poniedziałek, 7 grudnia 2015

O dzikich kotach tkwiących w przeszłości i przyszłości, które rozszarpują szczęście, czyli o docenianiu chwili parę słów.

Gdy dzisiaj wstałam, pomyślałam o cudzie. Obudziłam się bowiem bez zatkanego nosa, co było dość niezwykłe. Chyba w końcu zaczęłam zdrowieć.
Z początkiem grudnia dopadło mnie podłe choróbsko, które chyba każdy z nas musi przejść chociaż raz w sezonie. Zatkane zatoki, obolałe gardło. Jesienno-zimowy klasyk, którym najprawdopodobniej zaraziłam się od moich podopiecznych z Domu, do którego trafiają ci wszyscy, którzy nie mają się gdzie podziać. Albo zaraziła mnie Redcar, z którą w zeszłym tygodniu biegałam do lekarza. Nie miało to jednak większego znaczenia, skąd to się wzięło. Rozchorowałam się i to był fakt.

Fakt, który trzeba było po prostu przyjąć, choć pokrzyżował nam pewne plany. Który, mimo wszystko, zdarzył się w dobrym momencie. Choć, czy w życiu są dobre momenty na cokolwiek? To chyba szersze pytanie, które wiecznie pozostaje bez odpowiedzi. Czasem odpowiedzi przecież lepiej nie znać.

Zachorowałam akurat, gdy w grafiku miałam, jak się śmiałam, „mini- urlop”. Gdy akurat dostałam 5 dni wolnego, bo tak po prostu ułożono mi dni pracujące. Już od listopada planowaliśmy z Mężem, co wówczas zrobimy. Sam poprosił o wolne dni w grafiku, tak, że potem będzie biegał do pracy cały grudzień. Tak, by te dni moglibyśmy spędzić razem.
Randka w teatrze w moje imieniny.
Sushi ze znajomymi w sobotę.
Mały wypad. Może do Wrocławia, do mojej siostry? Może w góry Sowie?

Wszystko wzięło w łeb. Gdy 3 grudnia, w ostatni dzień pracy przed naszym „mini-urlopem” słaniałam się na nogach ścieląc łóżka i łykałam niezliczone ilości paracetamolu żeby przetrwać do końca dyżuru wiedziałam, że następny dzień spędzę w wyrku, a nie w teatrze, ubrana w śliczną sukienkę.
Może ktoś by się zdenerwował. Ja pocieszałam się myślą, że nie muszę brać L4, przez co pewnie w styczniu dostałabym mniejszą premię. Zawsze coś. Zawsze jasna myśl.
Do tego ostatniego dnia pracy wezwano mnie do kadr. Okazało się, że dostanę kolejną umowę na rok, nie na zastępstwo, bo tak, w swojej pracy jestem świetna i chcą mnie tam. Radosna nowina, którą trzeba by było opić. Opić, chociaż nie ma się siły.

Może ktoś by się zdenerwował, ale ja wróciłam do domu i wypiłam z Redcar grzane wino, czekając na Męża, łudząc się, że ono pomoże. Trochę półprzytomna, ale jednak nadal...szczęśliwa, gdzieś tam w środku, po tych wszystkich zdarzeniach, niepewnościach, które mną targały też na dniach.
Wieczny spokój mnie nie opuszcza. Nie opuszcza mnie światło w środku. Może to aż nudne. Ale jednak...

Fakt to fakt. Rozchorowałam się, wielkie rzeczy. Szybko napisałam do Męża i zmieniliśmy plany. Bo do tych nie można się chorobliwie przywiązywać. Życie jest płynne. Życie trwa tylko w momencie.
Chorobliwe przywiązywanie się do przyszłości i przeszłości czyni nas nieszczęśliwymi.

Zmieniliśmy szybko plany. To nic, że w swoje imieniny prawie zwymiotowałam i zemdlałam w samochodzie Augusta. Ważne, że wieczorem siedzieliśmy przytuleni na naszej kanapie oglądając filmy. Ważne, że następnego dnia jednak przyszli do nas znajomi na doskonałe sushi robione przez Męża, że zobaczyłam te dawno mijane twarze.
Szkoda, że niektóre z nich były tak zmęczone. Szkoda, że widziałam w nich smutek.
Nic nie piłam, a parę razy wyrwało mi się tak dziecinne może zdanie.
Porozmawiajmy o czymś dobrym. Przestańmy marudzić.

Ludzkie myśli biegną za często tym torem, goryczy i bólu. Do tęsknot przeszłości i do strachu o przyszłość. A co z tym momentem?

W jednej z nich widziałam gorycz wobec przeszłości, bo jej mąż obiecywał, że będzie inaczej. Zabrania o niego pytać. Wspomina.
W innej strach o przyszłość. Ta martwi się o to, co będzie z jej rodzicami, wiem to, gdy nawet o tym nie mówimy głośno, gdy rozmawia z matką przez telefon. Tamta martwi się, co w ogóle ma zrobić ze swoim życiem, bo po raz pierwszy nie ma jasno określonego celu. Kryzys, który wielu z nas miało po studiach, w jakimś momencie życia, gdy zobaczyliśmy szerszą perspektywę. Kryzys, z którym niektórzy radzą sobie lepiej- inni gorzej.

Ludzie których uwielbiam.
Doganiają ich lwy przeszłości i tygrysy przyszłości i rozszarpują moment.
A moment, ten nigdy się nie powtórzy. Ten musi nieraz grać w naszym sercu.

