wtorek, 24 listopada 2015

O tym, że trudno być bezstronnym obserwatorem gdy kocha się obie strony małych miłosnych zbrodniarzy, czyli krótka opowieść o pewnym papierosie palonym pod drzwiami mojej kamienicy.

Nie przejmuję żadnej ze stron.
Staram się nie doradzać, nie zabierać stron, nie uczestniczyć w cudzym chaosie, który jest moją winą. Staram się nie mówić za wiele. Staram się być dla każdego po kolei.
Nie jestem sędzią. Nie jestem oskarżycielem. Nie jestem obrońcą. Jestem nimi wszystkimi po kolei.

To wcale nie jest takie łatwe. Nie tak łatwe, gdy wiesz, że jeśli powiesz jedno, ulżysz jej, ale jemu zaszkodzisz. Jeśli powiesz drugie, może jemu ulży, ale ona będzie zdradzona. Nie jest takie łatwe, gdy widzisz i chcesz naprawić, naprostować. Gdy wydaje ci się, że możesz i tylko ostatni głos rozsądku podpowiada ci, że ta sprawa nie należy do ciebie, choć ty poczuwasz się do odpowiedzialności.
Może ci się wydawać, że zbawisz świat. Może ci się wydawać, że gdybyś powiedziała coś wcześniej, to może wszystko ułożyłoby się inaczej. Gdybyś zatrzymała pewne ruchy, gdyby pewne zdarzenia nie prowadzone przez ciebie za rękę nie dokonały się jak samospełniające się przepowiednie.

Wiedziałaś? Wiedziałaś. Ale nie mogłaś nic zrobić. I choć nikt tak naprawdę nie zstąpił do piekieł ani na ziemię, bo nikt nie był w niebie- nic nie będzie takie samo.
Nie chciałaś się wtrącać od samego początku, ale to robiłaś, gdy za dużo wypiłaś, padało za dużo słów. Widziałaś potencjał, widziałaś możliwości, widziałaś coś, co się może narodzić, jak lekarz pod usg badałaś ten płód. Nawet ten na pierwszy rzut oka bywa poroniony. Ten chyba od samego początku nie miał szans na przeżycie. I na pewno nie ty mogłaś go uratować. To rodzące się uczucie, rodzące na zgliszczach poprzednich, złamanych serc. Rosnące na zrastających się kościach złamanych przez pewne rzeczy ludzi.
Przypadki niewyleczalne, nie w ten sposób?
Widziałaś, że mogło być inaczej. Nie było.

Nie chciałaś się wtrącać, od początku. Gdy słyszałaś zachwyty i jej i jego, gdy tylko się poznali, gdy widziałaś to zachłyśnięcie się drugim człowiekiem i rodzącym się jakby-uczuciem, jednak trudno było powstrzymać słowa. Nie chciałaś się wtrącać, ale zaczęłaś sama snuć pewne plany. Dałaś się ponieść jej ciekawości i jego dziwacznej euforii, że może w końcu dogada się jeszcze z kimś... Może pójdziemy najpierw w trójkę na Cytadelę, będzie wam łatwiej. Może powinnam być buforem i się wtrącić. A może w ogóle nie powinno mnie być. Może idź sam, masz adres. Może po prostu poczekaj na klatce, wpuszczę cię domofonem i tam sobie posiedzisz, zapalisz papierosa i poczekasz, że niby przypadkiem. Może tak po prostu napisz mu, żeby iść na kawę, on lubi kawę.
Za dużo pomysłów.

Nie chciałaś się wtrącać, gdy słyszałaś pierwszy gniew i rozdrażnienie. Ich wzajemną irytację, gdy poznawali się bardziej i wychodziły na wierzch jeszcze bardziej ich rysy, blizny, zranienia na charakterze i duszy. Nie chciałaś, ale gdy ona piła wino wolałaś go tłumaczyć. Mówiłaś o tym, że on przecież jest taki a nie inny i to nie jego wina. W godzinnej ponad rozmowie tłumaczyłaś mu, że może nie wolno się tak nieelegancko wycofywać, że nie przystoi mężczyźnie. Nie chciałaś się wtrącać, gdy umierała pewna niewinność wyobrażeń, gdy zmieniała się rzeczywistość, gdy wszystko stawało się tak realne, że on chciał uciec a ona czuła, że on się wymyka. Bo taki jest. Złożony z lęków ale i piękna. Nie chciałaś się wtrącać a jednak tłumaczyłaś jak małym dzieciom, że jedno nie powinno tak denerwować się na drugie, bo każde z nich ma coś dziwnego pod skórą, coś jak okruchy dawno połamanych kości, jak wrząca lawa, która niszczy normalne ludzkie relacje. Tłumaczyłaś, czasem przyjmowałaś ciosy, które przeznaczali dla siebie, ale to to byłaś buforem i udawałaś, że nie szkodzi. Nie szkodzi, że to na tobie ona wyładowywała się tygodniami, że on obrażał się na ciebie zamiast na nią i milczał całymi dniami również, gdy to ty chciałaś z nim rozmawiać, nie tylko ona.

