Przyszła
zima. Może trochę przedwczesna, a może właśnie całkiem na swoim
miejscu.
Przyszła,
choć jeszcze nie całkiem. Zmroziła poranki, wydłużyła wieczory.
Dała kilka płatków śniegu, kilka płatków, jeszcze w listopadzie
i przywołała tym samym myśl o tym, który nienawidził
listopadowego śniegu, bo spadł przed laty na trumnę jego matki.
Listopad,
czas zamierania. Koniec jesieni, niedźwiedzie udają się na
spoczynek. Czas śmierci matek. Na samym początku, na samym końcu.
Pierwsza
zimowa pełnia, pierwsza mroźna pełnia mówiła o motylach, o
transformacji. O spokojnym czekaniu poczwarki, która wiosną wyjdzie
na światło dzienne i pokaże skrzydła. Mówiła o przemianie w
kokonie.
Pierwsza
zimowa pełnia, dla mnie bezsenna noc. Księżyc zaglądał przez
okna, podczas gdy ja pilnowałam mieszkańców tego domu, do którego
trafiają ci, których nikt nie chce, którymi nie ma się kto zająć.
Księżyc zaglądał przez okna, a ja zaglądałam do pokojów,
patrząc na spokojne lub urywane oddechy. Pierwszą moją noc na
oddziale przeżyli wszyscy. Nie wszyscy przeżyli po prostu listopad.
Pierwsza
mroźna pełnia zaglądała mi w oczy. I z tym księżycowym światłem
spłynął na mnie wówczas wielki spokój. Przedtem, targana
nieznośnymi niepewnościami poczułam, że jest dobrze. Poczułam
znów to senne, ciepłe uczucie, które po chwili zmienia się w kulę
ognia pod sercem i każe wręcz tańczyć. Wiele jest takich momentów
w życiu, niewiele tak wyraźnych.
Poczułam,
że mój spokój we mnie to ta wyspa, na którą nic złego nie ma
dostępu. Żadne kolejne śmierci, złamane serca, niepokój o
każdego po kolei. Moja wyspa, na której stoję spokojnie na ciepłym
piasku, a woda liże mi stopy. Miejsce w które mogę uciekać, gdy
reszta świata płonie, wali się i cierpi. Miejsce pewności,
miejsce spokoju, z którego czerpię siłę na to, by przejmować się
tu i teraz. To miejsce w środku, które wszędzie ze sobą noszę i
które podlega tym naturalnym cyklom, które ma własne światło,
które jednak choć zmienne, nigdy nie gaśnie.
Podczas
tej pełni poczułam ten cholerny spokój i poczułam zimę. Czas
udać się na spoczynek. Czas na to, by pozwolić sobie zasnąć.
Co
roku mój duch w skórze niedźwiedzia usypia w pierwszą mroźną
pełnię, budzi się na wiosnę. Co roku, choć w tamtym to było tak
bardzo zachwiane, bo za dużo w nim obumarło wraz z inną osobistą
śmiercią i nie można było spać, gdy co chwile demony szeptały
coś do ucha. Jednak w tym roku poczułam ten spokój i ten moment,
moment zasypiania, choć mało kto by go tak nazwał.
Zasnął
niepokój we mnie, zaczynam skupiać się na innych rzeczach zimą.
Wyciszam się, schodzę w głąb siebie, jak niedźwiedzica schodzi w
głąb matki ziemi, do swej podziemnej jaskini. Układa przemyślane
legowisko i czeka na wiosnę, śniąc piękne sny. Czując
spowolnione, jednak silnie pulsujące serce, swoje i świata.
Moje
serce zaczęło bić wolniej, gdy medytowałam, choć potem roznosiła
mnie energia i musiałam, musiałam tańczyć po mieszkaniu, musiałam
gdzieś wyjść gdy Redcar przyszła po pracy, choć nie tak daleko,
jak sądziłam, choć ta energia już opadała.
Zapanował
we mnie spokój mimo cudzych łez. Zapanował właśnie ten, który
mi pozwala odpocząć i dalej martwić się o cudze sprawy. Bo ja
przecież nie mam własnych zmartwień, jak odkryłam niedawno.
Odkryłam tak po prostu, siedząc i pijąc piwo. Rzuciłam to pół
żartem, pół serio, że gdybym nie przejmowała się całym
światem, żyłabym sobie całkiem spokojnie.
