niedziela, 30 listopada 2014

"Moment, w którym doświadczasz bolesnej straty, może być w istocie chwilą, w której zostałeś najhojniej obdarowany"

-Cieszę się, że tutaj wracam. To jak powrót do domu, chociaż, w tym domu nie ma całej rodziny, chociaż i jego już nie ma to jednak...- powiedziała z drżącymi wargami Kat, zanim wsadziłam ją do pociągu którym zmierzała do Warszawy, do miejsca, w którym mieszka, a które nie jest jej domem.
-No nie rycz znowu kurde, Kat! Niedługo się widzimy, już, ogarniaj!- powiedziałam śmiejąc się, żeby zapobiec kolejnemu wybuchowi jej łez. Głupio, żeby miała ryczeć całą drogę, bo pewnie nie miała już żadnych chusteczek higienicznych. Choć, znając jej szczęście do facetów, na pewno jakiś miły pan uraczył jej swojego ramienia na smarki. Ale...tym razem ramię pewnie by starczyło.

Weekend pełen wzruszeń, tych dobrych i tych złych. Weekend pełen łez, śmiechu i radości z sake z podejrzanego źródła, wina pitego na kamienicznej klatce. Weekend pełen biegania po spektaklach ( dwóch, no dobra), słuchania baśni w klimatycznej sali zamku, gdzie wręcz wylewało się czerwone wino z kryształowych kieliszków, weekend wypełniony medytacją w centrum jogi, filmem który musiałam jej pokazać i muzyką która ona musiała mi dać do przesłuchania. Weekend, a właściwie trochę ponad doba intensywnych doznań. Doba tak jednak ważna i cenna!

W ten weekend przyjechała do mnie po prostu Kat, niektórym może znana jako Aktoreczka. Ta, która też niedawno straciła swojego przyjaciela, a ponad dwa lata temu, gdy we mnie zapadła pustka po innym przyjacielu, ona straciła swojego ukochanego, jedynego mężczyznę, z którym, jak sądziła wtedy, mogła ułożyć sobie życie.

Szkoda tylko że mój mąż był w pracy, bo nie mieli za dużo czasu żeby się spotkać i porozmawiać też ze sobą ale...we dwie mogłyśmy porozmawiać też jak kobieta z kobietą. Jak czujące wzajemnie czule siebie siostry. Przypominało to nawet trochę nasze dawne rozmowy w wannie gdy kąpałyśmy się po pijaku, myjąc sobie wzajemnie plecy. Szkoda, że teraz mam prysznic. Ale...dobrze, że ten weekend, ta trochę ponad doba nastała.
Bo tego obie potrzebowałyśmy. Ja- znowu. Ona- dopiero teraz.

Obie potrzebowałyśmy wytulić się wzajemnie po śmierci Kordiana, tak porządnie, a nie na szybko, przelotem. Martwiłam się o nią w tej Warszawie, gdzie obecnie mieszka i okazuje się, słusznie.

-Wiesz, Frida, ja nie rozumiałam w ogóle co się dzieje po tym jak do mnie zadzwoniłaś...a teraz czułam się tam tak cholernie samotna...bo nie mam tam nikogo i nie zrozum mnie źle, przedtem też nie miałam tam nikogo, ale wiedziałam, że tyle kilometrów, ale jest Królik. On był taki kochany i...wiedziałam że nawet jak coś się będzie działo to nie jestem sama, bo on wskoczy w auto i przyjedzie i....-nie dokończyła, zaniosła się cała szlochem, jak to ona, podczas naszej nocnej rozmowy. Jak wiele razy tej nocy zresztą.
Wszyscy poczuliśmy się samotni, bo ten, kto dawał nieraz najwięcej ciepła odszedł ale...ale żyjemy dalej. Czyż nie? Żyjemy dalej.
A Kat wraca do Poznania. Przeprowadza się na nowo, do domu....a może by stworzyć dom? Trzymam za to cholernie mocno kciuki!

-Może trochę nie w porę ale...poznałam kogoś. I to nie jest wiesz, tak facet tylko na parę nocy tylko...cholera, Frida, ja się chyba zakochałam, tak na amen, tak naprawdę tym razem. Wiem że to wariactwo, ale wracam do Poznania nie tylko dlatego że tam teraz nie wytrzymam, ale też ze względu na niego. Wiesz, on mnie tak niesamowicie rozumie!- tym razem śmiała się, cała promieniała.

Czyżby Kat wreszcie odnalazła swoją miłość?
Może nie w porę powiedziała...ale czy na miłość jest odpowiednia pora? Zresztą, to wszystko dało mi do myślenia. Znów.
Nawet w najgorszych czasach można kochać. Nawet w największej żałobie człowiek znajduje w sobie tą iskrę i żyje pomimo, pomimo bólu kocha właśnie, jak ja kocham swojego męża.
Kat powiedziała "może nie w porę się zakochałam" ale...jak dla mnie to, znowuż, stało się trochę symboliczne.

Aktoreczka strasznie cierpiała po śmierci Vincenta, który dla mnie był przyjacielem, a dla niej stał się mężczyzną jej życia, jak to o nim mówiła- i mówi nadal. To była szalona miłość, bolesna, od samego początku przyćmiona wizją śmierci. Miłość, która mogła sobie błagać wręcz o parę lat rutyny życia, czytania sobie nawzajem książek czy tego, by można było zacząć liczyć sobie wzajemnie zmarszczki. Mogła błagać, bo Vincent przecież miał wyrok śmierci na karku i nic nie mogło tego zmienić.

Umarł. Ale wraz z nim nie umarła wcale miłość. Nie wsiąknęła z odejściem jak krew w piach. Na początku była to obsesyjna miłość, połączoną z inną obsesją pustki, wielka strata, która prawie zabiła Kat. Która sprawiła, że chciała iść za swoim ukochanym. Chciała iść ale...przecież żyjemy dalej, prawda?