I nie chodzi mi tylko o chwile szczęścia. Radosnych spotkań z przyjaciółmi. Chwile pierwszych pocałunków czy najwspanialszych orgazmów. Momenty zachwytu gdy stoimy na górskim szczycie.
Każdy moment jest raz i trzeba go przyjmować w pełni. Też moment bólu. Ten w którym nagle rozumiemy swoją śmiertelność. Ten, w którym dostajemy pierwszy cios od tego, którego kochamy.
Żyjemy tu i teraz. W szczęściu i cierpieniu, euforii i bólu, w oceanie doznań, pływamy po prostu, zaznajemy ochłody wody w upał albo mrozi nam ona serce.
Jednak za często myślimy o wyspie, którą opuściliśmy. Albo o tej, na którą chcemy dotrzeć, choć wcale nie ma pewności. Nie mamy pewności dokąd nas prowadzi to, co już się zdarzyło ani nie wiemy nic o tym, co się wydarzy.

Życie jest twoim przyjacielem. Przeżywaj je więc.

Ludzie potrzebują pewności, widzę to w ich oczach. Potrzebują pewności, która jest ułudą i która po prostu często pieprzy im życie. Pieprzy ich samych.
Chcą wierzyć, kurczowo czepiają się wiary.
Tej wiary , że on zostanie ze mną do końca życia, bo przecież obiecał mi to na ślubnym kobiercu. Czy coś takiego można w ogóle obiecać? Skąd będziemy wiedzieć, czy miłości starczy na kolejne 40 lat? 50? 60? Możemy tego chcieć, nie możemy być pewni. Czujemy presję, spalamy się w niej. Kochaj mnie całe życie, krzyczymy rozpaczliwie o tą pewność. Ja mówię kochaj mnie tu i teraz. Będę z tobą aż miłości wystarczy.
Tej wiary, że jeśli zbudują dom, wydadzą na świat potomstwo, ich życie będzie spełnione. Zawsze będą coś mieli. Budzą się potem w wieku 50 lat z poczuciem pustki, że to za mało. Że zawsze pracowali na przyszłość, zapominając że mają swoje najlepsze lata i nieraz powinni po prostu wyjechać i zanurzyć się w oceanie. Budzą się z myślą, że już za późno. Znów, myślą o przeszłości, zamiast wierzyć w moment.
Czepiają się kurczowo tej wiary, że jeśli poznają ważnego człowieka, będzie on w całym ich życiu. Nie potrafią rozumieć, że każde spotkanie to też pożegnanie, każda więź to moment, która tylko czasami trwa dłużej niż całe życie. Nie potrafią przyjąć do wiadomości, że nic nie jest pewne, nic nie jest na zawsze, dlatego tak często chcą mieć ludzi na własność, zamykają ich w złotych klatkach, łamią im skrzydła. A ci i tak odlatują, sterowani silniejszym powiewem wiatru.

Ludzie chcą mieć pewność, zaczepiają haki jej okrętów w przeszłości, szukają skał, na których mogą osiąść w przyszłości. Wielkie okręty, którym pierwsza życiowa burza łamie żagle. Szukają pewności dookoła siebie, jak żyznych raf pełnych ryb, strzaskane potem są ich burty o wystające skały.
Pewność w zdarzeniach na zewnątrz nie istnieje.
Jedyna pewność to ta, którą nosi się w sobie. W sercu.

Ja taką mam. Odkryłam ją po tym, gdy moje życie po raz kolejny zawaliło się w jakiś sposób. Gdy złamano mi kolejny fragment serca.
To nic.
Bo mam pewność. Trwam w momencie. I wiem, że ten pełen bólu i ten pełen szczęścia jest tak samo składnikiem całości. Bo wiem, że z każdym sobie poradzę, posklejam kolejne momenty. Dojdę dalej na własnych nogach.
Nie potrzebuję okrętu, który tragany burzami rozbija się o skały. Nie muszę stawiać kolejnych żagli. Pływam za pomocą moich własnych rąk i nóg. Moje stopy liżą fale, moje stopy przyzwyczajone do wędrówek. Te, które czują pod sobą, jak splatają się drogi.
Kocham ludzi w moim życiu, ale nie chcę ich mieć na własność. Doceniam ich wsparcie, miłość. Kocham ich i właśnie dzięki tej miłości pozwalam im na wolność. Wiem, że nie przywiążę ich na siłę. Niektórzy umrą zanim poznam ich tak bardzo, jak chciałam. Inni po prostu przestaną kochać i odejdą. Staniemy na rozwidleniu ścieżek i pożegnamy się. To nic. Ważne były spędzone razem momenty. I zawsze, zawsze w życiu tyle pięknych ludzi do poznania. Do splecenia z nimi umysłów i rąk.

Nie skupiam się na przeszłości. Nie skupiam się na przyszłości.
Nie dogonią mnie lwy i tygrysy. A może dogoniły mnie dawno. A ja je oswoiłam. Nauczyłam się drapać je za uszami, głaskać ich ciepłe futro. Bo to koty jak każde inne.

Wczoraj podczas słonecznego poranka leżeliśmy długo w łóżku.
-Wiesz, chyba jesteśmy w tym momencie życia, gdzie powinniśmy się zastanowić, czy chcemy kupić mieszkanie, czy wybudować się...
-Kochanie, my pewnie zbudujemy dom, jak twoi rodzice umrą- zaśmiałam się, wijąc w pościeli, nasz stary domowy żart- w którym jest cholernie dużo prawdy.
-Masz rację. Ale może powinniśmy zaplanować...
-A śpieszy ci się gdzieś? Powiedz, czy naprawdę ci się gdzieś śpieszy? Jesteśmy teraz w łóżu, słońce pięknie grzeje, mamy wolne. Zaraz zrobię dobre śniadanie. Możemy pomarzyć, na razie nie mamy co planować. Gdybyśmy może mieli mieć dzieci ale...czy nie żyje się nam obecnie po prostu dobrze, czy nie możemy planować po prostu kolejnych wędrówek? I tak nasze „plany” się zmienią.
-Dobrze. Masz rację- mówi i śmieje się. Docenia moment.