Żyję
całkiem spokojnie. I znoszę tylko czasem do swojej jaskini cudze
łzy, żeby spokojny sen niedźwiedzia albo jego letnie futro trochę
je otarły. Moje zanoszę przede wszystkim do jednego mężczyzny,
który czasem ma tego dość, tego, że przeze mnie obrywa od świata,
bo sam się od niego odcina, od jego problemów.
Nieraz
ma dość, żartuje z tego jakby ze złością, ale wie doskonale, że
tak było i być musi. Doskonale wie, że gdybym była inna, nie
pragnąłby mnie, nie kochał w ten a nie inny sposób, choć kiedyś,
gdy oboje byliśmy młodsi, chciał mnie zmienić.
Nie
zmienisz jednak pierwotnej natury.
Koniec
listopada przyniósł mi więc wielki spokój pod sercem, choć tyle
przecież stosów podpalił dookoła. Patrząc dookoła, na ludzi
których kocham, ludzi bliższych i dalszych miałam wrażenie, że
los, świat próbuje wytrzymałość wszystkich po kolei, w tym moją.
Pełnia
dała mi siłę. Pełnia dała mi energię, którą potem czerpało
moje ciało, jak zawsze stres ukazując somatycznym rozstrojem
kolejnych organów. Mdłościami. Przejmowaniem cudzych chorób.
Lecz mimo to czułam spokój. Nadal go czuję.
Nadal
mam pewność, że jakkolwiek się nie ułoży, tak po prostu ma być.
Jakkolwiek nie będzie, będzie dobrze po swojemu. Nawet nieraz na
przekór cudzym pragnieniom.
Będzie
dobrze, bo teraz czas na sen, na regenerację. Na pierwszą pieść
drozda graną pod sercem.
Cisza
i pokój. Wypatrywanie białego puchu, który zakryje złe obrazy i
pozwoli oddychać spokojniej, głębiej, choć wolniej przy uparcie
bijącym sercu.
Wszystko
zawsze znajduje swoje rozwiązanie, mówiło mi znów światło
Księżyca. Człowiek ma więcej siły, niż mu się wydaje, mówił
mi udający się na sen niedźwiedź.
I
sny o śnie. W zamieszaniu śnię o jaskini do której zstąpiłam, o
zapachu ziół na sierści. Biała niedźwiedzica z cudzego obrazu i
śniąca kobieta w czerwonej sukni. Cisza i spokojne tchnienie, choć
świat nie śpi. Czekanie na wiosnę. Czekanie choć na Yule i
dłuższe dni. Moje ulubione święto.
Spokój
i sen, a dookoła życie. I tyle w tym życiu.
Niespełnione
miłości. Miłości spełnione nadmiernie i szarpiące się w
wichrach codzienności. Najważniejsza część życia, śmierć.
Jestem
spokojna. Oddycham. Księżyc maleje, światło za chmurami. Czuję
je jednak w sobie.
Czuję
je w sobie, gdy po cudownej sobocie spędzonej na spokojnie. Gdy
zasypiamy pijani, ale wtuleni w siebie, bo po końcu dnia zawsze,
nawet gdy się kłócimy, droczymy, nie mówimy do siebie za dużo,
musimy czuć nawzajem swoje ciała. Musimy czuć przeguby i mięśnie,
inaczej tak słabo śpimy.
W
niedzielę budzi mnie mrok. Mrok dnia, który przesuwa się po
niebie. Niebo jak szara z ołowiu pokrywa. Za nią słońce,
niewidoczne. Szarpie to moimi snami. Szarpie to przez moment moim
ciałem, boląca głowa.
Zanim
chwytam za telefon wiem, że już się stało. Dokonało się.
Wypełniła się obietnica śmierci.
Jego
matka nie żyje. To naprawdę były ostatnie dni, wydała ostatnie
tchnienie w hospicjum, do którego trafiła, bo on nie poradziłby
sobie z nią w tym ostatnim miesiącu. Sam cierpiący, nie poradziłby
sobie z jej bólem, z zastrzykami z morfiny, z karmieniem,
zmienianiem pampersów. Nie poradziłby sobie, bo nie jest do tego
stworzony.