I dzisiaj, gdy mówiła mi o mężczyźnie, dla którego oszalała wręcz, kolejny raz w życiu kogoś pokochała, gdy promieniała na nowo miłością....zobaczyłam, że można żyć dalej. Po każdej, nawet największej stracie, można iść dalej. Ułożyć sobie życie. I ze wszystkich to właśnie ona, ta często najbardziej załamująca się i chcąca odchodzić mi to pokazała. Bo przecież...w tym wszystkim w tym bólu, nadal, cały czas kochała życie. I żyje dalej, kocha dalej tylko...inaczej.

Bo to, że zakochała się na nowo nie znaczy przecież, że zapomniała o Vincencie. W nocy, podpita troszkę zresztą mówiła mi
-Ja go nadal też kocham Frida, ale on nie żyje. Cały ten czas znajdowałam sobie facetów na chwilę, bo bałam się zakochać, nie dlatego, że ktoś mnie zrani, że odejdzie, ba, że umrze! Ale dlatego, że miałam wrażenie że to jak zdrada ale...on by tego nie chciał, żebym tak myślała, prawda Frida? Nie chciałby.
-Pewnie, że nie.
Przytuliłam ją gdy znowu się rozpłakała...ale to nie był już rozpaczliwy szloch. A pewnego rodzaju ulga.

Ci, którzy nas kochali, a którzy odeszli, nigdy nie chcieliby dla nas źle. Musimy o tym pamiętać, przypominać sobie...i pamiętać o tym, że się żyje. Znów, po prostu się żyje. Cokolwiek nas nie napotka, jak wielkiej nie zaznajemy tęsknoty.
Bo ona jest. Można udawać, że jej nie ma, że sobie radzimy ze wszystkim, bo uśmiechamy się przecież...ale tęsknota, ból są. Ból być może ukoi czas. Musimy mu nieraz na to właśnie pozwolić.
I ja i Kat na nowo, kolejny raz. Każdy inny też musi utulić, ukoić swoją stratę. Bo można. A teraz Kat właśnie, ta krucha, histeryczna nieraz istotka mi to najpiękniej pokazała, mówiąc o tym, jaki to On ma cudowny uśmiech, jak to dobrze gotuje i jak śmiesznie gada ze swoimi kotami.
Ten błysk w oku, ta iskra życia...chciałabym, żeby błyszczała, nawet pomiędzy łzami, ale jednak, w oku każdego z nas. Mam nadzieję, że błyszczy w moim. Choć czasem. Choć troszkę zauważalnie.

Wiem na pewno, że zabłyśnie dziś, gdy rozgrzana już wieczorną herbatą, po pożegnaniu Kat która niedługo wróci na stałe, powitam ja z kolei tego, którego kocham. A potem spędzę z nim dwa spokojne dni. W codzienności.
Bo my z kolei dostaliśmy póki co szansę na to, by czytać sobie w grudniowe już wieczory ( jak ten czas płynie, pędzi, szalony!) nawzajem książki, robić sobie niezliczone herbaty i kochać się głośno na skrzypiącym łóżku. Ja zaczynam liczyć jego pierwsze zmarszczki od śmiechu, a on moje. I to też muszę doceniać. Żyć dalej, nieraz płakać, nieraz śmiać się. O to może w życiu nieraz chodzi.

Ostatnio natknęłam się zresztą na piękny cytaty Dalajlamy, czytając jedną z jego książek:
"Moment, w którym doświadczasz bolesnej straty, może być w istocie chwilą, w której zostałeś najhojniej obdarowany".

Wiem, że ten, którego straciłam niedawno, przyklasnąłby temu z najszczerszym uśmiechem. Zresztą, sam to doskonale wiedział. Może wszystko ma być po prostu lekcją. Przecież stale musimy się uczyć.
A każda lekcja nas tylko ubogaca...jeśli otworzymy szeroko oczy oczywiście i pozwolimy się nauczyć. Więc, gdy widzę, że można naprawdę żyć na nowo, można żyć pomimo, oczy mogą błyszczeć gdy straci się najwięcej, moje oczy być może momentami błyszczą tak samo choć unikam teraz luster i nie mam pewności....
Gdy widzę, że nie można niczego żałować, bo boli. Nie można żałować, tylko trzeba się cieszyć, że coś nas spotkało. To też nauka. Docenianie wspomnień.


Otwieram oczy na lekcję, nawet, jeśli jest bolesna. Pozwalam się uczyć tęsknocie i pustce jednocześnie pozwalając się przepełniać tym dobrym uczuciom. Miłości do tego jedynego, miłości do innych ludzi, miłości do życia i pasji, które na nowo odkrywam. Myślę, że to już naprawdę sporo. Myślę, że to dobry początek...bo przecież każda sekunda, w której oddycham...to początek.

  

93 komentarze:

  1. No tak... żyjemy po sracie... żałoba to ciężki okres... kompletnie nie ogarniam cytatu tytułowego... strata jest stratą... bólem, cierpieniem, buntem...
    Zauważyłam bardzo różną muzykę tu wstawiasz...
    Żywiołak - Femina ciągle chodzi mi po głowie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest stratą, jasne ale..właśnie chodzi o to, żeby wyciągnąć i ze straty jakąś lekcję, naukę. Że można żyć dalej choćby, mimo wszystko. Naukę własnej duszy i serca.
      I wstawiam różną, bo różnej słucham ale akurat pani Piaf była użyta w jednym ze spektakli, na którym byłam z Kat:)

      Usuń
  2. Frido moja kochana, nawet nie wiesz, jak wielką siłę wlałaś w moje serce w tym momencie owym postem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ci, którzy odeszli, zostają w naszym sercu na zawsze. NIe jesteśmy przecież w stanie kogokolwiek wymazać z naszej pamięci. Tak się nie da. Czas, jak to znane powiedzenie mówi, nie goi ran. Chyba uczymy się żyć ze stratą... Tak czy siak, to wszystko jest do dupy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, zostają na zawsze ale nieraz..ta obecność, połączona z cholerną pustką bywa po prostu niesamowicie trudna. To nowa rzecz do nauczenia jak gdyby dla wielu z nas.
      I właśnie nie jest do dupy. Czas nie leczy ran, my sami możemy je zaleczyć często przy pomocy też czasu, o to chyba chodzi przede wszystkim.

