Nie
przejmuję żadnej ze stron.
Staram
się nie doradzać, nie zabierać stron, nie uczestniczyć w cudzym
chaosie, który jest moją winą. Staram się nie mówić za wiele.
Staram się być dla każdego po kolei.
Nie
jestem sędzią. Nie jestem oskarżycielem. Nie jestem obrońcą.
Jestem nimi wszystkimi po kolei.
To
wcale nie jest takie łatwe. Nie tak łatwe, gdy wiesz, że jeśli
powiesz jedno, ulżysz jej, ale jemu zaszkodzisz. Jeśli powiesz
drugie, może jemu ulży, ale ona będzie zdradzona. Nie jest takie
łatwe, gdy widzisz i chcesz naprawić, naprostować. Gdy wydaje ci
się, że możesz i tylko ostatni głos rozsądku podpowiada ci, że
ta sprawa nie należy do ciebie, choć ty poczuwasz się do
odpowiedzialności.
Może
ci się wydawać, że zbawisz świat. Może ci się wydawać, że
gdybyś powiedziała coś wcześniej, to może wszystko ułożyłoby
się inaczej. Gdybyś zatrzymała pewne ruchy, gdyby pewne zdarzenia
nie prowadzone przez ciebie za rękę nie dokonały się jak
samospełniające się przepowiednie.
Wiedziałaś?
Wiedziałaś. Ale nie mogłaś nic zrobić. I choć nikt tak naprawdę
nie zstąpił do piekieł ani na ziemię, bo nikt nie był w niebie-
nic nie będzie takie samo.
Nie
chciałaś się wtrącać od samego początku, ale to robiłaś, gdy
za dużo wypiłaś, padało za dużo słów. Widziałaś potencjał,
widziałaś możliwości, widziałaś coś, co się może narodzić,
jak lekarz pod usg badałaś ten płód. Nawet ten na pierwszy rzut
oka bywa poroniony. Ten chyba od samego początku nie miał szans na
przeżycie. I na pewno nie ty mogłaś go uratować. To rodzące się
uczucie, rodzące na zgliszczach poprzednich, złamanych serc.
Rosnące na zrastających się kościach złamanych przez pewne
rzeczy ludzi.
Przypadki
niewyleczalne, nie w ten sposób?
Widziałaś,
że mogło być inaczej. Nie było.
Nie
chciałaś się wtrącać, od początku. Gdy słyszałaś zachwyty i
jej i jego, gdy tylko się poznali, gdy widziałaś to zachłyśnięcie
się drugim człowiekiem i rodzącym się jakby-uczuciem, jednak
trudno było powstrzymać słowa. Nie chciałaś się wtrącać, ale
zaczęłaś sama snuć pewne plany. Dałaś się ponieść jej
ciekawości i jego dziwacznej euforii, że może w końcu dogada się
jeszcze z kimś... Może pójdziemy najpierw w trójkę na Cytadelę,
będzie wam łatwiej. Może powinnam być buforem i się wtrącić. A
może w ogóle nie powinno mnie być. Może idź sam, masz adres.
Może po prostu poczekaj na klatce, wpuszczę cię domofonem i tam
sobie posiedzisz, zapalisz papierosa i poczekasz, że niby
przypadkiem. Może tak po prostu napisz mu, żeby iść na kawę, on
lubi kawę.
Za
dużo pomysłów.
Nie
chciałaś się wtrącać, gdy słyszałaś pierwszy gniew i
rozdrażnienie. Ich wzajemną irytację, gdy poznawali się bardziej
i wychodziły na wierzch jeszcze bardziej ich rysy, blizny, zranienia
na charakterze i duszy. Nie chciałaś, ale gdy ona piła wino
wolałaś go tłumaczyć. Mówiłaś o tym, że on przecież jest
taki a nie inny i to nie jego wina. W godzinnej ponad rozmowie
tłumaczyłaś mu, że może nie wolno się tak nieelegancko
wycofywać, że nie przystoi mężczyźnie. Nie chciałaś się
wtrącać, gdy umierała pewna niewinność wyobrażeń, gdy
zmieniała się rzeczywistość, gdy wszystko stawało się tak
realne, że on chciał uciec a ona czuła, że on się wymyka. Bo
taki jest. Złożony z lęków ale i piękna. Nie chciałaś się
wtrącać a jednak tłumaczyłaś jak małym dzieciom, że jedno nie
powinno tak denerwować się na drugie, bo każde z nich ma coś
dziwnego pod skórą, coś jak okruchy dawno połamanych kości, jak
wrząca lawa, która niszczy normalne ludzkie relacje. Tłumaczyłaś,
czasem przyjmowałaś ciosy, które przeznaczali dla siebie, ale to
to byłaś buforem i udawałaś, że nie szkodzi. Nie szkodzi, że to
na tobie ona wyładowywała się tygodniami, że on obrażał się na
ciebie zamiast na nią i milczał całymi dniami również, gdy to ty
chciałaś z nim rozmawiać, nie tylko ona.
