przetrwało jej również. Po ciężkiej jesieni przyszła czas na śmierć, z którą teraz się godzę.
Umarło we mnie wiele rzeczy, ale nadchodzi wiosna. Czuję ją, wraz z pełnią w znaku panny, czuję ją, gdy zmienia się zapach deszczu. Gdy pierwsze zielone liście witają na drzewach. Czuję ją i mówię sobie wytrzymasz, ta reszta, co w tobie została, te piękne rzeczy, czułość, cierpliwość, przeżyły. I zakwitną nowe.
A co to umarło, czas pochować. Czas pożegnać się z pierwotnym kształtem pewnych więzi i zrozumieć, że nie wróci się do tego, co było. Nie wróci się do euforii, pełnego zaufania. Gdy szklany okruch wpadnie do oka, zostawia rankę, zostawia bliznę. To nie to samo, co okruch lodu, który topi się wraz z łzami. Na zawsze zamazuje spojrzenie.
I to dawne trzeba pochować.
Trzeba pokochać to nowe, już w pełni. Gdy upłynęło trochę czasu w rzece wszechświata, można próbować kochać na nowo, to spojrzenie, pejzaż z blizną. Wielu powiedziałoby że to niemożliwe. Ja chociaż chcę spróbować.

Wiele kwiatów nie przeżyło tej zimy.
Wczoraj pochowałam wrzos, wrzos, który dostałam pięknej jeszcze jesieni. Nie przetrwał zimy. Sądziłam, że to tylko liście, kwiaty, usychają, że jeszcze da się go uratować. Okazało się, że martwe były przede wszystkim korzenie. Zgniłe, przemrożone. Zimno i wilgoć je zabiły, zimno i wilgoć mojego mieszkania. Podobne do tego zimna i wilgoci, które tej zimy nosiłam w pewnych pokojach mojego serca.
Walczyłam o ten kwiat. Próbowałam wszystkimi znanymi mi metodami. Podcinałam, podlewałam podsuszałam. Jednak zmarł. Nie wszystko w życiu da się uratować.
Gdy rano wyrzucałam jego resztki, zaszkliły mi się znów oczy.
Moja babcia zawsze mówiła, że kwiaty odzwierciedlają nasze więzi. Jeśli dane nieszczerze, zamierają. Jeśli coś się dzieje między ludźmi, dzieje się podobnie. Rzecz, w którą wierzyłam święcie i której nie dawałam wiary.
Wrzos umarł jak pewne rzeczy między ludźmi. Musiałam to zrozumieć, przyjąć na nowo w pełni ten ból zamierania. Wrzos umarł, jesienny kwiat, umarł jak pewne rzeczy tej zimy.
Ale na moim parapecie jest wiele miejsca. Zakwitną nowe kwiaty. Przyjmę je tak samo, z taką samą radością jeśli ktoś zechce mi je dać. Nowe symbole, tak ważne, tak ważne, że prawie o tym nie mówię. Moje kwiaty, moje metafory.
Jest wiele miejsca na parapecie, jest wiele miłości i czułości. Trzeba tylko jeszcze trochę wytrzymać, dobrnąć do końca zimy. A potem na nowo może uda się budować pewne rzeczy. Może uciszę chaos w głowie, ten, który przyszedł sam i zjada po kolei, po kolei zabija.
To co we mnie głęboko ukryte wyciąga na wierzch.

Jedna rana, jedna rana, ale na tyle głęboka, że oswobodziła stare demony.
Przychodzą w snach.
Jednej nocy sny z moim ojcem, ojcem który tym razem mnie gwałci. Ojcem, który płacze, przeprasza i żałuje, a ja nie umiem wybaczyć. Gdy przeprasza kolejnej, już jego mi jest żal, nie siebie samej. Wybaczam, chociaż wiem, że nie mogę.
Sny, które przynoszą wspomnienia, zadają nowe rany.