      Usuń
    2. Może jak się nauczymy, to będzie lżej. Wiem, że może to dla Ciebie... nie wiem, śmieszne, że nie znałam Kordiana doskonale, ale jednak chyba dla wszystkich to niewyobrażalna pustka. No ale przecież damy radę. Prędzej czy później, kiedy się tego "nauczymy" może lżej będzie się żyło :)

      Usuń
    3. Nie, to nie jest dla mnie ani trochę śmieszne. Wiem, że można się do człowieka i przez ekran przywiązać, nie trzeba być z nim namacalnie, żeby być z nim blisko i rozumiem, że możesz cierpieć i tęsknić tak samo. Bo to, jak znamy człowieka nie ma często wpływu na to, jak wielką wyrwę zostawia nam pod sercem.

      Usuń
  4. "-Trochę przerażające te dźwięki, ale zabierają do zupełnie innego świata :).
    - Bo może o to chodzi, na początku inny świat nas przeraża?:)"
    Przypomniała mi się ta krótka wymiana zdań i wydaje mi się, że to drugie zdanie dobrze pasuje do momentu, w którym doświadczamy bolesnej straty, momentu, w którym ktoś umiera. Wtedy przenosimy się w inny świat, który na początku naprawdę nas przeraża, jest zupełnie nieznany, ale już nic nie możemy zrobić, zmienić, dlatego na początku jesteśmy tak zagubieni, jednak przyzwyczajamy się do tego. Na początku nas to przeraża, ale z czasem jest lepiej, mniej obco i wtedy właśnie możemy uświadomić sobie, że tylko początek w tym nowym, innym świecie może być trudny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, na początku, póki nie oswoimy się z tym, że jest inaczej, bywamy po prostu przerażeni. Błądzimy, uczymy się na nowo uczyć chodzić- jak i ja trochę obecnie. I czas po prostu pomaga, ale i sami musimy się nieraz za pewne rzeczy wziąć.

      Usuń
    2. A teraz zgadnij kto jest autorem tego drugiego zdania ;).
      No zawsze skubany miał rację, zawsze ;D.

      Usuń
    3. Cholera...teraz nie chcę popełnić faux pas :D Więc powiem nie wiem :D

      Usuń
  5. Wiesz, Frida, znam Cię króciutko i teraz nie bardzo wiem, co powiedzieć oprócz tego, że bardzo chciałabym Cię uściskać. Bo mimo że czerpię z Twoich postów, to nie da się traktować Ciebie jak surowego belfra, bo Ty uczysz się życia i my razem z Tobą... W jakiś sposób :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:) Tulenie lubię więc nie będę oponować :D
      A tak poważnie, to cieszę się, że mogę coś od siebie tym pisaniem jednak jakoś dać:) Jednak, dobrze że wróciłam, mimo wielu, naprawdę wielu wątpliwości:)

      Usuń
    2. Ja wcześniej nie przepadałam, ale teraz lubię bardzo :D
      Jeszcze nie raz ktoś Ci powie, że to w ogóle niedopuszczalne, iż śmiałaś mieć jakieś wątpliwości :D
      Na komputerze dojrzałam piosenkę do postu... Piaf, kochana Piaf :>

      Usuń
    3. Bo to też nieraz zależy, kto tuli, no nie?:D
      Nadal śmiem je mieć, ale wątpliwości dobrze mieć przecież, bo motywują i w ogóle :D
      Cudowna Piaf!:D

      Usuń
    4. Ano, trzeba przyznać, że zależy ^^
      Miej wątpliwości, mówili, będzie fajnie, mówili :D
      Byłyście z Kat na "Piaf" w teatrze czy tylko jedną piosenkę wsadzili w sztukę? Bo wspominałaś o spektaklach... A ja jestem teatromaniaczką :D i Piafomaniaczką też!

      Usuń
    5. Jedną piosenkę wsadzili, to był spektakl dośc..specyficzny oparty na "Śmierci Dantona". Ale grali tam prawdziwi Francuzi z kolei:) No to możemy sobie przybić pjonę:D

      Usuń
  6. To, co napisałaś jest tak piękne, że nie znajduję odpowiednich słów, by rzucić jakiś konkretny komentarz. I cieszę się, że tu przypadkiem trafiłam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc się cieszę, że się cieszysz:) Chyba tyle mogę powiedzieć:)

      Usuń
  7. nidy nie lubiłam listopada, a tego wyjątkowo nie znoszę. odebrał nam wszystko co dla nas ważne, ale z naszych serc nam tego nie odbierze bo przecież nie ma takiego prawa do jasnej cholery! Firdo, tak bardzo chciałabym cię uściskać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. On właśnie nie odebrał nam wszystkiego. Odebrał nam człowieka, w moim życiu kolejnego, odebrał więcej żyć...ale my nadal właśnie żyjemy moja kochana...i to się liczy najbardziej. Nie zabrał tego, co mamy w sobie najcenniejsze, naszego życia. I niech to rozpala nasze serca w grudniu. Przetrwałyśmy. I ty i ja . I przetrwamy dalej i wiele się nauczymy, nawet, jak będzie boleć.
      Ja ciebie też :*

      Usuń
    2. żyjemy, ale i nasze życia kiedyś się skończą. już po północy, listopad już sobie poszedł.

