Listopad
prawie przeminął niezauważenie.
Dni,
których wyczekiwałam z niepokojem w październiku, dni których
szarości, deszczu i wiatru tak się bałam, przemknęły zamknięte
w milionie emocji. Lecz nie emocji szarych i pełnych łez. A emocji
ciepłych, pachnących ożywieniem płynącym z deszczem, a nie
oszustem słoności, oszustem które udaje, że twarz wcale nie
mokra, że tylko przez bieg do domu w strugach łączących niebo i
ziemię.
Listopad
nadszedł i wcale nie okazał się katastrofą. Wcale nie okazał się
smutkiem, szarpaniem serca. Okazał się spokojnym przygotowaniem do
zimy. Okazał się być ciepłą jamą, w którą mogło wpełznąć
moje szukające schronienia serce.
Okazało
się znów, że to serce nie ma się przed czym chronić, bo wszelkie
tęsknoty mają w sobie piękno, a i melancholia spadających liści
ma w sobie niepowtarzalną magię. Krótkie dni w czasie których
oddycha się intensywnie, długie noce w których oddech jest
spokojny i tylko czasem w moje sny wlatują nietoperze.
Te
mnie prześladowały. Nietoperze w snach, dla jednych symbol śmierci,
dla innych symbol pożądania. Dwa przeciwstawne pierwiastki, byłbyś
zadowolony doktorze Freud. Wlatujące do mojego domu, w którym się
chronią przed zimą. Wlatujące raz za razem do domu, w którym raz
jedna kobieta, raz inna. To jak uczyłam każdą z nich żyć z
nietoperzami.
Wędrując
rano do pracy po przebudzeniu, nie widziałam już jeży. Czasem
właśnie spotykałam nietoperze, które jeszcze nie uciekły przed
zimą, łowiły ostatnie owady. Dziwne nie-ptaki nocy. Dziwne,
wspaniałe i wcale nie przerażające. Chciałabym je złapać i
podziwiać ich kruche skrzydła, ich rozczapierzone między kruchymi
paliczkami błony, które pozwalają im wzbić się ponad ziemie.
Które pozwalają im żyć i latać między kroplami listopadowego
deszczu, zanim przyjdzie śnieg.
Listopad
prawie minął niespodziewanie, jak niespodziewanie minął rok. Rok
od śmierci, rok od kolejnego nowego życia. Rok zakończeń, rok
początków. Rok tęsknoty ale i wspaniałej miłości. Przeminął
jak pstryknięcie palcem i tylko w ostatnim momencie, na skraju
pozwolił obejrzeć się za siebie i zapytać, im byłam, kim jestem.
Zapytać,
czy jest się iluzją?
Ale
ten rok pozwolił obejrzeć się za siebie i zrozumieć wiele spraw.
Ułożyć w sobie. Odzyskać znów pewien spokój, spokój pewności,
że przeżyje się wszystko. Po raz kolejny.
Koniec
świata i apokalipsa, narodziny nowego świata stopione w jedno. Jak
naturalnie. Jak nieprzerwanie. Materia i energia, wąż który zjada
własny ogon. A ty jesteś na jednej z wielu łusek i nie widzisz
całego obrazu. Masz tylko przebłyski.
Listopad
prawie przeminął.
Gdy
chodziłam do pracy, gdy leżałam skulona pod kocem, z herbatą w
ręce, czytając kolejne książki. Cudze opowieści, jakby były
najprawdziwszymi, jakby były opowieściami przyjaciół. Ponoć, w
każdej opowieści jest tyle prawdy, ile sami chcemy dostrzec.
Spokój
i trochę odcięcia. Od tego miejsca, od ludzi, których tu poznałam.
Chęć, łaknienie poznania nowych całkiem. Zderzanie się innych
wszechświatów, zderzanie się z planetami, które niekoniecznie
wiedzą o zeszłorocznej tragedii i nie mają powodów by pytać, jak
się z tym czuję.
Kocham
poznawać ludzi. Być może, kocham im nieraz pokazywać wygodne dla
mnie w danym momencie twarze. Wygodne na tyle, że nie muszę się z
niczego tłumaczyć, póki nie poznają mnie na wskroś.