Idealizowanie zniknęło już dawno, ale nadal nie było rzeczywistości. Chciałaś się, zirytowana już gdy nastąpiły oczywiste wyznania, wtrącić, zamykać na balkonie podczas zimnych nocy. Powstrzymałaś się z trudem, żeby tego nie zrobić, żeby nie zmusić ich do tego, żeby sobie pewne rzeczy wyjaśnili w cztery oczy, pod twoim delikatnym nadzorem strażnika zimnej nocy.

I niby nic się nie stało. Nic się nie stało, a ty nadal nie obierałaś żadnej ze stron, nie zrobiłaś niczego, czasem tylko palnęłaś głupotę. Nic się nie działo, coś wisiało w powietrzu ale wcale nie obumierało. Ty żyłaś między nimi, swoimi przyjaciółmi przecież, lawirując tak nieudolnie, że powinno to wywołać aż śmiech. Niechcący zdradzając oczywiste sekrety. Podpowiadając niechcący ruchy, które nie należą do ciebie.
Nie przejmując żadnej ze stron. Obie kochając. Kochając obie tak, że czasem wywoływało to zazdrość. Zazdrość, która była przedziwna. Bo dotyczyła obu stron. Każde zazdrosne o każde i ty w tym galimatiasie. Powód do zazdrości i jego rozwiązanie.

Wreszcie jedno zdarzenie, jedno, w którym to tobie złamano serce. Ale to nic, bo ty się pozbierałaś, zawsze szybko się zbierasz, choć czasami czujesz nadal drgawki i wymioty pod sercem, gdy zostawiasz samych w pokoju...to nic. Nic, bo życie toczy się dalej.

Ale wtedy złamano tobie serce. A i ona złamała w kolejny sposób swoje. I złamała jemu. Ty prawie też to zrobiłaś. Chory trójkąt, w którym nikt nie jest zadowolony. Chory trójkąt, w którym każdy ruch mógł prowadzić do tragedii. Chory trójkąt, w którym padły różne dziwne wyznania, których nikt nie chciał usłyszeć. W którym padły słowa pełne gniewu i pożądania, słowa pełne zawiści i goryczy. Upadły ostatnie wyidealizowane obrazy. Od pioruna tej burzy spłonął prawie cały las.

Prawie cały las, bo jednak tak wiele przeżyło. I to ty wszystko uładziłaś. Przytulałaś ją i jego, jednocześnie w swoim i ich bałaganie, który nastąpił, leczyłaś swoje serce. Nadal leczysz.
Wybiłaś mu z głowy chory pomysł, że powinnaś wybrać, że on cię rani samym tym, że jest,
Wybiłaś jej z głowy chory pomysł, że powinna się przeprowadzić, że nie będziesz mogła na nią spojrzeć. Życie potoczyło się dalej, choć umarła cała niewinność. Choć rajski ogród Edenu musiałaś na nowo budować na dobrze znanej sobie ziemi.

Umarła jednak ostatnia resztka niewinności, umarł jakikolwiek możliwy obraz.

Po powodzi z wody wypływa tak wiele trupów. Nabrzmiałe brzuchy gnijących koni. Resztki wyniesionych przez fale dorobków cudzego życia. Po powodzi zostaje wiele historii, wychodzą wreszcie na światło dzienne.

Gdy wody opadły, gdy opadły emocje te niszczące, te toksyczne wreszcie przyszło zrozumienie. U niego i u niej. Ona szuka go w każdym mężczyźnie. On stoi nocami pod drzwiami gdy kamienicy paląc papierosa i nie myśli wcale o pierwszej miłości, niezaznanej, a o drugiej, w ogóle nierozpoczętej. Ona chodzi na randki i nie myśli że to niemożliwe nie dlatego, że kto inny zmarł, ale dlatego, że ten uciekł w lęku i gniewie. On w końcu zaznaje cielesności ale wcale nie myśli o tym, z kim to robi, myśli o wyjeździe na stałe z tego miasta i niedługiej śmierci matki i grzebie wszelkie szanse na wspólne szczęście.