      Usuń
    3. Więc oddychajmy spokojniej może, co? I skończą się, jasne ale...mimo to, nadal trwają. I to się liczy przecież.

      Usuń
    4. już wieczorem pisząc z Tobą próbowałam łapać spokojne oddechy. i trwają, dlatego trzeba korzystać póki co.

      Usuń
  8. Największy hołd jaki można oddać drugiej osobie to żyć tak, jak ona zawsze chciała żebyś żyła. Szczęściem i miłością. Wtedy jest się najbliżej tej drugiej, brakującej już osoby.
    Od kiedy założyłam bloga dostałam komentarz od tego chłopca. Potem gdy To się stało czasami zaglądam i patrzę na wpisy o nim ale nie mogę nic napisać. Pierwszy raz uderzyła mnie śmierć kogoś, kogo nie znałam. A może bardziej to, jak ukazują go osoby które też, pośrednio, z bloga nie znały go, a jednak potrafią powiedzieć tak wiele. To dało mi do myślenia. Co powiedzieliby o mnie ludzie po takiej sytuacji? Czy zostałabym w ich pamięci? Czy pierwszym wspomnieniem o mnie byłoby coś dobrego czy wprost odwrotnie? Pamiętam te ciągnące się przemyślenia w pracy. Dziś znów do mnie wróciły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, bo jeśli ktoś nas kochał, to nie chce przecież, żebyśmy całe życie się potem umartwiali....chociaż, są też toksyczne miłości, które nie chciałyby żeby ktoś ułożył sobie życie ale....czy to wtedy miłość?
      I też się nieraz zastanawiam, co by powiedziano. Czy by w ogóle zauważono moją nieobecność w wielu miejscach? Czy naprawdę by mnie brakowało? Pytania bez odpowiedzi i może...może to lepiej?

      Usuń
  9. Wiesz co, Frida? Pieprzona z Ciebie optymistka. Rany, ludzie, co Wy, ciągle jaracie siszę? xD Czy jak?
    No chyba że to ja jestem po prostu ten pesymista.

    Mądrze, ale jednak... rany, wiesz, ja tak nie potrafię. Nie umiem ciągle się śmiać, a gdy po śmierci kogokolwiek, kto znaczył dla mnie coś w moim krótkim życiu... gdy się uśmiecham albo żartuję, to czuję, że to nieodpowiednie, wiesz? Nie wiem dlaczego.
    Tak samo jak dziś. Napisałem Ci w mailu, że odbija mi, bo cały dzień chodzę i śpiewam, zupełnie jakbym właśnie to robił z kimś, chociaż jestem sam w mieszkaniu... (norma w moim przypadku, tia). A teraz, gdy usiadłem i się uspokoiłem to czuję się winny. Bo nie powinienem. Sam nie wiem dlaczego tak mam.
    Nie napisałem Ci nigdy, ale lata temu straciłem bardzo dobrego kolegę, z którym zawsze było zabawnie. Trochę rozumieliśmy się jak łyse konie. Tylko że on popełnił samobójstwo. I długo uważałem, że śmiech, żarty, taniec i śpiew to nie dla mnie. Nie mogę. Nie powinienem.
    A gdy w końcu mogłem zacząć śpiewać, to trochę jakby... hm. Jakby nastała ulga?

    Zauważyłaś, że nawet pod Twoimi postami piszę za dużo o sobie? Rany, jak niedopieszczony kotek. Przepraszam.

    Chodzi mi po głowie ciągle Muse - our time is running out, nie wiem dlaczego ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, ja jestem optymistką. Nieraz wkurwiam tym męża nawet ale nie, sziszy nie jaram, starczy już to co w życiu wyjarałam, wiesz, może mi zostało po prostu :D
      I nie wiem czy mądrze, ja się tak staram i nie mówię, że ktoś ma robić tak, jak ja...wiesz. też każdy ma swój sposób choćby na żałobę nawet. Ja nie umiem stać w miejscu, szukam więc rozwiązań, staram się siebie nawet samą przekonać i cholera..jakoś to idzie. Bo nie lubię rzeczy bez sensu, a bez sensu chyba jest się pogrążać w żalu, co?
      I rozumiem o co ci chodzi, to jak Kaśce wydawało się, że to nieodpowiednie, że się teraz akurat zakochała i jest szczęśliwa. Ale...to tak nie powinno być. Bo pewne rzeczy są obok, inne są w nas, ale nadal...składamy się z więcej rzeczy, niż tylko bólu. I to nie tak, że nam nie wypada, zresztą....już o tym pisałam nawet:)
      Więc nie czuj się winny a śpiewaj, ja się ucieszyłam jak mi to napisałeś, że tak śpiewałeś. Więc...może to nie tylko dla ciebie, dobry nastrój, co?:) On wpływa i na innych. I może dlatego warto o to walczyć:)
      I nie mów nie powinienem. Nie mogę- ok. Ale nie powiniemem nie ma tu racji bytu. I pomyśl, czy on by chciał, żebyś tak czuł. To nieraz najważniejsze.
      I o ulgę nieraz chodzi.
      Lubię kotki :D I napisałam ci coś w mailu, stawiamy na ekshibicjonizm :D
      A ja nawet ego kawałka nie znam....wstyd....

      Usuń
    2. HAHAHAHAHAHAHHA, nie zna Muse, hahahahahah. Zwijamy się chłopcy, nie zna Muse!
      ...
      A tak serio, to ten. To nie wiem co odpisać troszkę.
      Tylko nigdy, nawet jak kiedykolwiek się spotkamy (o ile), to nigdy nie słuchaj jak śpiewam. Ogłuchniesz xD Zerwane struny takie złe. Życie.