Ten, którego kocham, kocha też planować. To ja żyję w chmurach. To nas scala. Ale i czyni szczęśliwymi. On pokazuje mi plany, do których i tak się nie przywiązujemy. Ja pokazuję mu momenty.
Mamy dobre życie. Życie tu i teraz.
Życie tu i teraz zawsze jest dobre. Zawsze, dopóki nie zaczniesz myśleć.

Są ludzie, którzy gonią za przyszłością. Planują jaki dom wybudują, zarabiają na niego, poświęcając zdrowie i czas z teraźniejszości. Stale myślą o tym, jaki mają mieć kolor ściany i na jakie lekcje poślą swoje dzieci. Kolejne kroki podczas robieniu doktoratu, kolejne pieniądza inwestowane w przyszłość. W to, co ma być kiedyś. Kiedyś, które odsuwa się w czasie. Czasem spotyka ich wielka burza. Umiera ich partner. Ich dziecko rodzi się chore. Ich dom płonie. Oni nie potrafią sobie z tym poradzić, bo wszystko co robili w życiu, to żyli dla przyszłości.
Czasem nie dzieje się nic, ale ich przyszłości jest coraz mniej. Budzą się gdy tak mało czasu przed nimi, nie ma już co planować. I ci nie wiedzą jak przetrwać, jak sobie poradzić, bo nie potrafią żyć chwilą.
Nie mówię, że nie można planować. Że nie trzeba mieć celu zakotwiczonego w przyszłości. Wyspy z marzeń, do której chce się dopłynąć.
Nie można przywiązywać się do przyszłości i planów w niej chorobliwie. Nie można zakładać pewności. Bo przyszłość nie należy do nas. Do nas należy moment. Trzeba obrać cel, cel w danym momencie, cel który jakoś nas poprowadzi- ale nie myśleć tylko o nim.

Są też ludzie, którzy wiecznie obracają głową, patrzą za siebie i wyciągają ręce do przeszłości. Ci ludzie leżą nocami w łóżku i rozpamiętują to, co powiedzieli kilka lat temu. Stale przywołują ból i tęsknotę za straconym miłościami. Wyliczają na palcach obu rąk swoje krzywdy, których doznali jako dzieci. Mówią o bólu którego doznali albo wspominają stale szczęście, twierdząc, że ono się nie powtórzy. Typy retrospektywne, typy, które nieraz mają problem z tym, by ruszyć do przodu po kolejnej burzy. Nie radzą sobie, ich okręty nierzadko osiadają na mieliźnie, kapitanowie ich statków nie widzą, że starczy napiąć żagle, by ruszyć dalej. Oni często gdzieś w środku nie chcą ruszyć dalej.
Ci są nieszczęśliwi, bo nie potrafią często objąć żadnego celu, nie mówiąc już o przywiązaniu się do niego. Często nie widzą, co chcą robić w ogóle w życiu, nawet w tym momencie, bo wspominają, kim chcieli być kiedyś. A obecnie to już niemożliwe.
Ci są też nieszczęśliwi, bo wspomnienia przesłaniają im moment. Gdy mogą się śmiać myślą i gdybają „ach, gdyby ona to była”. „Ach, gdybym zobaczyła go wcześniej”. Nie doceniają tego, co tu i teraz bo tworzą scenariusze, wracając do przeszłości, która się nie powtórzy. Bo nic dwa razy się nie zdarza. Nie posiadamy też przeszłości, ona, minione momenty, również już nie należą do nas.

Różnie postrzegamy więc czas.
Wszystko ma swoje plusy i minusy. Ten kto myśli o przyszłości wiele osiągnie. Ten, kto o przeszłości, wiele zrozumie w swej wrażliwości. Ten, kto żyje tu i teraz...czy nie będzie lekkoduchem?
Jednak nie posiadamy przyszłości i przeszłości. Wszystko ma swoje plusy i minusy. A w tym oceanie, cóż, musimy po prostu nauczyć się pływać. Ja wybieram moment. Tu i teraz. Dorzucam kilka marzeń i parę celów, do których się nie przywiążę przesadnie. Dorzucam sporą garść wspomnień, która ogrzewa serce i tych, w których w bólu się wiele nauczyłam. Wyciągam z nich wnioski ale nie myślę o nich za dużo.

Widzisz to z mojej perspektywy?

Nie posiadamy ani przeszłości, ani przyszłości. Obie są mirażem.
Jest moment, jest tu i teraz. Ten, który naginasz do faktów, nie płacząc za straconymi marzeniami. Nie płacząc za tym, co minęło i chorobliwie panikując na myśl o tym, co będzie.
Jest tu i teraz, tu i teraz, które, nawet najmniejsze, będzie miało echo w dalszym świecie.
Przeszłość ukształtowała moment, w którym tkwisz. Ten sam moment kształtuje przyszłość. Wszystko składa się w całość, nieodzowną dla ciebie w tym życiu całość. Masz ją w swoich rękach, nie posiadasz jej wcale. Ten słodki paradoks powoduje, że możemy nauczyć się żyć. Uczynić z życia swojego przyjaciela.

Nie, życie zawsze jest naszym przyjacielem. Tak jak lwy i tygrysy.
Każdy lew i tygrys jest przecież tobą. Ich oswajanie nie jest wcale trudne.
Życie przepływa przez twoje żyły, wypełnia twoją duszę.
Stań się swoim przyjacielem. W tym właśnie momencie.
W tej sekundzie. Jedynym, co naprawdę masz na własność.



Wypłacz mi przyszłość
Gdzie rewelacje tracą panowanie nad sobą
Panie i Panowie
Lwy i tygrysy przybywają tu biegiem

Tylko po to, żeby ukraść twoje szczęście. 