Oboje wędrują po mieście w poszukiwaniu czegoś, co utracili, nawet nie mając, oboje chodzą po tym mieście, powtarzają swoje kroki, ale nie spotkają się nigdy. On uznał, że tak będzie lepiej. Z wiosną być może oboje zaczną nowe życie, on w mieście swojego dzieciństwa, ona po prostu. On twierdzi, że tak będzie lepiej, mówi ci o tym godzinami, d znudzenia, jakby sam się w tym upewniał. Ale ty się nie wtrącasz. Nie możesz. Samym tym, że jesteś, za dużo już namieszałaś. Samym tym, że jesteś namieszałaś bo inaczej, być może powtarzane w tym mieście kroki wcale by ich nie obchodziły.

Ty się nie wtrącasz. I tak za dużo już namieszałaś. Nie bierzesz żadnej ze stron. Czujesz, że tak nikogo nie zdradzisz. Czujesz, jakbyś zdradzała ich oboje, nic nie mówiąc, nie uprzedzając o planach, choć serce ci się łamie. Masz świadomość jej łez, masz świadomość jego kolejnej paranoi. Nie możesz nic poradzić, choć myślisz sobie, że może gdybyś jednak zamknęła ich na tym balkonie...tylko do czego by to miało doprowadzić? Do happy endu? Masz wrażenie, że jakikolwiek happy end nie byłby możliwy. Za dużo napięć. Zbyt dziwny trójkąt, w którym tylko ty umykasz do innej miłości, do ramion innego mężczyzny. Masz wrażenie, że to wszystko było z góry skazane na porażkę. Więc jaki w ogóle był w tym cel? Czy jakiś w ogóle był? Okaże się pewnie po latach, wzdychasz ciężko.

-Teraz nas boli, wylejemy bezsensowne morze łez, bo tak naprawdę nic się nie stało. Nic nie było, a było za dużo. I teraz nas boli, ale za parę lat nie będziemy prawie o tym pamiętać. Albo po prostu się czegoś nauczymy.- mówi on, siedząc obok mnie na kanapie z zamkniętymi oczami. W tle leci ta piosenka, ta, która pewnie i jej kojarzy się z nim. Mówi, bo co ma powiedzieć?
Wiesz, że ma cholerną ochotę na papierosa, a u ciebie już nie wolno palić. Ale nie wyjdzie na korytarz. Bo boi się, że wpadnie na nią, jeśli będzie wracać z pracy, ze akurat tym razem później tramwaj, akurat wtedy. Bo może wcześniej wyjdzie z pracy?

Babe, there's something tragic about you.

Jest w tym wszystkim coś tragicznego, ale coś pięknego. Nadchodzi zima, myślisz sobie i nadal postarasz się nie wtrącać.
Będziesz i przy nim, gdy umrze jego matka. Będziesz przy jego kolejnych paranojach. Będziesz przy nim, gdy będzie się pakował przed wyprowadzką i panikował, jak to on. Będziesz przy nim, gdy poczuje się osamotniony w nowym mieście, w innym kraju. Byłaś przy nim gdy raz postarał się pożegnać jak mężczyzna, zamknąć rozdział, choć cholernie nieudolnie jeszcze.
Będziesz przy niej, gdy będzie nadal walczyć z codziennością. Będziesz znosić jej zmienne nastroje, jej płacz. Będziesz przy niej, gdy będzie walczyć z pracą, a może o pracę. Byłaś przy niej choć za mało, tak jakbyś ją zdradzała, gdy on się pożegnał, choć nie umiałaś jej uprzedzić, nie mogłaś, że wreszcie to zrobi. Że zamknie ten rozdział, on o tym zdecyduje nie pytając nikogo o zdanie.

Będziesz, jeśli oni nadal będą chcieli, jeśli w ogóle będą chcieli przez to wszystko, a w powietrzu zawsze będzie się snuć zapach choroby, która dotknęła troje ludzi. W powietrzu zawsze będzie wyczuwalne napięcie, małe igły wbijające się w ciało, gdy przy niej powiesz jego imię. Gdy przy nim powiesz jej imię. Wspomnisz nieroztropnie.

