piątek, 21 listopada 2014

Nauka nowego życia

Od śmierci Vincenta nie widziałem, żebyś namalowała jakikolwiek obraz. Po jego śmierci przestałaś pisać, nie napisałaś ani jednego wiersza, porzuciłaś bloga, nie stworzyłaś nam więcej żadnego tekstu do spektaklu.

Nie namalowałam, nie napisałam, masz rację, Indie. Nie mogłam, bo coś we mnie umarło. Dziwisz mi się?
Ponad dwa lata temu straciłam Vincenta. Niecały miesiąc temu straciłam Ciebie, Indie. Tak, zostałam sama. W tej naszej wyjątkowości, zostałam sama.

Tydzień temu, po tym, jak załatwiłam wszystkie Twoje sprawy, rozdałam listy, pogadałam z Twoją rodziną w ten sposób jaki sobie życzyłeś, po tym jak ukoiłam swojego męża, w końcu do mnie dotarło. Nic więcej nie będzie. Nie ma Vincenta, nie ma Ciebie. A byliśmy, kurwa mać, właśnie wyjątkowi.

W grudniu, w moje imieniny, minie 8 lat, jak się poznaliśmy. W mieszkaniu Vincenta, którego poznałam niewiele wcześniej niż Ciebie. Pijana, nastoletnia gówniara na imprezie rozwydrzonej malarskiej bohemy, na którą wtedy wpadłeś ze skrzypcami, Ty, wielki muzyk, który właśnie dostał się na muzyczną.
Co to za siksa, zapytałeś Pawła na stronie. Mojego przyjaciela, którego dziewczynę udawałam przed jego ultrakonserwatywnymi rodzicami, którym jeszcze nie przyznał się wtedy, że jest gejem. Nie mogło zacząć się inaczej, jak od wzajemnego obrażania, co?
A potem przypadkowe spotkania, gdy Paweł pomieszkiwał u Vincenta po tym, jak powiedział rodzicom. A gdzie był Paweł, tam i ja, póki nie poznał Tomka i nie wyjechali razem do Szkocji. Zadomowiłam się tam, u Vincenta. Tak samo jak Ty.
I z czasem zostaliśmy w trójkę.
Jak śmialiśmy się z tego, że urodziliśmy się w tym samym dniu, Vincent też w kwietniu, trzy barany, z których ja byłam największym, przez swoje nazwisko. Te wszystkie rozmowy, picie wina i wartościowanie malarstwa każdego z kumpli po kolei.
Śmialiśmy się z tego, ja tworzymy trójkąt tworzenia. Ja i Vincent malowaliśmy, Ty i Vincent graliście i mieliście się za wspaniałych muzyków, ja i Ty pisaliśmy. Niby tak samo nieraz, Vincent nie mógł rozróżnić naszych tekstów, tak jak Ty nie mogłeś nieraz rozróżnić płótna mojego i Vince'a. Potem przecież przez lata prześcigaliśmy się na blogu na wp.pl, kogo częściej reklamują. Zawsze wygrywałam. Dlatego, że mam macicę, żartowaliśmy.
Wszystkie rysy na naszej znajomości jeszcze bardziej nas połączyły. To, że mając 17 lat sypiałam z Vincentem od czasu do czasu, nie znając jeszcze swojego przyszłego męża, dla którego straciłam głowę i serce. Twoje oburzenie, jak tak można. Przyjacielski seks? Fuj! Jeszcze większy bulwers, gdy Vincent, będący jak i ja biseksualny, zaproponował ci trójkąt. Jedyny raz nie wiedziałeś, co powiedzieć i wyszedłeś trzaskając drzwiami, gdy my leżeliśmy w łóżku. Ale następnego dnia wróciłeś, akceptując to, co robimy. Te wszystkie problemy z Vincentem, odwiedzanie go w psychiatryku. Potępienie mojego ćpania jego leków dla zabawy, potępianie mojej autodestrukcji niedoszłej narkomanki i próba wlania mi oleju do głowy.
Przyznaję, w tamtym czasie często ty nas ogarniałeś. My byliśmy szaleni, ty byłeś rozsądkiem, póki nie okazało się że sam jesteś tak samo szalony, gdy pewnej nocy dostałeś ataku paniki przy nas. Wtedy wiedzieliśmy, że sami przegięliśmy, a i Tobą trzeba się przecież zając, gdy wyjesz jak kojot, płaczesz jak dziecko.