Idealizowanie
zniknęło już dawno, ale nadal nie było rzeczywistości. Chciałaś
się, zirytowana już gdy nastąpiły oczywiste wyznania, wtrącić,
zamykać na balkonie podczas zimnych nocy. Powstrzymałaś się z
trudem, żeby tego nie zrobić, żeby nie zmusić ich do tego, żeby
sobie pewne rzeczy wyjaśnili w cztery oczy, pod twoim delikatnym
nadzorem strażnika zimnej nocy.
I
niby nic się nie stało. Nic się nie stało, a ty nadal nie
obierałaś żadnej ze stron, nie zrobiłaś niczego, czasem tylko
palnęłaś głupotę. Nic się nie działo, coś wisiało w
powietrzu ale wcale nie obumierało. Ty żyłaś między nimi, swoimi
przyjaciółmi przecież, lawirując tak nieudolnie, że powinno to
wywołać aż śmiech. Niechcący zdradzając oczywiste sekrety.
Podpowiadając niechcący ruchy, które nie należą do ciebie.
Nie
przejmując żadnej ze stron. Obie kochając. Kochając obie tak, że
czasem wywoływało to zazdrość. Zazdrość, która była
przedziwna. Bo dotyczyła obu stron. Każde zazdrosne o każde i ty w
tym galimatiasie. Powód do zazdrości i jego rozwiązanie.
Wreszcie
jedno zdarzenie, jedno, w którym to tobie złamano serce. Ale to
nic, bo ty się pozbierałaś, zawsze szybko się zbierasz, choć
czasami czujesz nadal drgawki i wymioty pod sercem, gdy zostawiasz
samych w pokoju...to nic. Nic, bo życie toczy się dalej.
Ale
wtedy złamano tobie serce. A i ona złamała w kolejny sposób
swoje. I złamała jemu. Ty prawie też to zrobiłaś. Chory trójkąt,
w którym nikt nie jest zadowolony. Chory trójkąt, w którym każdy
ruch mógł prowadzić do tragedii. Chory trójkąt, w którym padły
różne dziwne wyznania, których nikt nie chciał usłyszeć. W
którym padły słowa pełne gniewu i pożądania, słowa pełne
zawiści i goryczy. Upadły ostatnie wyidealizowane obrazy. Od
pioruna tej burzy spłonął prawie cały las.
Prawie
cały las, bo jednak tak wiele przeżyło. I to ty wszystko
uładziłaś. Przytulałaś ją i jego, jednocześnie w swoim i ich
bałaganie, który nastąpił, leczyłaś swoje serce. Nadal leczysz.
Wybiłaś
mu z głowy chory pomysł, że powinnaś wybrać, że on cię rani
samym tym, że jest,
Wybiłaś
jej z głowy chory pomysł, że powinna się przeprowadzić, że nie
będziesz mogła na nią spojrzeć. Życie potoczyło się dalej,
choć umarła cała niewinność. Choć rajski ogród Edenu musiałaś
na nowo budować na dobrze znanej sobie ziemi.
Umarła
jednak ostatnia resztka niewinności, umarł jakikolwiek możliwy
obraz.
Po
powodzi z wody wypływa tak wiele trupów. Nabrzmiałe brzuchy
gnijących koni. Resztki wyniesionych przez fale dorobków cudzego
życia. Po powodzi zostaje wiele historii, wychodzą wreszcie na
światło dzienne.
Gdy
wody opadły, gdy opadły emocje te niszczące, te toksyczne wreszcie
przyszło zrozumienie. U niego i u niej. Ona szuka go w każdym
mężczyźnie. On stoi nocami pod drzwiami gdy kamienicy paląc
papierosa i nie myśli wcale o pierwszej miłości, niezaznanej, a o
drugiej, w ogóle nierozpoczętej. Ona chodzi na randki i nie myśli
że to niemożliwe nie dlatego, że kto inny zmarł, ale dlatego, że
ten uciekł w lęku i gniewie. On w końcu zaznaje cielesności ale
wcale nie myśli o tym, z kim to robi, myśli o wyjeździe na stałe
z tego miasta i niedługiej śmierci matki i grzebie wszelkie szanse
na wspólne szczęście.