Ostatnie
miesiące, słyszał przedtem nie chcąc jej widzieć, bo przecież
to ona złamała mu życie najbardziej. Ostatnie dni, usłyszał w
tym tygodniu, sam zaplątany w całkiem inne sprawy, sam mający tak
wiele na głowie. Ostatnie dni, na których się skupił, siedząc
przy jej łóżku, przez co łamał mój spokój, nie odzywając się
ani słowem. Gdy martwiłam się o niego, o coś całkiem innego. O
jego słabość do śmierci.
Tymczasem
umierała ona, a on czuwał nad jej ostatnim oddechem. Płakał razem
z nią, gdy wiła się z bólu i nie wołała swojej matki, nie
wołała męża, tylko swojego syneczka. Umierał w środku gdy w
majakach myliła go z jego ojcem, ojcem o wyglądzie czarnego wilka.
W
końcu umarła. Naturalna część życia. Zamieranie pod koniec
listopada, gdy przyszła zima.
Chyba
jednak wielu umiera o tej porze, nie na przekór cyklom, więcej jest
śmierci w moim domu opieki, odkąd przyszła jesień. Ponoć tak
jest co roku.
Ciała
chcą zamknąć cykl, świat żegna się ze starym rokiem, mawiają.
Ile
jeszcze śmierci ja zobaczę?
Wiem
już, zanim chwycę za telefon i wiem, co będzie dalej. Wstaję
spokojnie, śmieję się jakoś nawet w duchu, że w tym tygodniu gdy
oboje z Mężem mamy wolne albo idzie później do pracy, nie jest
nam dane zjeść w spokoju razem śniadania, bo tu bieganie do
lekarzy, tu załatwianie innych rzeczy...a teraz śmierć. Wstaję
spokojnie, idę pod prysznic, myję ciało w gorącej wodzie, żeby
obudzić się w szarości. Ubieram się w pierwsze lepsze ubranie.
Ubieram
się w swój spokój.
Wychodzę
szybko z domu, wiem, że z formy człowieka został pewnie tego dnia
cień, cień tak słaby bez słońca. Jestem na to przygotowana, na
łzy, na histerię. Jednak tym razem mnie zaskakuje, znów mnie
zaskakuje, jak wiele razy w ciągu tego roku. Trzyma się w całości.
Ma więcej siły niż sądził. Dojrzał. Dorósł. Mam wrażenie, że
właśnie w tym roku z chłopca zmienił się w mężczyznę.
Nie
mówimy za dużo, bo co można powiedzieć w obliczu śmierci? On wie
doskonale, że jeśli ktoś ma pomagać mu przy załatwieniu pewnych
spraw, to ja. On wie doskonale, że myję ciała i organizowałam
pogrzeby. On wie, że mnie przyciąga śmierć. A może, ja
przyciągam ją.
Śmierć
jest czynna całą dobę, 7 dni w tygodniu. Na szczęście, tak samo
czynne są zakłady pogrzebowe. Widzę jego rosnący niepokój, jego
rosnącą irytację.
-Dlaczego
założyłaś czerwone spodnie?- zawsze zwraca uwagę na to, jak ktoś
wygląda, co sobą wyraża. Ja na to w ogóle nie patrzę.
-Nie
wiem, ubierałam się szybko, nie pomyślałam. Co za różnica?-
pytam, bo naprawdę nie rozumiem, jaka to różnica.
On
jest cały na czarno, teraz zauważam. Przecież kocha tradycje,
kocha wyrażanie wszystkiego barwami, nie używa słów a symboli i
znaków. No tak.
-Na
pogrzeb przyjdziesz na czarno chyba, czy znowu coś wymyślisz?-
atakuje mnie coraz bardziej, atakuje, bo wylewa swój ból i
niepokój. Ale ja nie mam na sobie tylko czerwonych spodni. Ja jestem
ubrana w swój spokój. Nie mówię, że nie mam pewności, czy
przyjdę na pogrzeb, bo nie wiem, czy w razie czego dadzą mi wolne w
pracy, nie wiem, ale wolę tego nie mówić w momencie, gdy wzbiera w
nim znajoma fala gniewu. Dużo gniewu było ostatnio, gniewu
pomieszanego z żalem i rozerwaniem.
Nic
nie mówię, pozwalam mu chwilę skakać do moich oczu. Nie denerwuję
się. Mam swój spokój i to go chyba uspokaja. Nie działa jak
dodatkowa płachta na byka a koi.
Chyba
i w nim wzbiera cisza.