72 komentarze:

  1. Przeczytałam dwa razy,i pewnie wrócę do Twoich słów kolejny raz. Sama prawda, trafiłaś w sedno, jakoś tak dzisiaj się czuję,że potrzebowałam takich słów. Co tam przyszłość, będzie nie będzie, liczy się by przeżywać w pełni to co dziś. Przestać gonić za czymś, i uciekać przed czymś. Zaprzyjaźnić się z dzisiaj, to najważniejsze. I zdrówka.
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To...cieszę się, że udało mi się trafić:)Dokładnie, bo przyszłość nie należy do nas. Owszem, kształtujemy ją swoimi czynami, ale są rzeczy których nie przewidzimy, które będziemy musieli w chwilach przyszłości znieść- i nie ma co na zapas się zamartwiać, bo to psuje po prostu przeżywanie naszego życia tu i teraz:)
      Dzięki:)

      Usuń
    2. Tak,wielu rzeczy nie da się przewidzieć. Można tracić to dzisiaj planując jutro, które się nie ziści. I zostaje wielka frustracja... A to szare dziś bywa piękne:)

      Usuń
    3. Dokładnie. A a potem planując co się zrobi, jak plany nie wypalą..:D Robi się nam wtedy po prostu takie małe błędne koło trochę. Piękno- tak, mamy problem z jego dostrzeganiem...tak po prostu.

      Usuń
  2. Odnosząc się do Twoich pierwszych słów..
    Mnie też, tradycyjnie zresztą, dorwało choróbsko, równo z pierwszymi dniami grudnia. W czwartek czułam się już na tyle beznadzieje, że piątek postanowiłam spędzić w domu. I teraz wiem, że tak miało być.. Miałam zostać w domu, nie pójść do szkoły. Bo gdybym poszła, to nie było by mnie przy babci w Jej ostatniej godzinie. Niewyobrażalnie ciężko jest patrzeć na bolesną śmierć bliskiej osoby. Ale teraz czuję spokój, bo wiem, że już nie cierpi, że ta śmierć przyniosła Jej ulgę. A gdybym w piątek zdrowa tkwiła na lekcjach nie będąc przy Niej, wylewałabym pewnie strumienie łez na Jej pogrzebie, jak reszta rodziny. Zaczynam coraz mocniej wierzyć w to, że czasem coś faktycznie dzieje się po coś. I tym razem nie klnę na choróbsko, ale jestem Mu.. wdzięczna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc...wyszło ta jak mało. I zawsze, zawsze bycie przy śmierci bliskiej osoby cholernie boli...ale też i wiele uczy. Wiele nam daje wbrew pozorom, ja widzę to po latach. Chociaż, może w tym momencie można nazwać mnie wariatką. Ale dobrze, że się stało tak a nie inaczej, mogłaś być przy niej. I odczuć ten ból, bo on też jest potrzebny. A z czasem wszystko się ukoi...

      Usuń
    2. Pewnie na równi z ukojeniem pustka będzie narastać. Czuję jakby ktoś coś ze mnie ukradł, taka niepełna jestem. To dziwne uczucie.

      Usuń
    3. Bo wraz z kimś kogo kochaliśmy ta utrata części serca jest nieodzowna i to prawda, że niczym i nikim jej nie zastąpimy...ale z czasem przywykamy do tej pustki. Wcale nie jest straszna. A nawet jest z czasem i piękna, bo jest dowodem miłości, pamiątką po obecności. Przynajmniej, ja tak patrzę na te swoje pustki i rany.

      Usuń
    4. I pewnie masz dużo racji w swoim poglądzie. Muszę być silna, coś mi się tak wydaje..

      Usuń
    5. Tylko kwestia też, jak definiujemy siłę. Bo to wcale nie jest brak słabości, łez czy pozwalania sobie na ból:)

      Usuń
  3. Jestem sentymentalna, dlatego lubię spoglądać wstecz... ale głównie dlatego, że niektóre wspomnienia mnie czegoś uczą, albo po prostu sprawiają, że na sercu jest jakoś cieplej. Mimo wszystko głównie staram się wracać do dobrych wspomnień, które są pewnego rodzaju siłą dla mnie. I pomimo tego właśnie staram się nie zapominać o tym "tu i teraz". Bo to też jest piękne, nawet, kiedy nieraz boli, bo gdy niebo się rozjaśnia to i po czasie można wyciągnąć z tego naukę na przyszłość. A co do przyszłości i planowania właśnie... kilka razy planowałam. I nie wyszło. Później zaczynałam gdybać, a gdybanie próbowało mnie zabić. Gdy przestałam się nakręcać, układać piękne obrazy w mojej głowie, dostrzegłam wiele pięknych obrazów w tym, co jest aktualnie obok mnie. Cóż rzec więcej - carpe diem po prostu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo od czasu do czasu wspominać trzeba, też właśnie piszę, jest garść wspomnień do których się wraca tylko...nie można z tym przesadzić. Jak zresztą w niczym, ze wszystkim trzeba wypośrodkować:)
      Bo właśnie plany mają to do siebie, że im bardziej nam na nich zależy, tym bardziej...coś się dzieje na opak. Życie lubi płatać figle, albo po prostu przynosi co przynosi, a że nie jesteśmy jasnowidzami...dlatego ja wychodzę z założenia, że lepiej niż planować jest nauczyć się pływać. I jeszcze mnie ta moja mierna filozofia nie zawiodła:)
      Chociaż tego hasła nienawidzę, za dużo nadużywania:D

      Usuń
    2. Dokładnie. Trzeba znaleźć złoty środek i tyle ;)
      A ile razy w życiu jest tak, że kiedy przestajemy się starać, oczekiwać od losu cudów, to te cuda właśnie zaczynają się dziać jakby znienacka :)

      Usuń
    3. Jak zwykle ukochane hasło:D
      A pewnie. Bo po prostu, życie ma dla nas swój scenariusz:) I może chcieć za bardzo...to jeszcze gorsze, niż nie chcieć w ogóle?

      Usuń
    4. xD
      I jest pełne niespodzianek :) Być może właśnie tak jest. Albo i to i to jest tak samo złe...