Nie chcesz zdradzić żadnego z nich. Zdradzasz oboje. Miłość to tak ciężka sprawa, gdy nie rodzi się między kimś, chociaż mogła, gdy rodzi się tam, gdzie nie powinna i kładzie się długim cieniem na cudzej przyszłości, gdy istnieje między jednymi ludźmi którzy są blisko i bywa zawadą dla innych ludzi, którzy blisko już nigdy być nie mogą.
Nie chcesz wybierać. Wobec każdego coś tracisz. Nie chcesz się wtrącać. Wiesz, że mogłabyś powiedzieć więcej i to pomogłoby na chwilę, ale nie możesz powiedzieć, bo popsujesz wszystko inne, na dłuższą metę.

Ciężko być między młotem a kowadłem. Ciężko być mniej sprytnym podwójnym agentem, który nie zdradzając nikogo, zdradza oboje. Który kochając oboje musi nieraz milczeć w najważniejszej dla cudzego serca sprawie.
Czujesz się więc brudna. Czujesz się nie fair, w stosunku do nikogo nie byłaś fair tylko dlatego, że próbowałaś być wobec każdego z nich. Czujesz się tym zmęczona. Czujesz się zmęczona, swoim nieudolnym lawirowaniem i ich, nieporuszaniem tego tematu, choć trzeba. Czujesz gorycz w ciemnych oczach i widzisz ten bezbrzeżny smutek w tych szarosrebrnych.
Widzisz to ciężkie spojrzenie srebrnych oczu, tak podobne spojrzenie do tego z teledysku, ciężkie spojrzenie gdy pada jej imię w rozmowie, gdy ucicha muzyka.
Jeszcze nie wiesz, jak porozmawiasz z nią o tym wszystkim. Jakoś musisz. A może to będzie kolejny trup w szafie. Sama nie wiesz. Jakoś to się potoczy. Jakoś to się ułoży.

Nie stajesz po żadnej ze stron ale jesteś tym bardziej zmęczona, niż gdybyś walczyła w każdej z wojen, która się toczyła pod stopami.
Nie jesteś po żadnej ze stron, ale kochasz oboje. I dlatego tak zostanie. A z czasem...z czasem wszystko się ułoży. Uspokoi. I żadne imię być może nie będzie powodować łez, gdy już stopy nie będą chodzić po tym samym mieście.
Każde z nich ułoży swoje życie po swojemu. Z inną kobietą, z innym mężczyzną. W tym lub innym mieście. Mniej lub bardziej szczęśliwie. Z pisakiem na plaży które on kocha, z koszami piknikowymi które są dla niej. I ze sznurem dla przeszłych miłości.

Koniec i początek. Sieć powiązań, której oczka być może się rozplotą, choć rany w sercach zostaną na zawsze. Ale ty się nie wtrącasz. Starasz się nie wtrącać. Co innego możesz zrobić?
Nie bierzesz żadnej ze stron.
Pozwalasz sobie tylko kochać.

-Zapomniałem książki. Jestem jeszcze pod kamienicą. Podrzucisz?:>- dostaję smsa. Tak jakbym uwierzyła, nadal chciał podtrzymać kłamstwo, że przyszedł pilnie po książkę zamiast porozmawiać o tym, co zrobił, zaraz natychmiast, chociaż miał przyjść jutro.
-Już schodzę.
Wychodzę przed kamienicę, a on pali papierosa. Daję mu książkę.
-Czemu tu stoisz? Na korytarz bałeś się wyjść.
Wzrusza ramionami. Nie musi mówić. Ja wiem. Ja rozumiem. Jednak czeka. Jednak chce być przyparty do muru, zdaje się na los, choć sam postanowił inaczej. Jednak stoi i pali papierosa.
Pewnie to nie ostatni spalony szlug pod moimi drzwiami.
Nie, nie pod moimi. Pod jej drzwiami.



Kochanie, wyglądasz znajomo,
jak moje odbicie w lustrze sprzed lat
Idealizm siedział w więzieniu
Rycerskość zginęła na ostrzu noża.

Niewinność umarła krzycząc
Kochanie, spytaj mnie, powinienem wiedzieć
Przypełznąłem tu z Edenu

Tylko żeby usiąść pod twoimi drzwiami. 