Oboje
wędrują po mieście w poszukiwaniu czegoś, co utracili, nawet nie
mając, oboje chodzą po tym mieście, powtarzają swoje kroki, ale
nie spotkają się nigdy. On uznał, że tak będzie lepiej. Z wiosną
być może oboje zaczną nowe życie, on w mieście swojego
dzieciństwa, ona po prostu. On twierdzi, że tak będzie lepiej,
mówi ci o tym godzinami, d znudzenia, jakby sam się w tym upewniał.
Ale ty się nie wtrącasz. Nie możesz. Samym tym, że jesteś, za
dużo już namieszałaś. Samym tym, że jesteś namieszałaś bo
inaczej, być może powtarzane w tym mieście kroki wcale by ich nie
obchodziły.
Ty
się nie wtrącasz. I tak za dużo już namieszałaś. Nie bierzesz
żadnej ze stron. Czujesz, że tak nikogo nie zdradzisz. Czujesz,
jakbyś zdradzała ich oboje, nic nie mówiąc, nie uprzedzając o
planach, choć serce ci się łamie. Masz świadomość jej łez,
masz świadomość jego kolejnej paranoi. Nie możesz nic poradzić,
choć myślisz sobie, że może gdybyś jednak zamknęła ich na tym
balkonie...tylko do czego by to miało doprowadzić? Do happy endu?
Masz wrażenie, że jakikolwiek happy end nie byłby możliwy. Za
dużo napięć. Zbyt dziwny trójkąt, w którym tylko ty umykasz do
innej miłości, do ramion innego mężczyzny. Masz wrażenie, że to
wszystko było z góry skazane na porażkę. Więc jaki w ogóle był
w tym cel? Czy jakiś w ogóle był? Okaże się pewnie po latach,
wzdychasz ciężko.
-Teraz
nas boli, wylejemy bezsensowne morze łez, bo tak naprawdę nic się
nie stało. Nic nie było, a było za dużo. I teraz nas boli, ale za
parę lat nie będziemy prawie o tym pamiętać. Albo po prostu się
czegoś nauczymy.- mówi on, siedząc obok mnie na kanapie z
zamkniętymi oczami. W tle leci ta piosenka, ta, która pewnie i jej
kojarzy się z nim. Mówi, bo co ma powiedzieć?
Wiesz,
że ma cholerną ochotę na papierosa, a u ciebie już nie wolno
palić. Ale nie wyjdzie na korytarz. Bo boi się, że wpadnie na nią,
jeśli będzie wracać z pracy, ze akurat tym razem później
tramwaj, akurat wtedy. Bo może wcześniej wyjdzie z pracy?
Babe,
there's something tragic about you.
Jest
w tym wszystkim coś tragicznego, ale coś pięknego. Nadchodzi zima,
myślisz sobie i nadal postarasz się nie wtrącać.
Będziesz
i przy nim, gdy umrze jego matka. Będziesz przy jego kolejnych
paranojach. Będziesz przy nim, gdy będzie się pakował przed
wyprowadzką i panikował, jak to on. Będziesz przy nim, gdy poczuje
się osamotniony w nowym mieście, w innym kraju. Byłaś przy nim
gdy raz postarał się pożegnać jak mężczyzna, zamknąć
rozdział, choć cholernie nieudolnie jeszcze.
Będziesz
przy niej, gdy będzie nadal walczyć z codziennością. Będziesz
znosić jej zmienne nastroje, jej płacz. Będziesz przy niej, gdy
będzie walczyć z pracą, a może o pracę. Byłaś przy niej choć
za mało, tak jakbyś ją zdradzała, gdy on się pożegnał, choć
nie umiałaś jej uprzedzić, nie mogłaś, że wreszcie to zrobi. Że
zamknie ten rozdział, on o tym zdecyduje nie pytając nikogo o
zdanie.
Będziesz,
jeśli oni nadal będą chcieli, jeśli w ogóle będą chcieli przez
to wszystko, a w powietrzu zawsze będzie się snuć zapach choroby,
która dotknęła troje ludzi. W powietrzu zawsze będzie wyczuwalne
napięcie, małe igły wbijające się w ciało, gdy przy niej
powiesz jego imię. Gdy przy nim powiesz jej imię. Wspomnisz
nieroztropnie.