      Wiesz, może nie powinno. Tylko z drugiej strony masz tę świadomość, że ktoś bliski - mniej lub bardziej - właśnie w pewien sposób odszedł z tego świata, tak? Nigdy już nie będziesz mogła się do niego przytulić. Uśmiechnąć się i zobaczyć jego odzew. Słyszeć śmiechu albo jakiegoś nie wiem, głupiego żarciku, no cokolwiek. I wtedy zestawiasz to z sobą, gdy się uśmiechasz. To tak jak źle się patrzy, gdy po zmarłym mężu/żonie partner od razu znajduje sobie nową miłość. Tekścik "nawet nie zdążył ostygnąć w grobie" itd, no wiesz o co chodzi.
      Myślę, że takie obiekcje i poczucie winy bierze się z tego. Z chęci uczczenia pamięci, a nie zapomnienia o tym. A gdy nie smucisz się i tak dalej to automatycznie, wydaje się, nie pamiętasz.
      Tak, zaraz mi napiszesz o tym liście Kordiana.
      Jak to szło? Jeżeli chcecie uczcić moją pamięć, żyjcie, kochajcie, wypijcie słodkie wino, krzyczcie moje imię dla gwiazd i śpiewajcie dla nich.
      Ale czasem, szczerze, mam wrażenie, że na coś takiego mam zbyt ograniczony umysł. Nie wiem dlaczego. Może po prostu za długo lat żyłem w klatce i coś takiego jest zwyczajnie trudne?

      Usuń
    3. Chwila, znam Muse, nie znam tego kawałka :P Po prostu znam najbardziej znane kawałki pewnie, bo wielce się w nich nigdy nie zasłuchiwałam :P
      Wiesz, ja jestem przygłucha na to jedno ucho, to przeżyję :D Zresztą...sama potwornie nadzieram kastę :D
      Odszedł ze świata. Więc nie cierpi. Więc jest inaczej, nadal w naszych sercach i cóż...ja wierzę, że nadal żyje. Tylko nie w tym zrozumiałym dla nas wymiarze.
      I wiem, pewnych rzeczy nie będzie. Dlatego nie jest mi lekko, dlatego uczę się żyć na nowo, a nie po prostu żyję. Dlatego łapię się na momentach zawahania, momentach przy których prawie kapią łzy. Ale żyję. Więc nie będę tego życia marnować, bo też ci, do których już nie wlecę na herbatę, by tego nie chcieli.
      Mniej więcej właśnie tak. Więc ja go mam zamiar w taki sposób czcić. I nie mówię, że to łatwe dla kogokolwiek ale...można próbować, prawda?

      Usuń
    4. To co, kiedy pijemy słodkie wino i śpiewamy piosenki?

      Usuń
    5. Już to robiłam raz i drugi..ale możemy i zrobić to razem:) Kiedy będzie pasować, po prostu :D

      Usuń
  10. Na smutki i radości, najlepsze jest japońskie, tanie wino. :)
    Przetestowałam w miniony weekend - różowe, choć śliwkowe, ale fajnie ryje banie. :)
    Tylko coś od tego rycia nazajutrz trochę potylica boli... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja ogólnie w życiu za dużo mam już chyba tanich win, serio :D Ale sake starczy :D
      I no tak...kac po winie...w sumie, to łączę się w bólu :D

      Usuń
    2. O kacu nawet nic mi nie mów, bo ja się dzisiaj czuje jak wrak człowieka... ;D

      Usuń
    3. Zdarzyło mi się spić tanim winem. Powiedziałem "nigdy, kurwa, więcej". NIGDY.
      ...
      Żeby potem jakiś pół roku temu w ramach odnowienia znajomości z koleżanką z podstawówki wychlać flaszkę limonkowo-miętowej wódki, flaszkę nalewki, butelkę wina i zdaje się, że było coś jeszcze. W tym butelkę wina opierdoliłem sam.
      Nie róbcie tego samego.
      Nigdy w życiu nie czułem się gorzej.

      Usuń
    4. W porywach szczęścia, szaleństwa, tudzież rozpaczy, nikt nie patrzy co pije, ważne by było wysokoprocentowe. ;)

      Usuń
    5. Dokładnie. Ważne, żeby trzepało, jak to mówią a....potem nieraz wychodzi jak u Mortha :D

      Usuń
    6. Tylko że musiałem wtedy wrócić do domu, wiecie. Dziewiąta rano, a ja muszę przebyć kilkaset metrów do domu. Światło razi, bo to lato było. Słońce napierdala po patrzałkach, no nie da się. W głowie łupie jakby mi tam jakiś marsz z trąbkami odgrywano. Ciąga mnie na wymioty.
      I idę taki w lato z naciągniętym kapturem od bluzy niemal na oczy, ledwo co się poruszam. Nigdy więcej nie pomieszałem w ten sposób. Na szczęście rzadko piję, a to połączenie sprawiło, że długo nie tknąłem czegokolwiek xD Nigdy więcej.