Kocham
poznawać nowych ludzi, zderzać się z cudzymi atomami, rozniecać
iskry w neuronach gdy nawet nie znają mojej twarzy tylko te literki
na ekranie, literki przed oczami. Kocham w jakiś sposób
przedstawiać im swoje imię i początki historii, zanim złożą
wszystko w całość. Ale w głowie zawsze roi się pytanie, jak
wiele z całości drugi człowiek tak naprawdę może pojąć? Jaką
część mnie tak naprawdę, a ile sam sobie dopowie?
Poznałam
w listopadzie wielu ciekawych ludzi, którzy nawet nie widzą mojej
twarzy. Poznałam ich wcześniej, ale w listopadzie zacieśniłam
więzy. Trochę odeszłam od tych, do których przyszłam tu przed
rokiem. Od tych, którzy poznali mnie przede wszystkim przez pryzmat
jednej z najintymniejszych historii i wcale nie przez moje imię.
W
weekend, w sobotę 21 listopada minął rok, od kiedy, przez cudze
namowy i własne postanowienia napisałam tutaj pierwszego posta.
Rok,
od kiedy po malutkiej tragedii dla całego świata, niezauważalnej,
a po wielkiej apokalipsie dla intymnego świata niektórych ludzi
wróciłam w wirtualne świat, światy blogów. Światy, których w
sumie nigdy do końca nie opuściłam.
Minął
rok od kiedy on umarł, od kiedy dostałam list przez który
postanowiłam tu przyjść. Minął ponad rok od kiedy zasiadłam
przed wirtualną kartką i po prostu zaczęłam pisać, choć tak
wiele się we mnie blokowało, blokowało wielkim strachem.
Bo
kim byłam dla was przed rokiem?
Tym,
który przyszedł jak bezpański pies w mrozie, skomląc pod
drzwiami? Kimś osamotnionym, z wielką dziurą pod sercem? Kimś,
kto dalej walczy?
Dla
kogo z was moje przyjście było niesmaczne? Ilu chciało widzieć we
mnie zastępstwo słów tamtego człowieka, choć od samego początku
mówiłam, że nie, nie jestem nim nigdy nie będę? Ilu z was
wchodziło na ten adres, tylko dlatego, że czasem o nim wspominałam?
Tylko dlatego, że czasem grzebałam w swoich wspomnieniach i się
nimi dzieliłam?
Ilu
z was chciało ukoić swój ból, traktując mnie jak plaster, jak
potem usłyszałam? Dla ilu z was moje imię było po prostu moim
imieniem?
Te
wątpliwości szarpały mną od samego początku. Te wątpliwości
sprawiały, że byłam zła, zła, że on zmusił mnie do pisania,
jakby właśnie wymyślił sobie, że trochę takim zajęciem załata
mi dziurę pod sercem i może trochę w sieci zatka dziurę po sobie,
bo zawsze mówili, że słowa miewamy podobne, jak miałam i podobne
pociągnięcia pędzla z Vincentem.
Ale
nic z tego.
Przyszłam
i zostałam. Ja jako ja. Tak po prostu. Kobieta, obdarta z
początkowej tajemnicy, kim jest i dlaczego tu jest. Ta kobieta,
której jednak nikt zupełnie nie znał. Czasem mógł sobie tylko
wyobrażać.
Przyszłam
tu i zostałam, wcale nie jak bezpański pies, choć parę osób
chciało mi takie jarzmo narzucić. Wcale nie jak orędownik wielkiej
żałoby, choć nieraz o jej brak słyszałam pretensje. Znalazłam
własne miejsce, nie tylko do wylewania żalu,choć tak często jego
rzeki rozbijały się o skaliste brzegi cudzych spojrzeń.
Znalazłam
własne miejsce i wielu wspaniałych ludzi. Nie tylko tych, którzy
znali jego. Nie tylko tych, których, jak się śmiałam potem z
Redcar, zostawił mi w spadku. Wielu innych, którzy chcieli poznać
moje imię i moją historię od całkiem innej strony. Moje
wspomnienia, a nie cudze, naginane przez podobną do mojej tęsknotę.
Przyszłam
tu przed rokiem, może z nie do końca dobrych jednak powodów. Ale
zostałam i zadomowiłam się. I mogę dalej tworzyć swoją iluzję.
Dlaczego
iluzję?