      Usuń
    5. Dla mnie jest właśnie podobne. Bo chcieć za bardzo strasznie nas spala. Deprymuje. Wywiera presję. A to nigdy nie pomaga. Los lubi upartych ale...nie zapalczywych, mam wrażenie.

      Usuń
  4. A ja powiem coś, co już mówiłam nie raz, bo dzisiaj znowu ten temat wyszedł... Od jakichś dwóch miesięcy, z kim bym nie rozmawiała, w końcu następuje wzdechniecie: och ale bym wróciła do szkoły/na studia. Sami tez tak wzdychaliscie przecież xD ale u niektórych właśnie aż słychać ten żal, ze nie mogą tego zrobić. I to jest aż smiesznie z moim przeżywaniem przeszłości, ale zastanawiam się co jest z tymi ludźmi nie tak. Bo ja może przezywam, może tęsknie i gdybam, może na nowo się katuje, ale w życiu bym nie wróciła do tego, co było. No fucking way. Może tylko jedną rzecz zrobilabym inaczej, s raczej nie zrobilabym jej w ogóle. A tak? Po co miałabym chcieć wrócić do szkoły, nawet jeśli było fajnie? Rozumiem, że w liceum było łatwiej być "gwiazda" niż w dorosłym życiu, ze w ogóle było prościej. Ale czy to naprawdę takie dziwne, że ktoś może tego nie chcieć? Bo zawsze jak to mowie, to mam wrażenie, ze tak.
    Ale dzisiaj w ogóle mam dzień... Dzień, w którym i mnie zaczyna ogarniac spokój, co dziwne, bo spodziewałam się burzy. Znaczy nie dzisiaj, ogólnie xD i również o dziwo, mam tak często. Za często. Dlatego może chciałam tej burzy, odreagowania. Żeby znowu nie wyszło po czasie. A mam spokój. Dziwne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, to nasze wzdychanie to jest akurat na zasadzie "kurwa, było wtedy zajebiście". Bo było. Powiem coś dziwnego ale..rok temu jeszcze mnie nie znałaś. Nas nie znałaś. Od zeszłego roku strasznie stonowaliśmy, spokornialiśmy, bo w cholerę dostaliśmy po dupie. Więc czasem budzi się w nas sentyment do tego, że...było zajebiście. Byliśmy wszyscy razem. Mogliśmy się jeszcze spotkać. I to w jakimś sensie nieuniknione, nie mówię że nie. Ale zaraz potem przychodzi opamiętanie. Tak jak po moim oglądaniu zdjęć na mailu, zaraz potem mówię sobie- hohoh, co za dużo, to niezdrowo! Bo niezdrowo w cholerę. I przychodzi spokojna akceptacja chwili. I to docenienie i czucie, prawdziwe poczucie, że tu i teraz jest ten jedyny moment. Dlatego, być może, uważam się za szczęśliwego człowieka:) Bo można sobie wspominać, mówić, że było zajebiście- no bo było w moim przypadku- ale to oczywiste, że nie można wrócić, nie miałoby to sensu, więc nie ma co się nad tym roztkliwiać:) I nic w tym dziwnego. Tylko czasem właśnie, dobrze się wspomina:)
      Ja miałam małą burzę i znowu spokój po niej :D Nawet w trakcie niej, jak rzucałam kurwami i "szmatami":D Ale na tym to polega. Spokój przychodzi niespodziewanie tak ja burze. Te wyczekiwane...te są chyba po prostu często jakby nawet nieważne:)

      Usuń
    2. No tak, wiem jak to u Was wygląda. Ale mowie ze u innych to jest jakoś bardziej, ze kurde jakby mogli to by naprawdę wrócili. A nie po prostu lekkie westchnienia ze było zajebiscie.
      No Ty mialas, racja :p nie wiem czy nieważne czy wrócą ze zdowojna siła, ale o to będę martwić się później xD

      Usuń
    3. Bo właśnie tęsknią za bardzo albo..muszą jeszcze poczekać, dorosnąć, żeby docenić spokojny moment. Czasem musi się po prostu...coś wydarzyć. Oby czasem nie coś zbyt strasznego, chociaż jak to prowadzi do nauki i dojrzewania...to też nieraz musi być. Ale chyba wkraczam na inne wody:)
      No, nie ma co na zapas. Chwilo, trwaj!:D

      Usuń
    4. Mam wrażenie, że nie u wszystkich ten moment następuje. Ja, mimo wszystko bardzo często miewa poczucie, że jestem w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. Jednocześnie wiem, że jakbym była gdzieś indziej to miałabym tak samo.

      Usuń
    5. Nie no jasne, niektórzy nie dorastają. To widać zwłaszcza...jak się pracuje ze starszymi ludźmi, którzy na dorastanie już dużo czasu nie mają :D I wiem, to widać akurat, jak zacieszasz:D I to możliwe, bo to poczucie nie zależy od miejsca ale właśnie od tego, co nosi się w środku:)

      Usuń
    6. No fakt, dużo czasu im nie zostało :D nie wiem czy zawsze przy tym zacieszam, chociaż pewnie tak xD dokładnie:)

      Usuń
    7. Z reguły tak:) i to jest ładne:)

      Usuń
  5. Ostatnio natknęłam się w internecie na teks "Skoro martwi się nie żywią, to dlaczego żywi się martwią?" jakoś tak idealnie pasuje mi na podsumowanie tego co napisałaś, poza tym działa jakoś tak kojąco na nerwy.
    Akapity o miłości oraz o tym jak ludzie żyją albo w przyszłości albo przeszłości są bardzo ładne i dają do myślenia :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, kocham ten tekst :D Zawsze go używam w skrajnych wręcz momentach:D I to dobrze, że koi, a nie drażni, jakby nie patrzeć:D
      Dziękuję:)