Śmierć
jest czynna całą dobę, ale nie są czynne urzędy i kościoły,
choć wydawałoby się, że te drugie powinny. Załatwiamy co mamy,
biorą nas za parę. Nieudolnie tłumaczymy, że nie, że nic z tego.
Załatwiamy to co mamy, zresztą będzie musiał sobie poradzić sam,
bo jutro idę do pracy. Nie zwolnię się, nie w poniedziałek, gdzie
brakuje nam 4 na dyżurze do kompletu, nie w dzień, w którym ma
przyjść kontrola ze straży. Wszyscy mamy swoje życia.
Wiem
jednak, że sobie poradzi, gdy patrzę na niego.
Znów
sprawdza się stare powiedzenie, że najgorsze jest czekanie i
wyobrażanie sobie momentu. Gdy przychodzi on, nawet gdy jest
śmiercią, czuje się oczywisty ból, ale zna się już granicę, za
którą można zacząć nowe życie. Dla niego ta granica jest
wyjątkowo wyraźna. Dla niego nowy etap życia jest jaskrawy, jak
dla nikogo z nas, kto żegnał, grzebał rodziców. Dla niego ta
śmierć jest zakończeniem wreszcie pewnej historii i możliwością
pisania całkiem nowej. Z dala od tego miejsca. Z dala od tego
miasta. Z dala od nas. Od ludzi, którzy tu mieszkają i go kochają.
Dlatego
być może ta śmierć, na którą czekano wiele miesięcy tak nie
boli. A może dopiero to do niego dotrze, będzie musiał przeżyć
to po swojemu, samotnie. Ale najpierw pogrzeb. Najpierw formalności.
Niewielu z nas, póki nie muszą sobie z nimi radzić nie wiedzą,
jak pomagają. W ruchomy cel trudniej trafić. Ja to już wiem.
-Co
będziesz teraz robił? Chcesz iść do mnie na obiad? Na kawę?
Patrzy
na mnie z uśmiechem. Jednak umie się uśmiechać. Jakby to wszystko
przed chwilą się nie zdarzyło.
-Wiesz,
że wolę teraz podwójnie nie przychodzić do twojej kamienicy, mam
teraz dwa powody.
-No
tak. Mam iść z tobą do domu?
-Nie,
co ty. Poradzę sobie. - i to nie było wcale wrzucone na „odczep
się”. To poradzę sobie było przepełnione prawdziwą wiarą.
Siłą, która w tym roku jakby się w nim urodziła.
Czasem
to śmierć i jej przeczucia rodzą w nas życie.
Czasem
to właśnie zamieranie jesieni i śmierć zimy są nam potrzebne, by
poczuć życie. Wiem to nie od dziś. Wiedział to i ten, który
właśnie jesienią odszedł. Którego też i matka odeszła na
początku listopada.
Dwóch
mężczyzn, którzy stracili swoje matki w listopadzie. Jeden z nich
już sam odszedł. Drugi zapewne nauczy się żyć z tą nową
świadomością. Nowym bólem ale i pewnym przeczuciem wolności w
jego życiu.
Będzie
dobrze. Poradzi sobie. Wszyscy sobie poradzimy. Ale najpierw trochę
odpocznijmy.
Pokochajmy
zimę.
Śnieg
w listopadzie w tym roku. Mroźne poranki i dni. Jeszcze resztki
deszczu, jeszcze resztki szarości które zmieniają się w biel. To
szare, ołowiane niebo, które ma na sobie smugi mrozu.
Niepowtarzalne światło. Mroźny wiatr.
Wracam
do domu. Włączam muzykę, włączam najpiękniejszą piosenkę o
zimie, która ma miliony skojarzeń. Schodzę do podziemi, widzę
swoje sny. Zapalam świeczki o zapachu lodów waniliowych, białe
świeczki o słodkim zapachu. Włączam ogrzewanie. Zaparzam kolejną
herbatę, rozgrzewam serce.
Muzyka
mówi o zmianach, mówi o przeczuciu wiosny. Mówi o wspomnieniach i
o tym, co jest teraz. O matkach i ojcach, o odchodzeniu, śmierci.
Ale mówi też o wiośnie. O kwiatach, które po zimie zakwitną. O
tęsknocie za tym co było, o mrozie, który skuwa na jakiś czas.
Jak bardzo ten mróz nam jest potrzebny. Jak potrzebny jest nam
odpoczynek. Zejście do podziemi, by doceniać życie.