Sny, które wołają choć do nas, pomożemy ci.
Niedźwiedzie w snach. Niedźwiedzica o trzech łapach w moim domu, która mieszka ze mną. Kaleka jak ja. Wypłakuję się w jej ciepłe ciało, głaszczę miękkie futro, aż o trzeciej w nocy budzę się ze łzami w oczach. To nic. To znak, że znów muszę pomóc sama sobie.
Nikt poza mną mnie przecież nie ocali.
Nikt poza mną nie ocali moich kwiatów.

Szukam w sobie niedźwiedzicy, w której coś umarło, która głodna obudziła się przedwcześnie niepokojem, ale która przetrwa. Tej spokojnej, tej która wie. Która wie, że trzeba nieraz umrzeć, by ponownie się narodzić.
Tej, która umie zrozumieć stratę i żyć pomimo niej. Nawet, jeśli straciła nie tylko nogę, a tak wiele z wiary, że prawie zgasła.

Bo moje serce, serce niedźwiedzia, prawie przecież zgasło. I lekko, lekko podtrzymuję ten ogień, walczę i mówię znów, byle do wiosny. Byle przetrwać.

Tyle tęsknot i pożegnań. Tyle zawiłości i słów, w których sami się gubimy.
Gdy widzę jego słowa „moje potrzaskane na milion kawałków serce tęskni za jej elastycznym” nie czuję, że mogę jeszcze się naciągnąć. To ja mam serce potrzaskane na miliony kawałków, ale sklejam je, ciepłą śliną i krwią, ratując siebie, ratując to co zostało. Bo dużo umarło od jesieni, wiele zwierząt w moim lesie padło dopiero teraz, na przedpolu wiosny, z wycieńczenia.
Goniły resztkami sił, ale nie przetrwały przykro mi, takie prawo natury. A ja ledwo nadążam z pogrzebami.
Ale nie jestem tylko zwierzęciem, jestem lasem. Musi we mnie coś umierać i coś się rodzić.
Ja na wiosnę wydam zielone kiełki, ja znów przyjmę cykl życia-śmierci- życia. Jak już nieraz.

Obudzę się. Bo zasnęłam za głęboko.

Wiele rzeczy umarło tej zimy, nie dało się ich uratować.
Umarło wiele kwiatów, o niektóre ciągle walczę. O opadające z krzewu biało-zielone liście, kolejne zgniłe korzenie. Z tym, kto dał mi ten kwiat, nie rozmawiam od roku. Od roku ani słowa.
Zima i tu zrobiła swoje.

Niejedne zwłoki widziałam w życiu. Niejednych dotykałam, niejedne oczy zamykałam własną dłonią. W tym roku tak ich wiele, bo jednak i trochę żyję w tym domu, domu dla niepotrzebnych, tych, których nikt nie chce, domu, w którym ponoć to ja sprawiłam cud.
Nie ma nic smutniejszego niż martwy ptak, mówił mi kiedyś. Widziałam dzisiaj martwego wróbla w parku. Ale nie zasmucił mnie tak bardzo, jak widok umierających w moim domu kwiatów.

Mam wrażenie, że one to ja.
Wykończył je brak światła, zimno, lód na oknach, który mieliśmy w mieszkaniu.
Mnie wykończyły nadmiary myśli.
Razem gonimy resztkami sił, razem próbujemy zaczerpnąć nowy oddech.
Moje mieszkanie nadal jest zimne. Miewam zimne ręce, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzało.
Jestem zmęczona.
Znów, dopadły mnie choroby. Nawet ja się złamałam, złamałam i wzięłam leki, których nienawidzę. Antybiotyki. Brak oddechu.
Ciągnie się cały czas. Moja dusza jest zmęczona, zmęczyło się więc i ciało.
Nie śpię wcale tak dobrze, jak wmawiam wszystkim. Krew nadal leci z nosa.
Nie krwawię prawidłowo, jak powinnam krwawić jako kobieta co miesiąc, bo nie mam na to siły. Tylko plamy zamiast świętej krwi. To doprowadza wręcz do kolejnych łez.
Czy tamto odebrało mi tez kobiecość? Głupia myśl, a jednak wiem, nie mam siły, głowy na miłość, na zabawy w namiętność. Nie tak jak przedtem.
Smutny, fakt, najgorszy. To też trochę umarło, choć więcej w nas czułości. Ale nie wróci dawna beztroska. Tak umiera niewinność dziecka i zabiera z sobą cały świat.
Tak umiera wiara.