      Usuń
  6. Niefajnie, że akurat wtedy wzięła Cię choroba, ale masz rację, pisząc, że życie jest płynne i żyjemy tylko momentami. Wydaje mi się, że zrozumiałam przesłanie. Świetnie to napisałaś :) Cieszyć się z każdej chwili i brać lekcję z naszych błędów.
    ps. ja nadal mam zatkany nos, gardło boli, a kaszel męczy mnie, co parę minut :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, dziękuję bardzo:) Wiesz, ja mam wrażenie, że właśnie na wszystko możemy spojrzeć jak na lekcję i ze wszystkiego wyciągnąć wnioski...i czasem mam wrażenie, że to właśnie do tej pewnej nauki można sprowadzić życie:)
      Czyli również życzę zdrowia:)

      Usuń
  7. Bardzo mądre masz podejście do życia, Frido :)
    Myślę, że większość ludzi, ile by tu nie napisała i tak na pewnym etapie swego życia albo kurczowo będzie się trzymać wspomnień, albo marzyć o przyszłości i marudzić, że coś się nie udało.
    Taka jest ludzka mentalność. Po prostu.

    Całusy ślę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:)
      Wiesz, jasna sprawa, że na starość więcej wspominamy, w młodości więcej planujemy. Tego nie da się uniknąć ale...mimo wszystko, chyba można spróbować chwytać chwilę obecną, prawda?:)

      Usuń
  8. Trudno żyć tu i teraz...nie myśląc o tym, co było i o tym, co będzie. To wielka sztuka, myślę, że uczymy się ich całe życie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. To chyba kwestia znów, pewnego dojrzewania.

      Usuń
  9. Ciężko jest żyć w dzisiejszych czasach, tylko momentami. Dlatego trzeba szanować każdą piękną chwilę :) Bo niestety, czas strasznie szybko ucieka,...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasna sprawa, bo czasy mamy szybkie, pełne presji...ale to nie znaczy, że właśnie tym bardziej, nie powinniśmy choć nieraz spróbować:)

      Usuń
    2. Szybkie, dobre słowo. Wszyscy gdzieś pędzą, na autobus, do sklepu, do pracy. Wiesz jak mało ludzi uśmiecha się na ulicy?

      Usuń
    3. Wiem. Dlatego ja staram się uśmiechać chociaż...wiadomo, czasem i człowiek nie ma na to po prostu siły po całym dniu pracy:)

      Usuń
  10. Często zapominam o tym by żyć tu i teraz. Wciąż gonią mnie myśli właśnie o niepewnej przyszłości, o tym co się stanie jutro a co złego się stanie jak nie przedłużą mi chociażby umowy w pracy. A potem nie mogę spać :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo właśnie, gdy człowiek nie widzi koło siebie pewnych punktów zaczepienia zaczyna panikować...a tak naprawdę, nie istnieje coś takiego, jak pewna przyszłość. I czasem mam wrażenie, że gdy tak dogłębnie to zrozumiemy, to będzie nam o wiele łatwiej:) Bo choćby ta umowa...zawsze mogą cię zwolnić. i wtedy znajdziesz inna pracę. Poradzisz sobie. Właśnie w tym klucz, w tej wierze...że zawsze, zawsze sobie poradzisz:)

      Usuń
    2. Myślę, że to wcale nie fakt, iż nie ma pewnej przyszłości jest pocieszeniem, bo mnie ta myśl wręcz paraliżuje... Dopiero myśl, że na pewno jakoś sobie poradzę - to dopiero jest właśnie uspokajające.

      Usuń
    3. Widzisz, a mnie pociesza :D Wiesz, jak człowiek pogodzi się, że życie nie jest do przewidzenia chyba...opada z niego taki egzystencjalny strach. I to właśnie idzie w parze:) Albo, jest właśnie ważniejsze:)

      Usuń
    4. Nieee u mnie jest dokładnie na odwrót. Gdy nie wiem co będzie jutro to aż mi się oczy szeroko otwierają tak się boję :D

      Usuń
    5. I widzisz, znowuż, ile ludzi, tyle postaw i odczuć innych:)

      Usuń
  11. Podoba mi się Twój punkt widzenia, sama kiedyś próbowałam sobie taki wszczepić. Ale ciężko zmienić wyuczony tok myślenia. I na Twoim miejscu pewnie, jak większość, wkurzyłabym się z niewypału planów i choróbska. Ale zawsze to wypoczęłaś, wygrzałaś się, zobaczyłaś przyjaciół. Ciężko jest widzieć w swoich bliskich smutek, a z Twoim podejściem tym trudniej, bo pewnie masz ochotę im powiedzieć "przestań. spójrz na to inaczej! Doceń!"
    Trudna sprawa wymagająca medytacji chyba. :D
    Ja jestem osobą, która potrafi docenić moment, ale jestem też osobą która lubi planować. Chociaż ciężko mi to przełożyć na cele. I np w tym roku nigdzie nie pojechałam na wakacje, spędziłam tydzień leniuchując. Nie żałuję, ale też nie jestem w pełni zadowolona. Bo mogłam być aktywna, dążyć do tych chwil, które się wspomina, do zdjęć, nowych smaków, zamiast ślęczeć nad serialami i książkami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fakt, że trudno zmienić własną naturę. Ja chyba zawsze najbardziej przejmowałam się chwilą, ale ludzie jakoś w dzieciństwie programują sobie "postrzeganie czasu". A może nawet się z tym rodzimy? Trudno orzec. Jednak fakt faktem, są różne typy i ciężko przestawić myślenie, choć, każde ma wady i zalety. Trzeba jakoś tez umieć w tym wszystkim wypośrodkować:) I to prawda, chociaż odpoczęłam i teraz mogę dostawać na nowo wycisk w pracy, bo zaczęłam prawdziwy maraton dyżurów :D
      I to prawda, mam ochotę nieraz kopnąć ich w tyłek:)Ale medytować lubię:D
      Ale i książki i seriale przecież coś cały. Odpoczynek, książki ucztę wyobraźni...lepiej widzieć plusy:) I serio, mało znam ludzi, którzy w pełni by wypełniali swoje plany i założone cele:) W sumie, znałam tylko jednego takiego człowieka.