Ile
w tym spokoju. Ile ciepła w zimnie.
Ciemność
zimy wcale nie przeraża. Nie przeraża, jeśli nosisz światło w
sobie i umiesz sobie rozświetlać mrok. Nie przeraża, gdy wiesz, że
rzeczy muszą się zmieniać, wszystkie rzeczy oprócz miłości,
która prowadzi ten świat. Która łagodnie przepływa przez każdy
cykl, każde zmiany.
Wierzę,
że to będzie spokojna zima. Mimo wielu łez, cudzych ale pewnie i
moich. To będzie ciepła zima mimo mrozu i wielkich wiatrów. To
będzie jasna śniegiem zima w ciemnych nocach.
Ciepło
i spokój. Czekanie na dłuższe dni. Zapach słodkich świec i
korzennych przypraw.
Wszyscy
przeżyjemy zimę, obudzimy się wiosną.
A
teraz możemy mieć piękne sny. Teraz możemy odpocząć jak
wszystkie nagie drzewa. Jak niedźwiedzie które zeszły do łona
matki ziemi. Jak nietoperze na strychach.
Teraz
możemy śnić najpiękniejszy sen, w zamieraniu, w śmierci świata
i kiełkach wielkich potencjałów, wielkich zmian. Teraz możemy
śnić najpiękniejszy sen o prostym życiu. Opowiadać sobie baśnie
na dobranoc, bo baśnie pasują tylko do tych długich nocy.
Teraz
niedźwiedzica we mnie śpi i oddycha najspokojniej. Ciepłe futro,
czerwona suknia jak krew, krew która mimo snu krąży w moich
żyłach. Krew, która już nigdy nie przetoczy się przez martwe
serca. Takie jest życie. Każde ma swoją zimę.
Każde
mimo zimy ma swoją wiosnę w nas.
Teraz
możemy najbardziej pamiętać o rzeczach, które się zmieniają i
sile miłości, która nie przemija, mimo śmierci, mimo zmian wśród
żywych.
Teraz
można chłonąć spokój i czerpać światło ze swojego serca, a
nie szukać go na niebie. Choć, gwiazdy najbardziej świecą wśród
mrozów.
To
będzie dobra zima. Mimo wszystko. Pomimo. To po prostu dobre życie,
bo jest życiem.
Piszę
do niego mimo wszystko, bo jednak się martwię, bo nie wiesz nigdy,
kiedy ból uderzy. Wiem, że sobie z nim poradzi, ale chcę być przy
nim. Chociaż on musi radzić sobie sam. Jest dorosły. Jest silny,
choć tego nie widzi. Nie widzi, bo jeszcze nie umie siebie kochać.
Może teraz się nauczy?
Może
nauczy się już teraz, podczas tej zimy. Gdy pewien kamień spadł
mu z serca, tak jak spadł i mi, mimo wszystko, gdy zmarł mój
ojciec. Choć wtedy była wiosna i nie było miejsca na sen. Na
długie opowieści wieczorami.
Ale
teraz mamy już zimę, przenika naszą skórę aż do szpiku kości,
zsyła nam sny i spokój. Mamy zimę i to będzie dobra zima.
Czujecie?
Może czasem trzeba zamrozić swoje uczucia i serce, by znów czuć całym sobą na wiosnę? :)
OdpowiedzUsuńOtóż to:) chociaż może nie tyle zamrozić, co trochę odpocząć, przespać, ciągle czuć..tylko inaczej. Bo właśnie...odpoczynek zimowy pozwala chyba docenić nam wiosnę. Jak wszystko w świecie, w życiu...musi mieć uzupełnienia w przeciwieństwach:)
UsuńDokładnie tak. Ale chyba ważne jest też to żeby to zrozumieć, dojrzeć, docenić. Może spokojniej działać - to ma dać nam wiosna, aby potem zacząć żyć. po prostu ...
UsuńDokładnie. A u nas, ludzi, często trudno z docenianiem, co nie?
UsuńPotrafię docenić kogoś, jeśli daje do danej relacji to co ja daję. Nie da się docenić ludzi jeśli ciągle zawodzą.
Usuńzima przyszła, mam nadzieję, że już zostanie. właśnie dlatego, żeby kolejne dni nie witały nas szarością,
OdpowiedzUsuńTylko tą wspaniałą, oślepiającą bielą? W szarości też jest wiele piękna ale...na tą biel jednak się czeka.