29 komentarzy:

  1. Myślę, że najgorzej być właśnie pomiędzy dwojgiem ludzi, których kiedyś coś łączyło i niestety, ale nastąpił koniec. Nie wiadomo jaki ruch wykonać, by nikomu nie sprawić przykrości i jednocześnie każdego zadowolić. A to jest raczej niemożliwe...
    Ogólnie pięknie tę całą historię opisałaś. Czułam jakbym czytała jakąś ksiazkową powieść :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Albo, gdy pewne sprawy są jeszcze niewyjaśnione i narastaj niedopowiedzenia, a ty tak naprawdę nie możesz nic zrobić. I właśnie nie zadowoli się w pełni każdego, nie obierając żadnej ze stron...ale na szczęście ta dwójka to rozumie i nic mi nie zarzuca. Bo to mądrzy, kochani ludzie.
      I dzięki za miłe słowa:)

      Usuń
    2. Oj tak, aż mi się tutaj nasunęło sformułowanie "między młotem, a kowadłem" - bo czyjej strony byś nie obrała, to zawsze coś będzie nie tak. Dlatego chyba najlepiej właśnie stać po środku i nie mieszać się za bardzo. :)
      A proszę. ;)

      Usuń
    3. Chociaż nieraz aż kusi, żeby się wtrącić ale...za dużo powiedzieć właśnie nie można. Ale jakoś to będzie:) Jak zawsze, ogarnę :D

      Usuń
    4. Oj kusi, kusi. Zwłaszcza, gdy się poczuje, że jednak to my mamy rację, że zrobilibyśmy inaczej i wówczas byłoby lepiej. :P
      Oczywiście! Bo jak nie Ty, to kto? :D

      Usuń
  2. Szkoda, że im nie wyszło. Ale czasem właśnie sytuacje się tak dziwnie gmatwają, że nie za bardzo możemy cokolwiek zrobić. Ciężko mi powiedzieć cokolwiek, nie znając za bardzo całej sytuacji, ale zgadzam się z oironio, dobrze się czytało opowieść, na swój sposób piękną :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wyszło, nigdy nie wiadomo, czy nie wyjdzie kiedyś chociaż...mam wrażenie, mimo wszystko, że w tym momencie to przegrana już sprawa chociaż...nigdy nie wiesz, jak karty się odwrócą, prawda? Bo wolę dosadniej jej nie opisywać tutaj jedna:) Ale cieszę się, że chociaż się dobrze czytało:)

      Usuń
    2. Bo czasem jest się czegoś niemal pewnym, no ale jednak nigdy nie mów nigdy, co nie? Niczego nie można być do końca pewnym.
      Tak naprawdę to domyślam się, a nawet chyba wiem o kogo chodzi, ale wiadomo, że prywatnych spraw znajomych lepiej nie opisywać zbyt otwarcie i ze zbyt wieloma szczegółami :)
      Bo o to też w końcu chodzi ;)

      Usuń
    3. Jasna sprawa:)
      Domyślam się, że możesz się domyślać, bo wiem, że chodzisz sobie po różnych blogach;> I dokładnie, o sobie można pisać wszystko, gdy mówi się o kimś, lepiej być ostrożnym:)

      Usuń
  3. Ciężko cokolwiek zrobić jeśli jedno i drugie jest ważne. Ale takie jest już życie, że nie jest tak jakbyśmy tego chcieli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, ale na szczęście oboje to rozumieją. Że tak naprawdę nie mogę wybrać, bo kocham oboje...ale i tak to jest trudne. I owszem, ale mam wrażenie, że byłoby straszne, gdyby życie spełniało nasze marzenia:)

      Usuń
    2. Chociaż trochę szkoda, że ludzie mimo uczuć mijają się i gdzieś ich losy się rozchodzą a przecież nie tak miało być ...

      Usuń
    3. A może właśnie tak miało być. Nie nam o tym decydować do końca :>

      Usuń
    4. Z jednej strony pomimo wszelakich samych pozytywów i tak nie są razem, a czasem ludzie, którzy kompletnie do siebie nie pasują, nie nie czują do siebie - są razem. Więc ciężko nam cokolwiek sędziować ...