Dlatego tak do siebie pasowaliśmy. Rodzeniu w kwietniu, dzieci brutalnych alkoholików. Bo każdy z nas miał swoją przeszłość, swoje rany, swoje blizny. A potem pijani stwierdziliśmy, że każde z nas to coś więcej niż przeszłość i sramy na swoje syndromy DDA, molestowanie, bicie, ucieczki z domu jak w przypadku moim i Vincenta.
Byliśmy we trójkę szaleni, złamani, ale działało to na nas właśnie jak balsam.
We trójkę szukaliśmy duchowych ścieżek. Chociaż, ja ją dawno znałam przecież. Gdy Vincent powiedział, bo wiedział pierwszy, że jestem Czarownicą z Krwi, uczona przez swoją babcię jak dziecko, dopadła cię istna fascynacja. Myślałam na początku, że Twój entuzjazm to ironia. Okazało się inaczej. To ja poznałam Cię ze swoim mistrzem, Aljeksjejem, kazałam ci lizać ropuchy żebyś miał wizje na swoich Bagnach. Szukałeś dalej, ale wreszcie wróciłeś. Tak samo jak Vincent krótko przed swoją śmiercią. Razem rozpalaliśmy te pogańskie ognie u mnie nad jeziorem, w magicznym miejscu gdzie rosną 3 sosny, złączone na wieki korzeniami. Całkiem jak my, co nie?

I ja zostałam teraz sama. Wiem, że są inni ludzie. Mam wspaniałego męża, którego kocham ponad własne życie, który i dla Ciebie był jak brat. Mówiliśmy zresztą, że to przeznaczenie, że poznaliśmy go równolegle, a dla Ciebie stał się bratem, a ja, będąc Twoją siostrą, stałam się jego żoną wreszcie. Wiem, że mam jego, że mam nadal wielu ludzi dookoła siebie...ale to nie to samo, Indie. To nie to samo, Vincent. Nas nikt nie zastąpi.

Pamiętasz bajkę, jaką ułożyłeś dla mnie po śmierci Vincenta, Indianerze? Bajkę o gwiazdach, słońcu i księżycu? Wysłałeś mi ją po tym, jak umyłam tamtą podłogę w tamtym mieszkaniu. Zawsze tworzyłeś piękne bajki.

Dawno temu, nie w tak odległych jednak jakby się zdawało czasach, była sobie trójka ułomnych dzieci. Słońce, Księżyc i Niebo Pełne Gwiazd.
Dzieci były ślepymi kalekami, nie mogącymi odnaleźć się w społeczności reszty wszechświata.
Słońce poniewierany od dziecka złą miłością nosiły blizny, które zawsze miały być jego stygmatem. Mimo to chciał świecić razem z nimi w tym niepowtarzalnym blasku.
Księżyc jak to kobieta, była dzika i nieujarzmiona, stale raniła siebie i innych przez to, że jeden z jej twórców w dzieciństwie przeorał jej żyzne ziemie tak, że stały się jałowe i nie chciały wydawać żadnego plonu.
Niebo Pełne Gwiazd był najbardziej skrzywdzony za młodu, choć przy historii Słońca i Księżyca wydawało się to wręcz niemożliwe. Tkwił teraz w odległym wszechświecie, innej galaktyce, zimnej i nieprzyjaznej. Zabijało go zimno, to, że nikt nie ogrzał jego duszy, to że był sam. Aż doprowadziło to do prawdziwej choroby i zostawiło zbyt wiele blizn. Zachowywał się tak, jakby zawsze chciał zostać w tym zimnie.