Nie
chcesz zdradzić żadnego z nich. Zdradzasz oboje. Miłość to tak
ciężka sprawa, gdy nie rodzi się między kimś, chociaż mogła,
gdy rodzi się tam, gdzie nie powinna i kładzie się długim cieniem
na cudzej przyszłości, gdy istnieje między jednymi ludźmi którzy
są blisko i bywa zawadą dla innych ludzi, którzy blisko już nigdy
być nie mogą.
Nie
chcesz wybierać. Wobec każdego coś tracisz. Nie chcesz się
wtrącać. Wiesz, że mogłabyś powiedzieć więcej i to pomogłoby
na chwilę, ale nie możesz powiedzieć, bo popsujesz wszystko inne,
na dłuższą metę.
Ciężko
być między młotem a kowadłem. Ciężko być mniej sprytnym
podwójnym agentem, który nie zdradzając nikogo, zdradza oboje.
Który kochając oboje musi nieraz milczeć w najważniejszej dla
cudzego serca sprawie.
Czujesz
się więc brudna. Czujesz się nie fair, w stosunku do nikogo
nie byłaś fair tylko dlatego, że próbowałaś być wobec
każdego z nich. Czujesz się tym zmęczona. Czujesz się zmęczona,
swoim nieudolnym lawirowaniem i ich, nieporuszaniem tego tematu, choć
trzeba. Czujesz gorycz w ciemnych oczach i widzisz ten bezbrzeżny
smutek w tych szarosrebrnych.
Widzisz
to ciężkie spojrzenie srebrnych oczu, tak podobne spojrzenie do
tego z teledysku, ciężkie spojrzenie gdy pada jej imię w rozmowie,
gdy ucicha muzyka.
Jeszcze
nie wiesz, jak porozmawiasz z nią o tym wszystkim. Jakoś musisz. A
może to będzie kolejny trup w szafie. Sama nie wiesz. Jakoś to się
potoczy. Jakoś to się ułoży.
Nie
stajesz po żadnej ze stron ale jesteś tym bardziej zmęczona, niż
gdybyś walczyła w każdej z wojen, która się toczyła pod
stopami.
Nie
jesteś po żadnej ze stron, ale kochasz oboje. I dlatego tak
zostanie. A z czasem...z czasem wszystko się ułoży. Uspokoi. I
żadne imię być może nie będzie powodować łez, gdy już stopy
nie będą chodzić po tym samym mieście.
Każde
z nich ułoży swoje życie po swojemu. Z inną kobietą, z innym
mężczyzną. W tym lub innym mieście. Mniej lub bardziej
szczęśliwie. Z pisakiem na plaży które on kocha, z koszami
piknikowymi które są dla niej. I ze sznurem dla przeszłych
miłości.
Koniec
i początek. Sieć powiązań, której oczka być może się
rozplotą, choć rany w sercach zostaną na zawsze. Ale ty się nie
wtrącasz. Starasz się nie wtrącać. Co innego możesz zrobić?
Nie
bierzesz żadnej ze stron.
Pozwalasz
sobie tylko kochać.
-Zapomniałem
książki. Jestem jeszcze pod kamienicą. Podrzucisz?:>-
dostaję smsa. Tak jakbym uwierzyła, nadal chciał podtrzymać
kłamstwo, że przyszedł pilnie po książkę zamiast porozmawiać o
tym, co zrobił, zaraz natychmiast, chociaż miał przyjść jutro.
-Już
schodzę.
Wychodzę
przed kamienicę, a on pali papierosa. Daję mu książkę.
-Czemu
tu stoisz? Na korytarz bałeś się wyjść.
Wzrusza
ramionami. Nie musi mówić. Ja wiem. Ja rozumiem. Jednak czeka.
Jednak chce być przyparty do muru, zdaje się na los, choć sam
postanowił inaczej. Jednak stoi i pali papierosa.
Pewnie
to nie ostatni spalony szlug pod moimi drzwiami.
Nie,
nie pod moimi. Pod jej drzwiami.
Kochanie,
wyglądasz znajomo,
jak
moje odbicie w lustrze sprzed lat
Idealizm
siedział w więzieniu
Rycerskość
zginęła na ostrzu noża.
Niewinność
umarła krzycząc
Kochanie,
spytaj mnie, powinienem wiedzieć
Przypełznąłem
tu z Edenu
Tylko
żeby usiąść pod twoimi drzwiami.