Już
jakiś czas zastanawiam się, ile w nas nieraz na blogach prawdy. I
to nie dlatego wcale, że chcemy kłamać. Nie oburzajcie się, nie
zarzucam nikomu na blogach kłamstwa czy aktorstwa, w każdym razie,
nie zamierzonego.
Ale
dlatego, że gdy spotykają się dwa różne światy, dwojga różnych,
odrębnych istot, zaczyna się przedziwna gra. Nie tylko na blogach,
nie tylko w świecie wirtualnym- choć, tu, w tej przestrzeni bez
dosłownego dotyku rąk ten spektakl jest najbarwniejszy i pełen
najjaskrawszych strojów.
Widziałam,
jak wielu ludzi pisze, że tutaj, na blogach poznajemy przede
wszystkim swoje dusze, bez żadnej otoczki. Z jednej strony nie
sposób się z tym nie zgodzić. Z drugiej strony,mam wrażenie, że
tu nieraz poznajemy je najmniej przez wyobrażenia, jakie miewamy w
stosunku do drugiej strony.
Wystarczy
przecież pięknie nieraz dobrać słowa. Wystarczy ładnie napisać
o wyjątkowym dniu, nie mówiąc o codziennych trudach, o tym, co
zjadło się na śniadanie, o tym, że miało się biegunkę, o tym,
że miało się mordercze myśli wobec kolegi z pracy. Wystarczy
ładnie napisać i bać się nieraz zepsuć swój „image” nie
chcąc innym smęcić. W prawdziwej rzeczywistości nieraz, w
codziennej bieganinie i zmarszczonym czole ten ból byłby być może
jeszcze bardziej widoczny.
Być
może, to po prostu różne płaszczyzny. Wcale żadna z nich nie
jest oszustwem, nie zrozumcie mnie źle. Ale znów, nie poznajemy
całej duszy, tu, w wirtualnych domach. Poznajemy jej fragmenty na
tyle, ile ktoś chce nam pokazać. Czasem te znajomości okażą się
pełnią i dotyk okaże się idealnym uzupełnieniem tego, co widzimy
w słowach. Czasem po spojrzeniu w oczy przychodzi ogromne
rozczarowanie, rozczarowanie wobec własnych wyobrażeń i, być
może, pragnień widzenia czegoś w drugim człowieku. I wcale nie
szkodzi. Tak po prostu jest w życiu.
W
rzeczywistości, tej namacalnej, w rzeczywistości wirtualnej, na
blogach, w wielu innych miejscach, w kawiarniach i pociągach, w
pracy i szkole tworzymy własną iluzję. I wcale nie kłamiemy. Może
po prostu całość nas składa się z wielu twarzy, wielu masek.
Może nasza rzeczywistość składa się z wielu rzeczywistości, a
żadnej nie można degradować wobec drugiej, jak kochają to robić
niektórzy.
Bywamy
w różnych miejscach, w różnych miejscach mamy różne twarze.
Mamy tylko jedną pewność, to, jak sami odczuwamy siebie. Jak widzą
nas inni? Co o nas myślą? To nieraz chyba już po prostu nie nasza
rzecz. Nie nasza, choć tak bardzo sami chcemy zanurzyć głowę w
strumieniu cudzej świadomości, jak napisała Nosowska w tekście
jednej z piosenek Hey.
Mam
tylko pewność dla siebie kim jestem, kim bywam w różnych
miejscach. W każdym tak samo ja, ale w każdym trochę inaczej
odbierana. „Mam cudownie pojebaną i skomplikowaną osobowość”,
napisano mi ostatnio. Mam wiele twarzy, być może.
Wiem,
kim jestem dla siebie i w domu i w pracy i pisząc tutaj. Wiem, że
kocham każdą tą rzeczywistość, każdą tą najprawdziwszą
iluzję. Kim jestem dla was? Tylko wy sami wiecie. Jak mnie widzicie,
co o mnie sądzicie. Jaka zjawiam się przed waszymi oczami, gdy
czytacie moje słowa. Jednak tu wracacie, jednak rozmawiamy. Czy
widzicie mnie bardziej mną, czy mniej. Może nie ma to znaczenia.
Jestem
tu od roku, dziwne wypadki pokierowały moimi krokami, a raczej
palcami, które już ponad rok piszą tutaj najprzeróżniejsze
słowa, składające się w jakąś całość w wszej wyobraźni.