Niebo Pełne Gwiazd był najstarszy wiekiem wszechświata, Księżyc najmłodsza i wydawało by się-najbardziej krucha i potrzebująca opieki. Nie umiała przecież świecić światłem własnym, nawet jeśli miało być zimne jak światło Gwiazd. Przemierzała sama świat, mając przelotne odbicia ciepła, miłości swojej i cudzej, mając wspaniałe matczyne łono i przyjaciół, nie zważając na podłego człowieka który wylądował na jej powierzchni i tak ją zniszczył. Tak jej się przynajmniej wydawało-nie zważając. Gdy kochała się z wieloma mężczyznami. Nie widziała bowiem swoich błędów, jak sama się niszczy. Rozkopywała swoją ciemną stronę, tworzyła niepotrzebne rany, pozwalała rosnąć na sobie chwastom, zamiast zasiewać wspaniałe bujne lasy. Była młoda i chuda. Aż pewnego dnia spotkała w podróży przez mroczne wszechświaty Niebo Pełne Gwiazd i Słońce.

Z początku byli wobec siebie nieufni. Ona nie wiedziała, że nie skrzywdzą jej zbędną męską namiętną miłością. Jednak z czasem, gdy swoimi ciepłymi promieniami malowali kolejne jej obrazy, zrozumiała, że jest inaczej. Zrozumiała, że może go pokochać, że są jej potrzebni, że są jej braćmi. A ona potrzebna jest im. I stała na Księżycu się światłość, światłość jakiej nigdy wcześniej nie znała w swoim krótkim życiu. Gdy tylko się raniła niepotrzebnymi bruzdami, miłościami namiętnymi i spalającymi, promienie Słońca i Niebo Pełne Gwiazd szybko leczyli jej rany, pozwalali rosnąć roślinności na pozornie jałowej powierzchni i budować życie

A i Słońce poczuł się potrzebny. Bo tak naprawdę sam był słaby. Czuł, że ma kogoś, kto zawsze będzie go kochał i potrzebował. Czuł, że ma właśnie ich. Poczuł, że nie potrzebuje już tylko swojej rodziny krwi, w której zawsze będą wspomnienia tego, którego kości nosi, tamtego wszechświata. I jego galaktyka nigdy nie będzie już zimna i pusta. Nigdy już nie zazna próżni, bo Księżyc i Niebo Pełne Gwiazd są dookoła jego osi. Może kochać inne gwiazdy też i planety i księżyce i nie ma w tym nic złego. I pomimo zaćmień, które zdarzały mu się raz rzadziej, raz częściej , może żyć w pełni i nadal malować swoimi cennymi promieniami obrazy pełne dźwięku. Nie tylko jej uśmiech, Jego uśmiech, ale wiele uśmiechów także.

I tak trwali, czasem niszcząc się, nieodpowiedzialnie, tonąc w mrokach świata, jednak zawsze się odnajdując i będąc szczęśliwymi. Księżyc nie chciała się już unicestwiać, Niebo Pełne Gwiazd uwierzył, a Słońce coraz bardziej wierzył w swoje ciepło. I nawet gdy głodowali, bo żaden ślepy bóg nie obdarzał ich łaskami, nie cierpieli- bo jednak mieli siebie. Stali się sobie braćmi i siostrą.

Bo choć, być może początkowo odnosili się do siebie nieufnie. Jednak z czasem byli coraz bliżej. Mimo tego, że Księżyc kochała się w Gwiazdami w całkiem innych wymiarach, odnaleźli siebie w miłości całkiem braterskiej. Czasem to Słońce ich scalał. Czasem było zupełnie odwrotnie.

Lata mijały. Wszystkie trzy Ciała Niebieskie dorastały, dojrzewały same w sobie. Zmieniały się. Księżyc stawała się coraz łagodniejsza, coraz bardziej żyzna. Opanowała swoją ciemną stronę. Słońce nieraz przygasał i to ona teraz stanowiła jego podporę, w chorobach tkwiących w głowie i sercu, w czasach zaćmień, kiedy naciskała jego serce z wodoru, by znowu przeprowadzało bolesne reakcje chemiczne, by nigdy nie gasł. Niebo Pełne Gwiazd zjawiał się i znikał swojego czasu. Wracał z wielu niedobrych podróży we wszechświecie, które odbywał zawsze sam, we wszechświecie swojego umysłu, którego nikt nie był w stanie zrozumieć. Można było tylko być. I było się. Ciągle, nieprzerwanie razem.