      Usuń
  12. Wspaniały post, idealny materiał do dobrej książki. W stu procentach się pod tym podpisuje, to naprawdę ważne, żeby żyć teraźniejszością, tu i teraz, skupiać się na wszelkich radościach, małych i większych przyjemnościach. Doceniać wszystko co się ma, ale nie przywiązywać się do tego, ludzie raz są, a drugi raz ich nie ma. Masz bardzo ciekawy punkt postrzegania świata, to bardzo ważne, że jesteś szczęśliwa, a nie czekasz na szczęście. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za tak miłe słowa:)
      I dokładnie, lepiej docenić tu i teraz bo..co innego posiadamy tak naprawdę?:) I jestem, to prawda. Czekać...cóż, można by się było zaczekać na śmierć :D

      Usuń
  13. Dlatego mówię, że listopad i grudzień to miesiące, które skłaniają ludzi do refleksji o życiu znacznie bardziej niż zwykle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, widziałam że i ciebie skłoniły:)

      Usuń
  14. Klara wyżej napisała, że idealny materiał do dobrej książki i ja się z tym zgadzam. Pisz, bo robisz to świetnie. Płynie w tym mądrość, jasność przekazu, naprawdę :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, bardzo dziękuję :* i nie mam zamiaru przestawać pisać, nawet jak nieraz mam zastoje :D

      Usuń
  15. Do właściwie takich samych wniosków doszłam w tym roku... też miały na to wpływ różne rzeczy, które czytałam i zainteresowanie się duchowością. Ale odkryłam właśnie na własnej skórze, że o wiele łatwiej jest żyć, tak jak piszesz. Choć równocześnie wydaje się tak trudne to zastosować. Ale spróbowałam... no i cóż, da się. Na przykład w wakacje miałam taką sytuację przy szukaniu mieszkania, że było bardzo prawdopodobne, iż zamieszkam z moją przyjaciółką. Cieszyłam się bardzo, ale równocześnie wiedziałam, że może to nie wyjść, więc powiedziałam sobie, że jeżeli nie wyjdzie, to też sobie poradzę i nie będę się wkurwiać i płakać nad czymś, na co nie mam żadnego wpływu. No i cóż, w końcu M. wybrała inne miasto, a ja przyjęłam to zupełnie na luzie i zaczęłam szukać innych rozwiązań. I prawdę mówiąc, to bardziej moja mama przejęła się tym, że nie wyszło i gdybała niż ja. I myślę, że mnóstwo energii dzięki temu zaoszczędziłam :)
    Cóż, te dzikie koty są częścią nas, nie za bardzo da się je wypędzić, więc lepiej właśnie oswoić. Ostatnio mi to może kiepsko wychodzi, no ale cóż... Oprócz tych kotów przeszłości i przyszłości mam jeszcze trzeciego, wyobraźni. Ten to się u mnie już chyba zadomowił na dobre, prawdę mówiąc sporo czasu spędzam na wyobrażaniu sobie różnych rzeczy, wymyślaniu jakichś historii, czasem bardzo rozbudowanych. Na przykład, gdy spodoba mi się jakaś książka lub film, to wyobrażam sobie, że jestem częścią tego uniwersum albo tworzę jakąś alternatywną wersję wydarzeń. Nie da się ukryć, to też inny rodzaj uciekania/odrywania się od teraźniejszości. Bardzo miły co prawda, ale też niebezpieczny, bywa, że ciężko jest powrócić. I niestety czasem po wyrwaniu się z krainy fantazji wszystko w realnym świecie wydaje się takie przyziemne i bezbarwne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To widzisz, patrzymy znów cholernie podobnie:) I jasne, że jest trudne, zresztą..tu też trzeba zachować pewien złoty środek i rozsądek, moim rozsądkiem bywa akurat...mój mąż, jakkolwiek to dziwnie nie brzmi. Ale właśnie po co przejmować się czymś, na co nie masz wpływu? Lepiej to przyjąć, skoro i tak tego nie zmienisz. Nie kwestia zdarzeń, które nas dotykają. Ale tego, jak się do niech nastawimy. O to się wszystko rozbija tak naprawdę.
      Jak zawsze, oswajanie lepsze niż walka, pewien mentalny pacyfizm:) I..miewam podobnie, wiesz?:D Zdarza mi się żyć w świecie bajek w swojej głowie, historii zasłyszanych, opowiedzianych, zapoznanych ale...właśnie. To bywa niebezpieczne. Bo czasem tracisz magię życia, gdy za bardzo w to wejdziesz, w swoją głowę, za głęboko. A życie ma tak samo wiele barw.

      Usuń
  16. Ja też tak uważam, że nie powinno się (choć kusi) wymagać od drugiego człowieka obietnic na całe życie, czy nawet samemu takich składać, bo skąd wiemy co będzie za rok, dwa czy dziesięć lat? skąd wiemy jacy będziemy? jak będzie wyglądało nasze życie? Nie wiemy.. Pięknie o tym napisałaś..
    PS. Ja też ostatnio rozchorowałam się akurat w "wolne".
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kusi ale..ja bym czuła właśnie pewien niesmak gdy ktoś obiecywałby mi to, czego obiecać tak naprawdę nie można. Bo nie możemy przewidzieć pewnych rzeczy. Dlatego cieszmy się, żyjąc razem, tu i teraz:)
      I dzięki:)
      Ale już jesteś zdrowa?