Tak umierają kwiaty.
Mam wrażenie, że te kwiaty to ja. Leżę na łóżku i patrzę w ich stronę, zastanawiając się, czy naprawdę wytrzymają. Czy ja wytrzymam. Czy rozpadnę się jak domek z kart, czy upadnę jak kolana podcięte górskim wiatrem?
Patrzę na ich zamieranie, sama zamieram. Myślę o tym, że potrzebne mi nowe- ale stale mam wrażenie, że to byłoby tylko oszustwo. Oszustwo takie samo, jakie popełniam przy wielu ludziach na co dzień, śmiejąc się do nich i mówiąc im, że wszystko w porządku.
Nie wszyscy wierzą.
Tak jak nie wszystkie kwiaty obumierają. Jeden kaktus, zielony, kupiony podczas pewnego spaceru rok temu, ma się jak najlepiej. A to on powinien umrzeć z braku światła i zimna jako pierwszy.
Rozrasta się w najlepsze.
On ma siłę. On ma wiarę. Pociesza mnie jego zieleń, zieleń w tym oddechu śmierci, który czai się nad moim uchem, który czuję na moim karku.

Wiele rzeczy musiało obumrzeć tej zimy. Pewnie i kaktus stracił wiele korzeni, tylko tego aż tak nie widać, bo cała reszta była silniejsza.
To ciężkie, być czułym opiekunem kwiatów w starym kamienicznym mieszkaniu i widzieć, że się nie podołało.
To ciężkie, wierzyć, że wszystko będzie dobrze, a potem nosić żałobę, która była nieuchronna. Mimo to tli się wiara, tli się, ta, że wszystko się ułoży. Tylko teraz już nie wierzy się ślepo, gdzieś w środku w powroty do źródła rzeki. Teraz widzi się wyraźnie, że trzeba płynąć z jej prądem.
Nauka pływania, kolejna.
Nauka pływania gdy boimy się wody. I temu podołamy.

Wiele rzeczy umarło tej zimy.
W lustrze widzę brzydką kobietę, bez dawnego ognia w oczach tylko nieraz w ciemności i resztkach namiętności budzi się on na nowo, w sypialnianym cieple. Na chwilę, ale ożywa choć na chwilę, dając nadzieję, że może znów zapłonie.
Może przestanę porównywać ciała, jak zaczęłam, gdy poczułam się gorszą, poniżoną kobietą. Z wiosną przecież zawsze budziła się we mnie kotka. Zawsze czułam się wspaniale. Może nie odebrano mi tego?
Popłynę, zobaczę.

Najwyższa pora przecież przestać się użalać, raz a dobrze.
Najwyższa pora poczuć się dobrze, szczęśliwie na dłużej niż dobę.

Moje ciało jest zmęczone, zmęczona moja dusza.
Musiałam przez chorobę odwołać podróż, na którą tak liczyłam. Nie spotkam się z moją prawdziwą siostrą, siostrą mojej krwi przed jej porodem. Nie spotkam się z Nią. Nie spotkam się z Nim.
Trudno.
Pojadę w miejsce, z którego czerpię energię. Pojadę, wsiądę jutro w pociąg i będę świętować najbardziej kobiecą pełnię. Może odzyskam znów spokój, jak przecież już nieraz bywało. Może odzyskam go naprawdę.
Może uda się zacząć na nowo pewne rzeczy, choć nie wiem, czy mam na nie siły. Pewnie okaże się na miejscu. Czy warto już teraz...czy trzeba jeszcze trochę poczekać.
Może odżyję.
Może przywiozę nowe kwiaty.
Może, tym razem, te przetrwają. Tak jak ja przetrwałam do tego momentu...i co więcej, mam zamiar iść dalej. W ten albo inny sposób. Odchodząc albo zostając.
Wiecie, rzadko patrzymy w ten sposób na rośliny, na kwiaty, ale one mają w sobie wielką wolę walki i przeżycia.
Tak samo jak ja.