      Usuń
    7. Ja to w ogóle nie lubię powrotów do domu nad ranem, a z imprezy to już szczerze nienawidzę. I tutaj już nie chodzi nawet o tego kaca, a o wszechogarniające zmęczenie. Człek pije całą noc, tańczy całą noc, całą noc trzyma choćby byle jaki poziom, aby z ludźmi się porozumieć choćby na migi :P, aż tu ziemię zaczyna oświetlać słońca wschód i jeszcze trzeba tłuc się do domu... :/ I to nawet nie kwestia tego, że się starzeję - ja od zawsze tego nie lubiłam, a to, że mimo wszystko robiłam, to chyba jakaś forma masochizmu. ;)

      Usuń
    8. A ja jeszcze niedawno lubiłam. Albo nie wracać do domu z imprez nawet ale...bo się właśnie chyba starzeję z kolei i wolę właśnie swoje wyro i nie zasnę nieumyta i tak dalej :D
      Masochizm..cóż, każdy jakiś przejawia :D

      A wyobraźcie sobie moi drodzy, że mój mąż załatwił się kiedyś tak że....miał dwudniowy taki stan, jak Morth :D Na szczęście, byliśmy w domu. Ale wypić 6 butelek taniego wina w noc...nie, przegięcie :D

      Usuń
    9. Dobrze, że przeżył i na tym się skupmy. ;)

      Usuń
  11. A ja widzę ten blask w Twoich oczach, nawet nie znając Cię i nie widząc naprawdę :) Widzę w tym, co piszesz.
    I ach, wzruszyłam się, serio :) Cudownie czyta się o tym, że miłość zwycięża smutek, że po śmierci przychodzi życie. Brać w tym udział, przeżywać całym sercem zarówno cierpienie, jak i radość, na tym polega życie właśnie!
    Dobrze mieć taką przyjaciółkę do śmiechu i do płaczu. Niesamowite są te poplątane losy Was wszystkich :) No jestem pewna, że Kordian w jakiś sposób patrzy na Was i ciągle bierze w tym wszystkim udział :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję w takim razie za takie słowa i pewną wiarę we mnie, chyba tak można powiedzieć:)
      Bo taka miłość zawsze uskrzydla, nie tylko tego kto ją przeżywa, ale i postronnych. Dobrze patrzeć, jak ludzie tak pięknie kochają, zwłaszcza, gdy w pewien sposób coś rodzi się na zgliszczach. To daje cholernie dużo nadziei.
      No trochę się poplątało, to fakt ale...tak jest dobrze:) I to na pewno. Poza tym...stale mamy go w sercu, prawda?:)

      Usuń
    2. Dobrze jest patrzeć, jak ludzie kochają i dobrze jest kochać. Na zgliszczach powstają nieraz najpiękniejsze rzeczy :)
      No pewnie :)

      Usuń
    3. Dokładnie. To jak z pięknymi drzewami rosnącymi po pożarach, na popiołach..bo to przecież taka żyzna ziemia i widać słońce...nowe nasiona mają szansę. Tak mi się to kojarzy właśnie:)

      Usuń
    4. Piękny obraz. Wychodzi na to, że i pożary są czasem potrzebne... Albo przynajmniej nie idą całkiem na marne.
      Ale popłynęłyśmy z tymi skojarzeniami ;)

      Usuń
    5. Ale to chyba nic złego, skojarzenia nieraz takie dobre są:)

      Usuń
  12. Chyba się starzeję...
    Za każdym razem, kiedy do Ciebie zaglądam to się wzruszam...
    Wzruszam, to mało powiedziane. Ryczę.
    Wiesz co jest niesamowite w tym wszystkim? To, że jesteście wszyscy razem, wspieracie się, płaczecie i śmiejecie. Mimo dzielącej Was odległości, jesteście jakby na wyciągnięcie ręki!
    Z każdym Twoim słowem czuć niewyobrażalną więź między Wami.
    Pisząc Wami mam na myśli tych wszystkich o których wspominasz.
    Nie chcę napisać rodzina, ale taka wielka paczka, trwałych i mocnych więzi!
    Niesamowite to jest! A optymizm, którym nas zarażasz daje kopa i motywację do działania!
    Pisałam już to u Asi, ale u Ciebie powtórzę raz jeszcze.
    Wierzę, że ten magiczny miesiąc przyniesie nam wszystkim ulgę, powieje świeżością i nadzieją na lepsze jutro!
    Limit nieszczęść już się wyczerpał, już koniec!!!
    Teraz musi być już tylko lepiej, musi!!!
    Ściskam! :*:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E to chyba nie jest objaw starości, a wrażliwości:)
      Mam nadzieję, że to dobre łzy, mimo wszystko:) Bo to jest jak rodzina, przecież, przyjaciele to rodzina, którą sami sobie wybieramy. I ja wybrałam, oni wybrali..więc nie można tak po prostu się rozstać, nawet zrezygnować z kogoś....nawet, jeśli rodzinę rozdziela śmierć. To nadal, można jakoś...trwać w tym, jeśli wiesz co mam na myśli:)
      Cieszę się w takim razie:)
      Dokładnie, jż grudzień..i oby był łaskawy. Dał odetchnąć:)
      :*

      Usuń
    2. Wiem, wiem...:)
      Ja celowo nie chciałam napisać rodzina, bo w rodzinie to jest tak różnie, właśnie przez to, że nie wybieramy jej sami.
      Przyjaciele, często są nam po prostu bliżsi.
      Ściskam :*

      Usuń
    3. Masz rację, właśnie z rodziną to różnie bywa. Ale w tej idealnej właśnie wszyscy powinni się wspierać, kochać...cóż, może dlatego właśnie w życiu potrzebujemy przyjaciół?:)
      :*

      Usuń
  13. Kordian pisał kiedyś o Kat. Pisał, że bardzo dużo razem przeszli, że często ją wspierał i często też jakby żył za nią. Chciał bardzo by się usamodzielniła i wzięła wreszcie odpowiedzialność za swoje czyny, na wypadek gdyby nie mógł już jej pomóc...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I wiesz, ona jest na własnych nogach ale...nadal potrzebuje ludzi. Bo można radzić sobie samemu, ale jak człowiek jest samotny, nie ma nikogo obok...to już zupełnie inna rzecz chyba. Dlatego wraca między innymi. Ale radzi sobie już w życiu:)

      Usuń
    2. Cieszę się, że lepiej sobie radzi, Kordian na pewno byłby szczęśliwy z tego powodu :)
      Tak, z tą samotnością to rozumiem doskonale. Ja sama musiałam po tym, jak zawiodłam się na jedynej przyjaciółce nauczyć się spędzać czas samej ze sobą i uczyć się pojęcia samotności od nowa...