      Usuń
  17. to widzę, że mój okręt jest całkiem szczęśliwy, nie planuje, nie patrzę w przeszłość, przynajmniej na razie całkiem spokojnie sobie płynę po nieznanych morzach

    OdpowiedzUsuń
  18. w takim razie jak podejmować decyzje, te mniejsze i większe skoro nie wiemy, jak to będzie w przyszłości? wyobrażając to sobie mamy jakieś minimalne wrażenie, że panujemy nad naszym życiem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podejmujesz decyzje, żeby iść do przodu. To, że życie może zmienić twoje wyobrażenie o przyszłości nie znaczy, że one nie są ważne. Składają się na większą całość, w której nie sposób tkwić w miejscu.
      A ja wolę sobie nie wyobrażać, nie wmawiać. Tylko właśnie po prostu iść do przodu. Nie jestem panem drogi, a wędrowcem. mi tyle starcza:)

      Usuń
  19. Ja patrzę na to trochę jak Ty - nie przejmuję się tym co było, bo to nic nie zmieni. Nie martwię się też na zapas przyszłością - chociaż planuję budowę domu. ^^ Jednak najważniejsze jest dla mnie tu i teraz. Cieszyć się każdym dniem i każdą chwilą. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My o tym myślimy, jakoś planujemy ale przyjmujemy, że mogą się zdarzyć inne wersje i wiemy, że nie będziemy rozpaczać jak się nie uda:) Zdrowiej się żyje, jak człowiek nie przesadza z zamartwianiem i planowaniem na siłę, co?:D

      Usuń
  20. Śmierć przechylił czaszkę na bok, jakby wsłuchiwał się w wewnętrzny głos. Opadł mu kaptur i martwy król zauważył, że Śmierć przypomina gładki szkielet pod każdym względem prócz jednego: oczodoły płonęły mu błękitem nieba. Verence nie czuł strachu - trudno czuć strach, jeśli elementy do niego niezbędne stygną właśnie o kilka stóp obok, a w dodatku nigdy w życiu niczego się nie bał i nie miał ochoty zaczynać w tej chwili. Po części z powodu braku wyobraźni, ale też dlatego że był jednym z tych rzadkich osobników całkowicie zogniskowanych w czasie.
    Większość ludzi jest inna. Przeżywają swoje krótkie życie w rodzaju temporalnego rozmycia wokół punktu, gdzie znajduje się ich ciało: przewidują przyszłość albo nie umieją porzucić przeszłości. Zwykle są tak zajęci myśleniem, co zdarzy się za chwilę, że to, co zdarza się teraz, poznają jedynie drogą wspomnień. Taka jest większość. Uczą się strachu, ponieważ potrafią naprawdę przewidzieć - daleko poniżej poziomu świadomości - co się wydarzy. Dla nich to już się wydarza.
    Verence zawsze żył tylko w teraźniejszości. To znaczy aż do teraz.


    :) Trzy wiedźmy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och tak, no jak zawsze, pan Pratchett niezawodny:D Mam nawet tą część na półce, a całkiem zapomniałam o tym tekście ^^

      Usuń
  21. choroba często krzyżuje nam plany, ale to nie ona jest problemem, tylko to, że nie potrafimy tych planów zmienić.
    wspólny czas i duża dawka optymizmu pozwala łatwiej przebrnąć przez trudne dni.
    pisałaś w poniedziałek, że wracasz do zdrowia, dziś już czwartek... ale jeśli już się wykurowałaś, to życzyć zdrowia chyba nie zaszkodzi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, jak zawsze to po prostu kwestia naszego nastawienia:)
      Otóż to, czasem nic więcej nie trzeba:)
      Dokładnie, już wróciłam do pracy ale nadal mi się coś kluje,więc nie zaszkodzi ani trochę :D

      Usuń
  22. Sama miałam kilkakrotnie tak, że chorowałam, gdy tylko miałam wolne, zaczęło mnie to wkurzać, ale na szczęście przeszło ;) Co do rozmów - to czy nie robiłoby nam się lepiej, gdybyśmy więcej mówili o rzeczach miłych, dobrych? Narzekanie też jest potrzebne, ale potem można starać się zauważać przyjemne rzeczy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja często, gdy coś planuję po prostu się rozchoruję i cóż, jakoś przywykłam :D I pewnie, że by nam robiło, mam wrażenie, że skupianie się na dobrych rzeczach bardziej by je przyciągało:)

      Usuń
    2. Węzeł z kołdry powiadasz? :D Przypomniało mi się, jak mój gadający brat (brat nr 1) spał w jednym łóżku z bratem nr 2. W pewnej chwili brat 1 budzi się i mówi do brata 2, poklepując kołdrę: patrz, to jest z klocków! :D

      Usuń
    3. Oja, też zajebisty motyw:D jako dziecko kochał lego?:D

      Usuń
  23. Piękne słowa.
    Namiętne trzymanie się przyszłości, rozpamiętywanie... To krótka droga do stanów depresyjnych. Oglądałam to od dzieciństwa. Sama przejęłam podobne schematy. Gdy porzucisz na chwilę przeszłość, zaczynasz martwić się o przyszłość. Paraliżuje Cię lęk. Sama w tym tkwię. Ale są też... po prostu dobre chwile. I to one dają mi najwięcej sensu, jeśli już uprę się go szukać. Pozdrawiam Cię ciepło. Zdrowiej, kochaj, żyj. :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. To swojego rodzaju droga smutku, to jak nawoływanie umarłych i ich echa, bo tamte chwile są martwe. Skażone już niebytem. I właśnie, dobrze, że te dobre chwile, tu i teraz jednak są. I może będą cię witać coraz częściej?:)

      Usuń
  24. ja się każdego dnia uczę żyć tym co mam teraz, nie wracać do tego co było... ale kurde ciężko mi z tym. sentymentalna jestem czasami aż do przesady.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy z nas nieraz lubi wrócić ale...właśnie tym nieraz robimy sobie samym po prostu krzywdę.

      Usuń