A jeśli chcecie, przy pełni, możecie pomyśleć o zielonych pędach, nowych korzeniach, które drążą nawet skałę. Złapię te myśli. I przetrwam. Bo gdy wstanie nowe wiosenne słońce....będzie po mojej stronie. 



To co było przepadło
Wzloty i upadki zdarzają się każdemu
Podczas samotnej wędrówki przez zapłakany świat
Ale gdy wyjdzie słońce
Gdy wzejdzie słońce
Będzie po mojej stronie. 


37 komentarzy:

  1. "zbliża się wiosna, spieszy nowe życie, nastaje czas nowych możliwości, kolejnych prób" :)
    Bo jeszcze i jednak tu muszę dorzucić swoje trzy grosze xD a raczej nie moje tylko pani Estes xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu, pożyjemy, zobaczymy:)

      Usuń
  2. Myśli potrafią narobić wiele zamieszania. I czasem to jest potrzebne, żeby sobie znowu pomóc, poukładać. Byleby to nie trwało zbyt długo. Umierają w nas uczucia, pewne cząstki nas samych, jak piszesz. W zasadzie... nigdy nie zastanawiałam się, co we mnie już umarło. Ale tak jak też piszesz, przychodzi czas, kiedy rodzą się nowe, kiedy odżywamy, budzi się w nas energia. Życzę Ci, żeby jak najprędzej ona się w Tobie pojawiła, żebyś mogła odetchnąć, spokojnie oddychać i czuć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, oby nie trwało za długo. A u mnie już się ciągnie i ciągnie...ale naprawdę, muszę powiedzieć basta:)
      W każdym z nas coś umiera, coś się rodzi. Całe nasze życie jest mieszanką tych dwóch rzeczy, tylko nie zawsze są one tak jaskrawe, że je przeżywamy, zauważamy, że musimy wręcz wyprawiać małe pogrzeby niektórym sprawom.
      I dziękuję:)

      Usuń
    2. W zasadzie to ja też powinnam :D
      Muszę się nad tym zastanowić :)

      Usuń
    3. To się zastanawiaj, zastanawiaj:)

      Usuń
  3. Kochana wiesz,że ta zimna mnie też dobija? Coś w powietrzu lata i szerzy smutek. Choroba i antybiotyk mnie też dobił. Ciągle odczuwam jego negatywne skutki. Trudno mi zebrać entuzjazm i siły, a tak bym chciała myśleć pozytywnie i marzyć o wiośnie... Ale będzie lepiej prawda? Będzie...
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak ciało chore to nagle i świat jest mniej przyjazny, prawda? To się dodatkowo odbija na naszym postrzeganiu. I musi być dobrze. Jednak, mała cząstka wiary musi ożyć:)

      Usuń
  4. Walka z obumieraniem kwiatów to walka z naturą, nikt jeszcze nigdy z nią nie zwyciężył.
    Ale ja też tak mam, że jest mi przykro gdy mam wyrzuć kwiaty, które zwiędły a przykro mi też je suszyć :) I też słyszałam o tym, że nieszczere kwiaty więdną szybciej a te szczere bardzo długo;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale czasem chciałoby się naturę pokonać. I smutno, gdy wlaśnie wiesz, że pewnych rzeczy w życiu nie przeskoczysz.
      Więc to znany przesąd:)