Składające się nieraz w coraz to bardziej zacieśniające się
więzy i relacje, które przechodzą na kolejne płaszczyzny życia.
Na telefony, smsy, spotkania. Na usłyszenie tembru głosu, na
uściśnięcie dłoni, wypite razem piwo. Na prawdziwe kumpelstwo
albo przyjaźnie. Na obojętność niektórych.
Jestem
tu już rok, który minął niespodziewanie, jestem tu cały
listopad, choć mnie nie było, bo przeminął jak krótki przebłysk
słońca między kolejnymi deszczami.
Rok
całkowitej iluzji i prawdy. Rok wielu znajomości w spadku, które
przerodziły się w moje, rok nowych spotkań, zderzeń z ludźmi,
którzy byli ciekawi po prostu mojego imienia. Rok ważnych doznań i
poznań, zacieśniania więzi. Prawdziwych chęci poznania drugiej
istoty, zrozumienia jej świadomości, zamartwiania się o cudze
problemy nieraz tutaj opisywane, prawdziwego zamartwiania i troski.
Rok prawdziwie zawartych tu jednak przyjaźni, rok wielu padających
słów, od których się wszystko zaczyna. Rok pokazywania kim jestem
w środku i cudzych nieraz przejaskrawionych wyobrażeń, ale i rok
prawdziwego nieraz zrozumienia tych właśnie słów i tych spraw, o
których mówię piszę. Rok zrozumienia mnie prawdziwej w tej
przestrzeni.
Rok
całkowitej prawdy i iluzji, jakimi zawsze są blogi.
Jestem
tu już rok, choć w połowie zamierzałam się poddać. Ale nic z
tego. Zadomowiłam się na dobre i zostanę na dłużej. Jeśli
chcesz dalej poznawać, kto jest w środku....cóż. Wiesz, gdzie
mnie szukać. Nigdzie się nie wybieram.
I
mam nadzieję, że i ja będę mogła poznawać przez kolejny rok
ciebie. Twoje troski, twoje radości. Pozwolisz mi się prawdziwie
martwić, pozwolisz mi dzielić słowa, słowa, słowa, te szklane
wieże budowane na fundamentach z piasku. Pozwolisz mi ze sobą
dyskutować, rozmawiać, wymieniać poglądy. Zderzać się.
Pozwolisz mi poznać swoją prawdę i iluzję, te, które zechcesz mi
pokazać.
A
może, kiedyś wszyscy spojrzymy sobie w oczy.
Bo
ja, w przeciwieństwie do niektórych, kocham się zderzać naprawdę.
Chciałabym
móc zanurzyć swoją głowę
W
strumieniu twojej świadomości bezpowrotnie
Chciałabym
przez judasze oczu
Twoich
łagodnych spojrzeć
Kto
tam?
Kto
jest w środku?
nie poznałam Cię rok temu, ale kilka miesięcy temu.. dlatego też zawsze postrzegałam Ciebie jako odrębną istotę, bardzo wrażliwą, ale też niesamowicie silną. jesteś mi bliska (Twoje słowa) pewnie też przez miłość do Natury, pogaństwa, mądrość płynącą z "Biegnąca z wilkami"..
OdpowiedzUsuńco do prawdy na blogach - z tym bywa różnie. coć gdyby patrzeć już naprawdę podejrzliwie na wszystko, to całe życie jest iluzją - tylko jeśli na myśl się wkręci, to albo blisko do oświecenia (niektóre odłamy buddyzmu), albo do ciężkich zaburzeń psychicznych. pozdrawiam Cię listopadowo, z serca cieple.
Wiem, jesteś jedną z osób, które właśnie poznałam trochę później, jedną z tych, które nie znają tamtej historii i tamtego człowieka. Bardziej znasz moje imię, można rzec:) I dziękuję za tak miłe słowa.