      Usuń
    3. To na pewno:)
      Zawieść się na kimś to nieraz jak stracić kogoś podwójnie a raczej...w inny sposób. Taki też, bardzo bolesny chyba....ale poradziłaś sobie z tym już jakoś?

      Usuń
    4. Radzę sobie każdego dnia, ale pomaga mi w tym wszystkim to, że mam z nią kontakt i ilekroć się zapomnę to ona mi swoim chamskim zachowaniem przypomina dlaczego postanowiłam zakończyć tą przyjaźń. Czas nas bardzo poróżnił.

      Usuń
    5. Rozumiem...po prostu to był pewnego rodzaju tksyczny związek?

      Usuń
  14. Rozumiem Kat, bo ja byłam w takiej samej sytuacji. Też straciłam ukochanego mężczyznę nagle niespodziewanie. i u boku innego zaczynam od nowa... Dobrze że macie siebie nawzajem, to pomaga Wam przetrwać tą utrate bliskich Wam osób.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, można powiedzieć, że przechodziłyście przez podobne piekło...bo nie wiem nawet, jak to nazwać. Każda strata jest przerażąjąca, ale ukochanego...nie wiem, nie chcę sobie tego wyobrażać, bo może nawet nie można, choć miałam wrażenie parę dni temu, że jest inaczej...
      I zawsze jest mieć dobrze kogoś obok, po prostu:)

      Usuń
    2. tak to było piekło...teraz z upływem czasu mogę o tym rozmawiać. Stojąc nad Jego grobem zastanawiam się czasami dlaczego tak się stało, może kiedyś się dowiem... ale to z pewnością nie tutaj.
      bratnia dusza jest potrzebna zawsze ;-)

      Usuń
    3. Dokładnie, to chyba po prostu nie jest wiedza jeszcze dla nas...ale kiedyś. Pewnie tak, pewnie dopiero potem zrozumiemy.
      Otóż to:)

      Usuń
  15. Najpierw byłam u Asika, myślę nie, nie rozryczę się. Teraz jestem u Ciebie i tak się po prostu nie da. Ale już, już się ogarniam. Wiesz, rozumiem pewne wyrzuty sumienia Kat. Bo krótko przed śmiercią Kordiana poznałam kogoś, z kim mam nadzieję, że coś więcej, ale właśnie, kiedy się dowiedziałam, to omal bym się nie wycofała. Nie zrobiłam tego i cieszę się, że Kat również ma ten błysk w oczach. Bo, cholera, trzeba żyć. Na początku jakoś, później coraz lepiej i sprawniej. Więc czekam na Twój błysk w oku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem nie da się nie płakać ale ostatecznie, nieraz łzy są dobre, bo pomagają się uporać z pewnymi emocjami. Sama nie lubię płakać, a ostatnio mam wrażenie wyryczałam się za wszelkie czasy...ale zawsze jest coś, co jeszcze doda. Ale to nie jest złe. Potem już płakać nie będziemy. I o to chodzi.
      Bo w obliczu tragedii zawsze chcemy zrezygnować z własnego szczęścia, jakbyśmy nie mieli do tego prawa, a to wcale nie tak. Bo właśnie, jak piszesz, trzeba żyć. My żyjemy, więc niech to będzie dobre, piękne życie:)
      I...czasem się pojawia. Troszkę, troszkę...ale jednak:)

      Usuń
  16. Kroczek po kroczku, czyż nie?
    Nieraz Ci, którzy sięgnęli granicy i już wydawało się, że ją bezpowrotnie przekroczą, okazują się najsilniejsi. Jeżeli tylko pojmą swoją lekcję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie:) To tak jak po złamaniu nogi, też nie zaczyna się na nowo chodzić od biegania, prawda?:)
      Właśnie. Ci, co przetrwali najwięcej...bo wiedzą nieraz, że mogą. Tak samo jak ci, co najwięcej wycierpieli, potrafią być najszczęśliwsi i to szczęście doceniają.

      Usuń
  17. Pamiętam, jak Kordian opowiadał o Kat. To jej śpiewał pod oknem "Wild World", prawda? ;) Właśnie wtedy pomyślałam sobie o nim "cholera jasna, człowiek anioł! najwspanialszy kumpel na świecie!" Chociaż pewnie by się smiał z tego co piszę :)
    Ja bym tak bardzo chciała ją też przytulić. I mam nadzieję, że pewnego dnia będę mogła. I życzę jej wszystkiego co najlepsze. Kto, jak kto, ale ona po tym wszystkim, co przeszła zasługuje na szczęście. A cóż... ile już Kordian znaków zostawił? Może ten właśnie jest kolejnym?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikt nigdy nie śpiewał mi żadnej piosenki, żeby poprawić mi humor. Kurwa, muszę wymienić znajomych xD.
      Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać.

      Usuń
    2. No tak, śpiewanie pod oknem wtedy...to było piękne. A mi skubana powiedziała na szybko tyko, że wyjeżdża. Ale w sumie, to oni byli bliżej, niż ja i Kaśka, zresztą, myśmy na początku były wobec siebie dość...nieufne, tak bym to określiła. Pewnie dlatego, że spałam z Vincem kiedyś :P
      I by się śmiał pewnie Asiku, ale...ładnie by się śmiał:)
      I będziesz mogła pewnie, bo przecież wraca a jak dobrze pójdzie to cóż, niejedno symboliczne piwo przed nami:)
      I to możliwe, znak, w sumie:)

      Usuń
  18. Moim zdaniem cytat Dalajlamy jest prawdziwy. Przynajmniej jeśli ktoś wyciąga wnioski z tego co się wydarzyło i próbuje podejmować się jakichś refleksji na ich temat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, to też kwestia tego, czy potrafimy się uczyć nieraz.