      Usuń
  5. Wiesz, wydaje mi się, że to nie jest tylko kwestia tej jednej zimy, bo chyba ogólnie przez ostatni rok ci się nagromadziło, co nie? Kumulowały się gdzieś te wszystkie trudne przeżycia. I wydaje mi się, że właśnie po czymś takim sił nie odzyskuje się jednorazowym zrywem, czy w jedną pełnię. Może lepiej nie nastawiać się na wiosenne fajerwerki, tylko po prostu płynąć sobie, powoli odzyskiwać siły i budować coś nowego? Może bez oczekiwań będzie łatwiej. Bo wiesz, pewnie z dnia na dzień nie będzie różowo, ale wierzę, że przetrwasz to. W sumie to nie dziwię się, że jest ci ciężko. Te obumierające relacje, czego współczuję, bo to jednak zawsze boli, gdy kogoś dla nas ważnego zabraknie w naszym życiu, jeszcze do tego jak zdrowie szwankuje to już w ogóle. Dlatego może lepiej nie na siłę, tylko spokojnie. Pewnie za zakrętem czeka coś nowego, ale też nie ma co gnać za tym na złamanie karku, bo może nie starczyć sił. Rozumiesz, co mam na myśli. Mam nadzieję, że wiosna jednak pomoże ci je odzyskać :) W końcu będzie dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem. Aż za dużo, w ogóle w ciągu ostatnich lat, to zmaganie z wieloma rzeczami. I nieraz dopada mnie cholerne zmęczenie, z którym po prostu muszę w sobie walczyć. I jasne, wszystko wymaga czasu. Ale trzeba się zerwać na ten konkretny etap, bo po nim po prostu pewnie przyjdą następne.
      I owszem, ale po prostu nieraz ludzi musimy żegnać. A nieraz na nowo o nich walczyć. Czasem trudno zrozumieć, czemu wybieramy tak, a nie inaczej.
      I jest już jakoś...lepiej:)

      Usuń
  6. Też patrząc w lustro zastanawiam się, gdzie podziała się tamta osoba. A może nigdy nie istniała?
    Powiedz, że to przejściowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest przejściowe i już mija. Mi już nawet po pełni lepiej:)

      Usuń
  7. Twoja babcia miała rację. widzę po sobie - kiedy na początku związku dostawałam róże, one stały w wazonie przez ponad tydzień. teraz po dwóch dniach schną...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo może jednak po prostu inaczej do tych kwiatów podchodzimy i one to, jako żywe istoty, czują?

      Usuń
  8. Ja zniszczyłam system - posadziłam w doniczce sztuczne kwiaty :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Moje kwiaty też miały ochotę przez zimę umrzeć, ale walczyłam o nie i żyją. Tylko teraz paprotka mi usycha. Chyba za mało telewizji oglądam. xD
    Chyba kiedyś gdzieś słyszałam o tym szczerym dawaniu kwiatów, ale jakoś zapomniałam o tym. Muszę zacząć obserwować darowane mi kwiaty. ^^
    Słyszałam też o tym, że kwiatów nie można chwalić, bo zwiędną. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie przetrwało ich wiele, tylko niektóre nie doczekały wiosny...szkoda, ale może właśnie ta musiało być?
      Warto, bo to naprawdę się sprawdza :D I może i w tym coś jest?:D

      Usuń
  10. Nie lubię dostawać ciętych kwiatów. Ale jakoś nikt nie wpadł na pomysł, by podarować mi jakiegoś w doniczce. Albo chociaż doniczke, no! Mój kaktus chyli się, ale żyje. Nie daje się dotknąć.