UsuńWiesz, tylko dla mnie właśnie to pewien fakt, który uspokaja w kierunku buddyjskim, o:D Że wszystko jest iluzją i nie widzę w tym nic złego. W sensie, że poznajemy się tu w pewnych zderzeniach i poznajemy fragmenty siebie, nie do końca całości. Ale to jest dobre na swój właśnie sposób:)
Ciepło na przekór mrozom, co?:)
Jesteś wyjątkowa, ale zawsze myślałam, że jednocześnie jesteś tego świadoma. Tymczasem w tym poście, po tym jak napisałaś, że myślałaś, że my o Tobie myśleliśmy jakoś tak... nie... Tak nie było, na pewno. Mogę za to poręczyć w imieniu wszystkich osób. Z całą pewnością nie wchodziłam tu po to, by czytać Kordiana, ale wchodziłam tu dla Ciebie! Fakt, że macie podobny magnetyzm i taki... podobny kolor duszy, że tak to poetycko ujmę :D Ale jednak nigdy w życiu przez myśl mi nie przeszło, że wchodzę na Twojego bloga z powodu Kordiana. Najchętniej zaglądałabym do Was obojga :)
OdpowiedzUsuńI myślę, że Kordian powołując Cię do pisania bloga nie chciał byś traktowała tego, ani by inni myśleli, że jesteś jego głosem z nieba, ale chciał, byśmy poznali kogoś tak wyjątkowo i cennego jak Ty. Z perspektywy tego roku widzę jaką miał rację i jak dobrego miał czuja. :)
Z okazji rocznicy bloga życzę kolejnych latek blogowania! :D
Wiesz co, nie mówię, że wszyscy tak myśleli, co to to nie:) Zresztą, ja byłam na to przygotowana, że dla niektórych byłam przez jakiś czas swojego rodzaju nie tyle zastępstwem, co "uzupełnieniem". Niektórzy dali mi to wręcz odczuć, zwłaszcza w kwietniu, gdy np. potrafiłam dostać maila że widać że za Kordianem nie tęsknię albo że powinnam więcej o nim pisać. Ludzie są różni, serio. Więc nie mówię tu o tobie, tylko było parę takich przypadków które mnie wkurwiły...ale i to ogarnęłam:)
UsuńI wiesz, kiedyś to można było zaglądać i do niego i do mnie...ale no, już nie te czasy:)
I wiem że tego nie chciał, dlatego też i ja się tak nie poczuwam :D Mimo właśnie postawy paru osób:D
Dzięki, dzięki:) mam zamiar zostać dłużej. Jak kiedyś :D
Masz rację, że ten rok minął niezwykle szybko. Aż trudno mi w to uwierzyć, chociaż z drugiej strony mam wrażenie, że jesteś tutaj z nami nie od roku, a od szeroko pojętego ZAWSZE. I przyznam Ci się, że na początku, przyzwyczajona do stylu pisania Kordiania, odnajdywałam w Twoich słowach część Jego. Wiesz, to mi dawało chyba takie poczucie, że jest tutaj nadal. Może jakoś łatwiej było przywyknąć do Jego nieobecności czytając Twoje słowa, tak podobne czasem do Jego słów. Z czasem jednak już nie patrzyłam na Ciebie w ten sposób - i tak już zostało, że jesteś dla mnie Fridą, piszącą najdłuższe posty, jakie było mi dane czytać, jednocześnie czyta się je tak lekko, że gdybyś kiedyś zdecydowała się napisać książkę, to chyba przeczytałabym ją w jeden dzień. :D Jesteś dla mnie Fridą, która nie boi się poruszać tematów kontrowersyjnych i która zostawia nam tutaj mnóstwo swoich rad, przemyśleń, które niejednokrotnie zmieniają nasz punkt widzenia w stosunku do pewnych spraw. :)
OdpowiedzUsuńA ta piosenka... Nie wiem czy to przypadek - chociaż w te nie wierzę, ale właśnie ją przesłał mi kiedyś Kordian. Rozmawialiśmy wtedy o oczach, pamiętam i była to jedyna piosenka, którą polecił mi tak wprost, dlatego niezmiennie, już zawsze będzie mi się z Nim kojarzyć.
Dokładnie. W ogóle szybko może jednak po prostu przywykamy do pewnych rzeczy, szybko właśnie nastawiamy się na ZAWSZE, choć ono nawet nie istnieje...
UsuńWiem, że wiele osób tak to odczuło i byłam na to przygotowana, wiesz. Tylko potem niektórzy zaczęli przesadzać, przez co się wkurwiłam ale..to już stara i ogarnięta historia:)
Może i książkę napiszę. Ale chyba mam na to za dużego lenia :D I cóż, to miłe słowa, miło mi to czytać:)
I serio, widzę trafiłam z piosenką...patrz, jak to się nieraz dziwacznie splata, no nie?