UsuńZawsze kochałam zimę, zawsze. I raczej nic tego nie zmieni. Podobnie jak Ty zawsze dość mocno czuję ten cykl natury i reaguje na niego. Zwłaszcza przez ostatnie kilka lat. I cóż, wiosnę kocham, bo tam gdzie mieszkam, to po prostu czuć to nowe życie wszędzie dookoła, wszystko aż buzuje. Ale to jednak zapach jesieni i pierwsze mrozy zawsze cieszyły mnie najbardziej. No i mam nadzieję, że ta zima już z nami pozostanie teraz.
OdpowiedzUsuńCzuję, że ta zima będzie dobra. I może i ja odpocznę... tak mentalnie właśnie?
Cieszę się na tę zimę. A ten post taki... dający nadzieję :)
I piękna ta pieśń zimowa :)
UsuńPo prostu w każdej porze roku jest coś wyjątkowego, w każdej możemy znaleźć coś, co...odniesiemy po prostu do swojego życia. I wiosna jest piękna ale jakaś...oczywista, prawda? Magia zimy ma w sobie jakiś piękny spokój, ciepło w mrozie i to się odczuwa bardziej subtelnie. Dlatego taka nieoczywistość bywa jeszcze piękniejsza.
UsuńI tego odpoczynku ci życzę, bo myślę, że ci się przyda:)
Piękne jest jeszcze "Winter's Carol" tejże samej pani:)
O właśnie, może to w tym rzecz. Fakt, jest oczywista. Jakoś nigdy nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie wolę zimę, ale teraz chyba już wiem. Lubię taką subtelność, tajemniczość i nie oczywistość :)
UsuńDziękuję :)
Właśnie sobie przypomniałam, że kiedyś też chyba udostępniałaś coś od tej pani i też sobie posłuchałam. Piękna, piękna :)
Tak, ta piosenka jest idealna na listopadowe śmierci. Dla mnie jest idealnym wyciskaczem łez prze dobre i zle skojarzenia.
OdpowiedzUsuńDobrze, że niedzwiedzie maja swój zimowy spokój. Można się wtulic i ogrzac, gdy zimno nie tylko na zewnątrz, gdy cała reszta gasnie nie tylko przez śnieg. Po prostu przezimowac, kolejny już rok :) kolejny rok zimy i "byle do wiosny" tu nie pomoże. Jedynie może w Beltaine zaplonie na chwile ognisko, byle nie za długo, żeby znów się nie poparzyc i nie zrobić tego innym. Perspektywa kolejnej długiej zimy. Tym razem nie cieszy mnie wizja białego puchu dookoła. Zawsze lubiłam zimę. Bo nigdy nie trwała tak długo.
Szarość, w ogóle jesień ma parę plusów. Jednak im więcej tej szarości, tym więcej we mnie nostalgii, smutku, żalu. Czekam najpierw na biel, potem na wiosnę. Ale bez tego ponurego listopada rzeczywiście ciężko docenić w pełni piękno wiosny...
OdpowiedzUsuńhttps://sweetcruel.wordpress.com
czuję zasypianie miarowo pulsujące pod skórą. wpadam w dziwny trans. choć jeszcze pracuję nad swoim spokojem - z wiekiem jest go we mnie coraz więcej - choć wciąż tak często zdarzają się dni, gdy wybucham płaczem, złością, gdy nie rozumiem świata, cyklu życia-umierania-życia, gdy przeklinam wszystko i wszystkich wokół, samą siebie, gdy bezmyślnie ranię.. ale coraz więcej jest we mnie pokory.
OdpowiedzUsuńTwoje słowa otulają jakimś ciepłem i bezpieczeństwem. niezmiennie.