Myślę, że najgorzej być właśnie pomiędzy dwojgiem ludzi, których kiedyś coś łączyło i niestety, ale nastąpił koniec. Nie wiadomo jaki ruch wykonać, by nikomu nie sprawić przykrości i jednocześnie każdego zadowolić. A to jest raczej niemożliwe...
OdpowiedzUsuńOgólnie pięknie tę całą historię opisałaś. Czułam jakbym czytała jakąś ksiazkową powieść :-)
Dokładnie. Albo, gdy pewne sprawy są jeszcze niewyjaśnione i narastaj niedopowiedzenia, a ty tak naprawdę nie możesz nic zrobić. I właśnie nie zadowoli się w pełni każdego, nie obierając żadnej ze stron...ale na szczęście ta dwójka to rozumie i nic mi nie zarzuca. Bo to mądrzy, kochani ludzie.
UsuńI dzięki za miłe słowa:)
Oj tak, aż mi się tutaj nasunęło sformułowanie "między młotem, a kowadłem" - bo czyjej strony byś nie obrała, to zawsze coś będzie nie tak. Dlatego chyba najlepiej właśnie stać po środku i nie mieszać się za bardzo. :)
UsuńA proszę. ;)
Chociaż nieraz aż kusi, żeby się wtrącić ale...za dużo powiedzieć właśnie nie można. Ale jakoś to będzie:) Jak zawsze, ogarnę :D
UsuńOj kusi, kusi. Zwłaszcza, gdy się poczuje, że jednak to my mamy rację, że zrobilibyśmy inaczej i wówczas byłoby lepiej. :P
UsuńOczywiście! Bo jak nie Ty, to kto? :D
Szkoda, że im nie wyszło. Ale czasem właśnie sytuacje się tak dziwnie gmatwają, że nie za bardzo możemy cokolwiek zrobić. Ciężko mi powiedzieć cokolwiek, nie znając za bardzo całej sytuacji, ale zgadzam się z oironio, dobrze się czytało opowieść, na swój sposób piękną :)
OdpowiedzUsuńNie wyszło, nigdy nie wiadomo, czy nie wyjdzie kiedyś chociaż...mam wrażenie, mimo wszystko, że w tym momencie to przegrana już sprawa chociaż...nigdy nie wiesz, jak karty się odwrócą, prawda? Bo wolę dosadniej jej nie opisywać tutaj jedna:) Ale cieszę się, że chociaż się dobrze czytało:)
UsuńBo czasem jest się czegoś niemal pewnym, no ale jednak nigdy nie mów nigdy, co nie? Niczego nie można być do końca pewnym.
UsuńTak naprawdę to domyślam się, a nawet chyba wiem o kogo chodzi, ale wiadomo, że prywatnych spraw znajomych lepiej nie opisywać zbyt otwarcie i ze zbyt wieloma szczegółami :)
Bo o to też w końcu chodzi ;)
Jasna sprawa:)
UsuńDomyślam się, że możesz się domyślać, bo wiem, że chodzisz sobie po różnych blogach;> I dokładnie, o sobie można pisać wszystko, gdy mówi się o kimś, lepiej być ostrożnym:)
Ciężko cokolwiek zrobić jeśli jedno i drugie jest ważne. Ale takie jest już życie, że nie jest tak jakbyśmy tego chcieli.
OdpowiedzUsuńDokładnie, ale na szczęście oboje to rozumieją. Że tak naprawdę nie mogę wybrać, bo kocham oboje...ale i tak to jest trudne. I owszem, ale mam wrażenie, że byłoby straszne, gdyby życie spełniało nasze marzenia:)
UsuńChociaż trochę szkoda, że ludzie mimo uczuć mijają się i gdzieś ich losy się rozchodzą a przecież nie tak miało być ...
UsuńA może właśnie tak miało być. Nie nam o tym decydować do końca :>
UsuńZ jednej strony pomimo wszelakich samych pozytywów i tak nie są razem, a czasem ludzie, którzy kompletnie do siebie nie pasują, nie nie czują do siebie - są razem. Więc ciężko nam cokolwiek sędziować ...
UsuńCzasem lepiej się nie wtrącać w nie swoje sprawy, ale to dobra rada głównie dla ratowania samych siebie. Z drugiej strony czy chociaż jedna z tych stron zwróciłaby uwagę na czyjeś obiekcje?