    Będę z Tobą myślą, jakem Panna ;) chociaż ja już nie wiem, jak to dokładnie jest z tymi znakami Zodiaku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam podobnie. A mój mąż w tym wszystkim jest najmądrzejszy, np. na dzień kobiet zawsze daje mi wiat kalafiora bo...jest praktyczny i wie, że kalafiora z chęcią surowego zjem :D To u mnie część umarła, o część walczę ale...może właśnie coś wywalcze?
      I dziękuję. Pełnia zrobiła swoje:)
      I znaki są słoneczne, pełnie mają swoje, niezależne od nich :D

      Usuń
  11. Wszystko się zmienia, raz jest lepiej raz gorzej. Ludzie się smucą, żeby później docenić radość i szczęście. Ktoś się rodzi, ktoś umiera. Taka jest kolej rzeczy nawet jeżeli chodzi o nasze wnętrze i duchowość. Zmieniamy się pod wpływem pewnych czynników. Wydarzenia z życia i osoby, które spotykamy na swojej drodze, w pewien sposób nas kształtują. Nic nie dzieje się przypadkiem. To wszystko ma określony sens, który zazwyczaj dostrzegamy po czasie :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, trzeba upadać, żeby docenić smak podnoszenia się z kolan. Tylko czasem od razu trudno uchwycić szerszą perspektywę:)

      Usuń
  12. Ja cały czas wierzę, że przyjdą wiosenne deszcze, pąki kwiatów wiśni. Nie chce już zimy i chłodu, choć deszcz uwielbiam i chętnie moknę, jak własnie ostatnio spacerujac z psem po parku. Trzyma się, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I już kwitną krokusy i przebiśniegi w ogrodzie mojej matki. Idzie ciepłe, idzie zielone:) Wreszcie:)

      Usuń
  13. Gdy Ciebie opuszcza choroba, to kolejny raz chwyta się mnie ;) Pierwszy raz jednak czuję, że potrzebuję tego zostania w domu i zwolnienia. Bycia w spokoju i statycznego odżycia. A wiosna.. niech przyjdzie. Na miejsce ususzonych bordowych róż, mogłyby wskoczyć żywe, jasne, pachnące skarby łąki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, czyli równowaga w przyrodzie zachowana :D Bo czasem musimy zwolnić. A przedwiośnie bywa trudniejsze niż wiosna, jesteśmy zmęczenie tym co było i ...odpoczywać jest konieczne.
      Bordowe róże? Muszę być piękne.

      Usuń
  14. Ta zima do najweselszych nie należała, nie tylko dla Ciebie. Wielka jebana szarość, smutek, tylko melancholia. Ale wiosna zawsze przynosi zmiany, przynosi radość, kwiaty, słońce. Mam nadzieję, że w końcu się polepszy. Zarówno u mnie, jak i u Ciebie.
    Zdrowia, Frido! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem, że ta zima miała i wiele dobrych momentów. Miała na samym początku dla mnie wielki spokój, tylko właśnie potem jakoś...za mało życia, za mało światła, za zimno się zrobiło w duszy. Ale zima już mija. I przychodzi kolejna pora, może jakoś lepsza? Bo mam nadzieję, że obie właśnie odżyjemy:) Damy radę:)

      Usuń
  15. No i znowu mogę tylko życzyć powodzenia. Zaś z tymi kwiatami serio coś jest na rzeczy: skromne tulipany czy trzy róże od taty trzymają się mocno, a pełne przepychu bukiety urodzinowe od rodzicielki zaczynają marnieć po góra czterech dniach. Dałaś mi tym do myślenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:) Chyba pomogło:)
      I widzisz? Może to nasze nastawienie od nich, a może faktycznie, to jakieś symbole, a te, jak wiadomo, najbardziej obrywają za nasze antagonizmy wzajemne.

      Usuń
  16. Frido, sama dobrze wiesz, że gdy upadamy, po pewnym czasie i tak musimy powstać. Po to choćby, żeby po prostu dalej...żyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. W samym życiu jest właśnie przede wszystkim życie i to jemu się poddajemy. I nieraz trzeba i upadać, żeby pewne rzeczy docenić.

      Usuń
  17. idzie wiosna, idzie nowe... dobry okres, żeby zakończyć jedno, a rozpocząć drugie, lepsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Kolejne narodziny symbolicznie.

      Usuń