      Usuń
  4. Czasem lepiej się nie wtrącać w nie swoje sprawy, ale to dobra rada głównie dla ratowania samych siebie. Z drugiej strony czy chociaż jedna z tych stron zwróciłaby uwagę na czyjeś obiekcje?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyjeś obiekcje w jakim sensie? Bo nie wiem do końca, jak odebrać to pytanie:) I jasne, że lepiej się nie wtrącać tylko czasem człowieka to uwiera, gdy wie pewne rzeczy a nic nie zrobi, prawda? Tylko tak gniecie. Ale to nie znaczy, ze ruszy w którąś stronę:)

      Usuń
  5. czasami wydaje Ci się, że chcesz mimo wszystko doradzić, nie sposób jest milczeć... a nie zawsze nasze intencje są dobrze odbierane. Takie wybory są bardzo trudne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, chociaż mam tyle szczęścia, że ci ludzie nie chcą dla mnie źle, wiedzą, że ja nie chcę dla nich i chociaż to trudne to jednak...jakoś sobie z tym radzimy. Ja jako ten bufor i oni, między sobą, jako osobna historia.

      Usuń
  6. Czasem ciężko stać z boku i tylko patrzeć,ale czasem nasza interwencja może tylko zaszkodzić. Szkoda,że nie wyszło tym dwojgu. A historia piękna :)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po tym co napisałam mam troszkę wrażenie, że to jednak wcale nie koniec, choć byłam tego pewna...cóż, czas pokaże:)

      Usuń
  7. nie jest łatwo nie brać udziału, nie angażować się. ja nie umiem chyba aż tak i czasami siłą się muszę powstrzymywać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mamy podobnie. Bo to znak też chyba, że po prostu na ludziach nam zależy.

      Usuń
  8. potrafię tylko domyślać się, co to za uczucie... bo nigdy nie brałam udziału w podobnej sytuacji. staram się ich unikać. nie być pomiędzy - choć nie.. od kilku lat jestem pomiędzy moją matką, a ojcem. lawiruję między nimi, gdzie przynajmniej jedna ze stron ma mi za złe, że poznaję nowe życie drugiej i uśmiecham sie tylko. choć to zupełnie coś innego - więcej lat na karku, więcej zranień, takich co zostawiły po sobie paskudne blizny, widoczne przy każdym ruchu... wiem tylko, że są uczucia już tak toksyczne, że naprawdę najlepiej jest uciekać... i choć kusi i choć się tęskni.. to te uczucia są skazane na ranienie... dobre wyjście dla masochistów. ale nie wiem, czy Twoi przyjaciele nimi są. moi rodzice na pewno nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. P.S. dobrze się Ciebie czyta z takim wystrojem :) mniej oczy bolą, a obrazek na górze jest magiczny!

      Usuń
    2. Wiesz, ja jestem w o tyle komfortowej sytuacji, że chociaż mi trudno to dlatego, że to głównie wychodzi ze środka, moja troska, martwienie się ich sprawą...ale to nie oni przeciągają mnie między sobą jak kukłę, choć tylko raz miałam takie wrażenie. le to rozsądni, wspaniali ludzie i mimo że im nie wyszło ( chociaż mam wrażenie, że to nie koniec) to nie próbują mieć mnie na wyłączność. Tylko czasem trudno lawirować mówiąc o swoim życiu i np, nie mówiąc o drugiej stronie. Dlatego to czasem męczy ale....to właśnie całkiem inna sprawa chyba. Ale masz rację, są takie uczucia, które są truciznami ale..mimo wszystko przyciągają. I...ja jednak często mam wrażenie, że każdy z nas minimalnie choć bywa masochistą.
      I dziękuję, cieszę się, że ci się podoba:) W końcu...nauczyłam się robić zmiany :D

      Usuń
  9. Pamiętam sytuacj, gdy byłam właśnie między jedną a drugą stroną. Tłumaczyłam jego, tłumaczyłam ją, staram się ich zebrać do kupy, a po tyłku dostało się tylko i wyłącznie mi... Chce się dobrze, ale niektórzy, dzięki emocjom, nie mogą tego pojąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi się nie obrywa bezpośrednio od nich, bo to rozsądni ludzie, którzy potrafią zrozumieć, że kocham ich oboje tylko...to samo w sobie jednak męczy, wiedzieć pewne rzeczy, a nie móc powiedzieć. Ale, niektóre relacje nie muszą być proste, żeby być piękne, no nie?:)

      Usuń
  10. staram się unikać podobnych sytuacji... nigdy nie wiem jak się zachować, co powiedzieć... to trudne. a za dobre chęci i tak się oberwie od którejś ze stron, jeśli nie od obu..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja akurat od nich nie obrywam za bardzo, raczej sama się katuję troszkę, bo to rozsądni ludzie. Więc jakoś to jednak...żyje:)

      Usuń