OdpowiedzUsuńCzyjeś obiekcje w jakim sensie? Bo nie wiem do końca, jak odebrać to pytanie:) I jasne, że lepiej się nie wtrącać tylko czasem człowieka to uwiera, gdy wie pewne rzeczy a nic nie zrobi, prawda? Tylko tak gniecie. Ale to nie znaczy, ze ruszy w którąś stronę:)
Usuńczasami wydaje Ci się, że chcesz mimo wszystko doradzić, nie sposób jest milczeć... a nie zawsze nasze intencje są dobrze odbierane. Takie wybory są bardzo trudne.
OdpowiedzUsuńWiem, chociaż mam tyle szczęścia, że ci ludzie nie chcą dla mnie źle, wiedzą, że ja nie chcę dla nich i chociaż to trudne to jednak...jakoś sobie z tym radzimy. Ja jako ten bufor i oni, między sobą, jako osobna historia.
UsuńCzasem ciężko stać z boku i tylko patrzeć,ale czasem nasza interwencja może tylko zaszkodzić. Szkoda,że nie wyszło tym dwojgu. A historia piękna :)
OdpowiedzUsuńhttps://sweetcruel.wordpress.com/
Po tym co napisałam mam troszkę wrażenie, że to jednak wcale nie koniec, choć byłam tego pewna...cóż, czas pokaże:)
Usuńnie jest łatwo nie brać udziału, nie angażować się. ja nie umiem chyba aż tak i czasami siłą się muszę powstrzymywać.
OdpowiedzUsuńTo mamy podobnie. Bo to znak też chyba, że po prostu na ludziach nam zależy.
Usuńpotrafię tylko domyślać się, co to za uczucie... bo nigdy nie brałam udziału w podobnej sytuacji. staram się ich unikać. nie być pomiędzy - choć nie.. od kilku lat jestem pomiędzy moją matką, a ojcem. lawiruję między nimi, gdzie przynajmniej jedna ze stron ma mi za złe, że poznaję nowe życie drugiej i uśmiecham sie tylko. choć to zupełnie coś innego - więcej lat na karku, więcej zranień, takich co zostawiły po sobie paskudne blizny, widoczne przy każdym ruchu... wiem tylko, że są uczucia już tak toksyczne, że naprawdę najlepiej jest uciekać... i choć kusi i choć się tęskni.. to te uczucia są skazane na ranienie... dobre wyjście dla masochistów. ale nie wiem, czy Twoi przyjaciele nimi są. moi rodzice na pewno nie.
OdpowiedzUsuńP.S. dobrze się Ciebie czyta z takim wystrojem :) mniej oczy bolą, a obrazek na górze jest magiczny!
UsuńWiesz, ja jestem w o tyle komfortowej sytuacji, że chociaż mi trudno to dlatego, że to głównie wychodzi ze środka, moja troska, martwienie się ich sprawą...ale to nie oni przeciągają mnie między sobą jak kukłę, choć tylko raz miałam takie wrażenie. le to rozsądni, wspaniali ludzie i mimo że im nie wyszło ( chociaż mam wrażenie, że to nie koniec) to nie próbują mieć mnie na wyłączność. Tylko czasem trudno lawirować mówiąc o swoim życiu i np, nie mówiąc o drugiej stronie. Dlatego to czasem męczy ale....to właśnie całkiem inna sprawa chyba. Ale masz rację, są takie uczucia, które są truciznami ale..mimo wszystko przyciągają. I...ja jednak często mam wrażenie, że każdy z nas minimalnie choć bywa masochistą.
UsuńI dziękuję, cieszę się, że ci się podoba:) W końcu...nauczyłam się robić zmiany :D
Pamiętam sytuacj, gdy byłam właśnie między jedną a drugą stroną. Tłumaczyłam jego, tłumaczyłam ją, staram się ich zebrać do kupy, a po tyłku dostało się tylko i wyłącznie mi... Chce się dobrze, ale niektórzy, dzięki emocjom, nie mogą tego pojąć.
OdpowiedzUsuńMi się nie obrywa bezpośrednio od nich, bo to rozsądni ludzie, którzy potrafią zrozumieć, że kocham ich oboje tylko...to samo w sobie jednak męczy, wiedzieć pewne rzeczy, a nie móc powiedzieć. Ale, niektóre relacje nie muszą być proste, żeby być piękne, no nie?:)
Usuństaram się unikać podobnych sytuacji... nigdy nie wiem jak się zachować, co powiedzieć... to trudne. a za dobre chęci i tak się oberwie od którejś ze stron, jeśli nie od obu..
OdpowiedzUsuńJa akurat od nich nie obrywam za bardzo, raczej sama się katuję troszkę, bo to rozsądni ludzie. Więc jakoś to jednak...żyje:)
Usuń