To tylko fragment całej długiej opowieści, którą dla mnie napisałeś. Resztę zostawię dla siebie. Ale już wtedy gwiazdy spadły i nasz wszechświat się zmienił. To ja zmywałam krew z podłogi po tym, jak Vincent brawurowo odszedł zanim zamknęli go na oddziale paliatywnym z tym raczyskiem w szalonym łbie. Odszedł po swojemu. Nie płakałam wtedy, układałam razem z Tobą jego sprawy, bo na nas przecież mógł liczyć.
Tak samo nie płakałam gdy dowiedziałam się od Idy, że mają cię operować na szybko, bo w osierdziu masz krew, a nie płyn. Choć wiedziałam, że nie dotrzymasz tej operacji. I miałam rację.
Nie płakałam, gdy załatwiałam Twoje sprawy, które wolałeś powierzyć mi, zamiast swojej rodzinie. Bo wiedziałeś, że dam sobie radę.

Sama przeczytałam Twój list i uwierz, byłam wkurwiona. Nie smutna, nie rozczarowana. A wkurwiona. Bo pisałeś tak, jakby Twoja śmierć była dla mnie. I nadal nie płakałam.
Aż do zeszłego tygodnia, gdy mój mąż, też cierpiący po tym, jak cię stracił, nie mógł mnie uspokoić, gdy wyłam wręcz przez 5 godzin, nie mogąc się uspokoić.
Bo zrozumiałam właśnie, że jestem już sama. Z naszej trójki zostałam ostatnia, jak przepowiedziałam. Chciałabym odwrócić tamto stawianie kart, tamte przepowiednie. Ale czy to by coś zmieniło? Ale coś we mnie w końcu pękło. Kart się nie oszuka, mawiałeś nieraz, choć chcieliśmy udawać, że przecież tamtego nie było, to nie miało miejsca.
Poczułam niewyobrażalną pustkę, jakby ktoś wyrwał mi sporą część serca, tego samego, na które Ty umarłeś.
Snułam się po mieszkaniu płacząc, biorąc wolne w pracy.

Aż w końcu pojechałam na nasze, na moje Bagna, na których tak wiele się zaczęło. Pojechałam, by wreszcie skończyć. Odprawić rytuał, zapalić ogień dla Ciebie i jeszcze raz dla Vincenta.
Pomyślałam, że też nie będę mieć pogrzebu. Żadne z nas nie powinno mieć. Gdy przyjdzie moja pora, odejdę tak samo. Niech każdy żegna mnie jak chce, gdzie chce.
Ja i Ciebie i Vincenta na nowo żegnałam przy sosnach, razem ze swoim mężem, który też Was kochał i który rozumie, jak wielka jest moja pustka. Bo i on nosi swoją pod sercem.
Nie zważając na pogodę jak zawsze, kochaliśmy się nad jeziorem. Tego byście też chcieli, prawda?
Zwłaszcza Ty, Indie.
Cudza, dosłowna miłość jako najwspanialsze misterium, rytuał dobry na każdą okazję.

Już nie jestem wkurwiona.

Od śmierci Vincenta nie widziałem, żebyś namalowała jakikolwiek obraz. Po jego śmierci przestałaś pisać, nie napisałaś ani jednego wiersza, porzuciłaś bloga, nie stworzyłaś nam więcej żadnego tekstu do spektaklu. Czasem drobne tekściki oparte na starych, gdy prosiłem, drobne grafiki ale...Przez te dwa lata mówiłaś, że wszystko jest w porządku. Ale ja wiem, Fridel moja, że nie jest. Bo coś w Tobie umarło, tak jak i we mnie, razem z Vincentem. Straciliśmy oboje przyjaciela. Ja teraz odszedłem, jako drugi, tak jak mówiliśmy. Ale Ty żyjesz dalej (...). Pamiętasz, co mówiliśmy sobie nieraz w jego mieszkaniu na Wildzie? On był szaleństwem i grozą, ja byłem przecież waszym Puszkiem, ciepłem i rozsądkiem. A Ty, pamiętasz? Byłaś naszą siłą. Kobiecą siłą, której nic nie zedrze. Zawsze trochę brutalna, ale w głębi serca dobra. I dasz sobie radę i tym razem(...). Nie chcę, żeby to, że odszedłem, zabiło coś w Tobie do końca. Byliśmy wyjątkowi i ty tego nie zaprzepaść, Fridel. Ja umarłem, ale Ty żyjesz...i chcę, żebyś żyła jak kiedyś. Każdy koniec to początek, wiesz? Więc potraktuj to jako początek właśnie (...).
Dwa lata nie tworzyłaś, jakbyś zbudowała mur. Gadałem o tym nawet z Wojtkiem, że nie masz tej iskry co kiedyś. I o tym, jak bardzo nam jej brakuje. Bo jemu też tego brakuje, wiesz? Też to w Tobie kocha. Bo ty potrzebujesz tego, Fridel. Więc maluj do cholery na nowo, pisz! Rób to, w czym tak pięknie wyglądałaś. Niech moja śmierć spowoduje, że ten mur upadnie(...).