      Usuń
  19. Dobrze, że miłość nie umiera..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mawiają właśnie, że ona silniejsza niż śmierć przecież:)

      Usuń
  20. Jestem z Poznania i z Dalajlamą się nie zgodzę. Czasem tak się może zdarzyć... ale to tylko czasem. Częściej jest na odwrót.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba kwestia tego, czego już w życiu doświadczyliśmy, w sensie, czy łatwo nam uwierzyć w te słowa, czy nie:)

      Usuń
  21. Utrata człowieka nie oznacza utraty miłości, ona żyje ciągle, dopóki chcemy aby żyła. A potem trafiają się nowe uczucia... i dobrze, że Aktoreczka znalazła kogoś, kogo obdarzyła uczuciem, na pewno na to zasługuje. I tak, można żyć dalej po stracie. A to nie jest nic złego, bo to wcale nie znaczy, że zapominamy. Pamiętamy, tęsknimy, kochamy... i z tym bagażem uczuć i wspomnień ruszamy naprzód. To bardzo ważne dla tych, którzy odeszli na dobre. Ich dusze są spokojniejsze wiedząc, że my, mimo wszystko, żyjemy. Żyjemy tak, jak powinniśmy żyć, nie stojąc w miejscu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, to nie jest tak że umiera, bo miłość nie umiera wraz z ciałem. Można powiedzieć chyba, że jednak jest silniejsza niż śmierć...
      Właśnie, to nie znaczy, że zapominamy tylko...żyjemy dalej. A to coś zupełnie innego. Ale nie znoszę jak niektórzy zarzucają właśnie to zapomnienie jak ktoś sobie układa życie...a tacy się zdarzają.

      Usuń
  22. Ciężko mi będzie powiedzieć cokolwiek ponieważ nie zaznałam tego rodzaju miłości. Wiem, co chcesz przekazać, ale nie mogę się do tego ustosunkować. To byłoby szafowanie frazesami.

    OdpowiedzUsuń
  23. Kurcze...udało Ci się mnie "chwycić" za serce!

    OdpowiedzUsuń
  24. 3mam kciuki za Kat z całej siły!! Mam nadzieję, że przyszedł jej czas na szczęście... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też mam taką nadzieję i w sumie, to dziękuję z nią:)

      Usuń
  25. Zastanawiałam się jak skomentować ten wpis... Bo ja wciąż mocno kocham wuja, który odszedł, gdy byłam mała. Ale ciężko to porównywać, a w ogóle się chyba nie powinno, prawda? Ja nadal go kocham i wiem,że mogą lata minąć i nie przestanę, nie przestanie być bardzo ważny :)
    Nie doświadczyłam takiej straty jak Wy... Jednak wiem,że na miłość zawsze jest czas, zawsze ona może się okazać niezwykle potrzebna. A ten cytat... Ostatnio krążył mi po głowie. Przez ostatnie dwa lata doświadczyłam tak wiele przykrości, trudów... I dzięki temu wiem jakich ludzi mam wokół siebie, jaką mam siłę w sobie i jaką miłością jestem związana :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To w ogóle nie są chyba rzeczy do porównania, mam wrażenie. Nawet jak niby podobne to..każdy zawsze odczuwa inaczej. Przeżywa przecież inaczej.
      Ale to jest chyba właśnie ważne, że mimo śmierci...pamiętamy o kimś i nadal jest istotny w naszym życiu. Bo dzięki temu nie odchodzi.
      Dokładnie, więc to złe może wyjść na dobte. Bo uczy nieraz doceniania, pokazuje, że my sami jesteśmy wiele warci, skoro przetrwaliśmy to złe, prawda?:)

      Usuń
  26. Nie potrafię sobie wyobrazić utraty Ukochanej osoby, bo nigdy nikogo nie straciłam w tak bolesny sposób. Ale kiedy o tym myślę, od razu ogarnia mnie głęboki smutek i do oczu napływają łzy, wręcz chwytają za gardło - nieważne, czy to by był ktoś z rodziny bliższej lub dalszej, ukochany, przyjaciel czy choćby pies... Odejście Ukochanej osoby w wyniku śmierci jest okropne, bo wiemy, że już nigdy jej nie zobaczymy. Co innego, gdy ona odchodzi tylko od nas i dalej sobie gdzieś żyje - jesteśmy spokojniejsi, że gdzieś tam ona jest i być może pewnego dnia się spotkamy. Utrata NA ZAWSZE musi boleć okrutnie i poczułam to czytając ten tekst...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo hm..pewnych rzeczy chyba po prostu nie da się wyobrazić sobie. Póki się właśnie nie przeżyje...nie przetrwa tego. Bo i to, jak wszystko, trzeba przetrwać mimo wszystko i układać sobie na nowo życie. Bo ja wierzę i widzę, że można.
      I jest okrutna, ale jest też przecież częscią życia, prawda?

      Usuń
  27. To, co napisałaś, tak bardzo pokrywa się z tym, co ja sama w sobie niedawno odkryłam, co jest dla mnie tak wspaniałą - choć czasem bolesną do przyjęcia - lekcją... że właśnie - wszystko dzieje się po coś, nawet te smutne, tragiczne rzeczy. Bardzo smutno czytało mi się ten tekst, ale gdzieś pod koniec natchnął mnie nadzieją, wypełnił pewnym rodzajem ukojenia, a to jest chyba najważniejsze. No i - przypadek czy nie - właśnie pod koniec czytania tata zawołał mnie, by pokazać mi ogromną (największą, jaką widziałam w życiu) tęczę, która właśnie pojawiła się nad moim ogrodem po burzy. Niesamowite zrządzenie losu...

    OdpowiedzUsuń