Cieszę sie, że ostatecznie nie zrezygnowalas w polowie, chociaż nie dziwię sie, że mialas takie myśli. I tez nie dziwię sie, że chcialas poznać innych ludzi, nie z tego bblogowego swiatka, którzy krzyczą (chociaż już chyba mniej): Ojej to Frida, która znała Krolika.
OdpowiedzUsuńWiem wiem, ty akurat najlepiej wiesz, jak się wkurwiałam, nie?:D I fakt, już nie krzyczą, ale w listopadzie wolałam troszkę stąd spierdalać:) I nowych ludzi zawsze wszędzie się fajnie poznaje :D
UsuńA żebyś wiedziała, że i mi listopad minął jakoś szybko. Chociaż jednak niebezboleśnie.
OdpowiedzUsuńKiedyś... chyba faktycznie traktowałam Cię jako zastępstwo Kordiana. Chyba właśnie dlatego, że tak dobrze go znałaś, że masz podobny styl pisania, że poznałam Cię dopiero, jak go zabrakło (no kojarzyłam Cię z jego opowieści, ale wiesz, o co mi chodzi). Ale wiesz... takie godne zastępstwo, a może jednak raczej - następstwo.
I wiadomo, że człowieka nigdy nie da się poznać tak całkowicie. Czy to znając go osobiście, czy przez bloga, bo może właśnie nie zawsze się kłamie na niektóre tematy, ale częściej chyba przemilcza pewne rzeczy.
Wiele osób miało tak na początku i byłam na to przygotowana. Tylko potem pewne zachowania niektórych osób dały mi w kość i wkurwiły. I wiem doskonale o co chodzi. Może nawet nazwałabym to "uzupełnieniem".
UsuńDokładnie, o to mi chodzi. Że ani przez bloga, ani spotykając się w pracy choćby, nie poznamy całości człowieka. Bo też nie ma co pisać po prostu o niektórych sprawach. I dlatego tworzy się jakaś otoczka iluzji:)
"nie poznajemy całej duszy, tu, w wirtualnych domach. Poznajemy jej fragmenty na tyle, ile ktoś chce nam pokazać." <- prawda. Ostatnio Wiedźma Rodzicielka zapytała, dlaczego tak milcze na blogu, Odrzekłam, że albo nie mam o czym pisac, albo sa to rzecyz, których nie chcę pokazać, wiec tak, swieta prawda...
OdpowiedzUsuńBo tak właśnie jest ale...czy gdziekolwiek pokazujemy całość duszy? Tego chyba nawet nie da się zrobić za bardzo. Bo po prostu nie wszystko musi ujrzeć światło dzienne...tutaj:)
UsuńWiedz tylko, że jesteś dla mnie bardzo ważną osobą, mimo że poznaną "jedynie" wirtualnie. Chociaż telefony i smsy wzmocniły relację. Zawsze mi miło, kiedy napiszesz czy zadzwonisz, po prostu Cię polubiłam. Nie chcę tu czynić deklaracji na wyrost, egzaltować się. Przyznałam, że nawalam i parę osób się o tym dobitnie przekonało, dlatego daruję sobie wielkie słowa.
OdpowiedzUsuńJak postrzegam Ciebie i blogi wiesz, bo o tym rozmawiałyśmy.
Uściski w rocznicę.
Wiesz, nie obierz mojego posta że to jest "jedynie" wirtualnie, bo właśnie nie o to w tym chodzi:D Bo ja ciebie też bardzo lubię, a wiem, że początkowo wirtualne znajomości przeradzają się w te najważniejsze właśnie i....te relacje mają w sobie inna magię. Nigdy nie poznamy całości człowieka, zawsze to jakieś iluzje ale..to dobre iluzje właśnie:)
UsuńI tam nawalasz...nie przesadzaj, bo tu zaraz dojdzie do jakiegoś samobiczowania, które w ogóle nie ma racji bytu, ot co.
I wiem:)
Dzięki:)
U mnie niedługo bo aż za 6 dni będzie druga rocznica bloga i nikt tak wiele nie wniósł do mojego życia jak Ty.
OdpowiedzUsuń