Zawsze jest dobra bo zamyka cykl. Odpocznij. Dobrych snów :)
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńA ja mam zupełnie odwrotnie niż Ty. To znaczy od pełni chodzę podenerwowana. Ale tym lepiej, że chociaż Ty, pomimo, że nie jest łatwo, się trzymasz i masz w sobie tę siłę spokoju. Piszesz o takich rzeczach, że bardzo szybko nabrałam dystansu do rzeczy, którymi się akurat przejmuję. Chciałabym mieć w sobie jeszcze więcej spokoju i będę się uczyć od najlepszych :)
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że sobie poradzi z tym bólem, bo przecież wcześniej już różnie sobie w życiu radził... Chodzi mi o to, że nie wiem czy dobrze pamiętam, ale się już kiedyś chyba z Tobą żegnał... Chyba, że chodzi o inną osobę, ale nie wydaje mi się. Prędzej pomyliłam historie nie osoby. ;)
OdpowiedzUsuńZa to przypomniałaś mi, że zawsze zazdrościłam niedźwiedziom tego, że przesypiają zimę. Ja też najchętniej bym się położyła, usnęła i obudziła na wiosnę :D
Tak ładnie piszesz o naturze i życiowym cyklu Wszechświata.. I like it. Tyle chciałem powiedzieć :)
OdpowiedzUsuńJa czuję. Choć nie ma śniegu, choć rano przywitało mnie słońce, a teraz pada deszcz. Grudzień zawsze przynosi mi ulgę.
OdpowiedzUsuńDobrze, że listopad przyniósł Ci mimo wszystko spokój i że nie obawiasz się tego jak będzie. Mi troszkę tej pewności teraz brakuje.. ale nie jest najgorzej. Listopadowa pełnia chyba i we mnie wszczepiła trochę mocy..
OdpowiedzUsuńŁał, świetnie piszesz! Masz doskonały warsztat i lekkie pióro. Potrafisz sprawić, że najbanalniejszy temat staje się ciekawy. Wszystko ma swój klimat. ;) Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńDobrze, ze masz w sobie spokój ;)
OdpowiedzUsuńGdy napisałaś, że jesteś ubrana w swój spokój, to poczułam, że chyba ja też wracając z pracy i zakładając te swoje dresy ubieram się w spokój - mam tą świadomość, że teraz już nic nie muszę, teraz mam luz.
OdpowiedzUsuńJa zimą chętnie bym sobie zapadła w taki niedźwiedzi sen zimowy. i wstała dopiero na wiosnę, gdy będzie już ciepło. :P
No, no Frida. Dałaś radę
OdpowiedzUsuńWłaśnie dzięki zimie doceniam wiosnę. To moja umiłowana pora roku i...zima na szczęście jeszcze do mnie nie zawitała. I oby tak zostało :)
OdpowiedzUsuńŚmierć jest nieodłączną częścią życia. Najbardziej przerażające jest to, że ktoś umiera...moment bólu, który ogarnia bliskich, a potem świat dalej pędzi do przodu.
Śmierć jako WIELKA TRAGEDIA ma coraz mniejsze znaczenie. Coraz mocniej liczy się to, co tu i teraz....
Serdeczności Frido :)
To będzie dobra zima! Taki wewnętrzny spokój to najcudowniejsze uczucie, które może wypełniać człowieka. Jeżeli jeszcze towarzyszy temu szczęście, to już w ogóle...! Dla wielu zima jest porą nudy, dla nas wyciszenia i refleksji. I to jest dobre, bo kiedy jesteśmy przekonani o swoim spokoju, nic nie jest w stanie nim zachwiać :)
OdpowiedzUsuńJa czuję, że ta zima będzie dobra i jestem tą myślą podekscytowana ;]
OdpowiedzUsuńUbrać się w spokój - jak to ładnie brzmi..
Frida pozwoliłem sobie nominować Cię do nagrody Liebster Award. Po odbiór zapraszam na:
OdpowiedzUsuńhttp://adam-madulski.blogspot.com/2015/12/liebster-po-raz-drugi.html
Mnie przeraża ten cykl życia i zima. Nie lubię zimy. A przede wszystkim nie lubię śniegu. Ale może kiedyś polubię, nie mówię nie :)
OdpowiedzUsuńW tych ciężkich dniach ponad tydzień temu, w których pisałam do Ciebie, próbowałam słuchać tej piosenki. Ale zawsze w połowie się rozklejałam. Bałam się tego płaczu, choć przecież często wtedy płakałam. Po prostu musiałam ją wyłaczyć, gdy pojawiał się refren. Nie dawałam rady. Sama nie wiem, dlaczego, bo przecież z jednej strony miałam ochotę się wręcz pokatować...
OdpowiedzUsuńI cóż, ja czekam na śnieg także, własnie na to - jak napisałaś - by przykrył świat. Codzienność, problemy, niepewności. Czekam. I fakt faktem - ten listopadowy śnieg przywiódł mi na myśl dokładnie to samo skojarzenie.