***
Zaczynam więc na nowo pisać.
Kordian, odchodząc, zobowiązał wielu ludzi do zrobienia czegoś. W tym mnie. Być może, ten blog, to trochę wypełnienie jego testamentu. Próba dla mnie samej. Jednak, jeśli ktoś z was go znał, czyta to, niech nie patrzy na to miejsce w ten sposób. Nic nie zapełni pustki po nim.
W moim sercu nic tak naprawdę nie zapełni pustki po Kordianie i po Vincencie. Ale może to nowy początek, próba ułożenia sobie pewnych rzeczy na nowo. A blog...jest chyba najprostszą formą. Formą, którą dobrze znam. Być może niektórzy skojarzą Fridę i autoportretodczuwalny z dawnych lat, choć, wątpię w to szczerze.

Nie traktujcie mnie w tym miejscu, pomimo tego wpisu, w którym wszystko wyjaśniam, dlaczego zaczynam na nowo pisać, nie traktujcie mnie jako kogoś, kto go znał. Bo wiem, że zostawił tu spory ślad. Ale, jakby też on powiedział, "jestem kimś więcej". Nie będę pisać o kimś, kogo wielu z Was znało, o czym wiem doskonale, bo już przedtem śledziłam liczne blogi. Czasem tylko o nim wspomnę. Nie wypełniam tylko testamentu.
Wracam więc do pisania, tak jak miałam, myślę, że to dobre miejsce na początek.
Kupiłam też nowe płótno i farby.
Nadal z niepokojem jednak modlę się do swoich bogów.

Więc witam, wielu nazywa mnie Frida. Uczę się tutaj po prostu na nowo żyć.

Muszę ci coś wyznać przyjacielu
Nie jestem głupcem
Męczy mnie zaczynanie kolejny raz od nowa
W zupełnie nowym miejscu

Urodziłeś się by się buntować czy dawać wykorzystywać?
Przysięgam, że nigdy nie ulegnę
Odmawiam





Byłaś dla mnie jedną z najważniejszych osób w moim życiu- i dziękuję za to spotkanie. Ale teraz zacznij na nowo, pamiętając o nas. O mnie i o Vincencie i o tym, kim byliśmy. Twórz dalej własną historię, czasem mówiąc o naszej wspólnej. Ale nie pozwól zjeść się przeszłości. Żyj, kochaj i twórz Fridel. A kiedyś na nowo sobie wszyscy o tym opowiemy. 

62 komentarze:

  1. A już myślałam, że skonczyłam ze łzami, jezeli o listopad chodzi... Ale dobra, trzeba się ogarnąć. Wiesz, to, co tutaj opublikowałaś, jest tak bardzo prywatne, że aż nie wiem, czy w ogóle powinnam to komentować w jakikolwiek sposób. Ale jednak postanowiłam coś naskrobac, bo cieszę się, że tutaj się pojawiłaś.
    Tak, ja to z tych, którzy czytali Cię kiedyś tam, dawno, dawno temu. Wspomnienia mam co prawda trochę mgliste, nie wiem, ile komentarzy opublikowałam i pod jakim nickiem, bo pisałam wtedy na Onecie i miałam manię na zmiany nicków, adresów... tak czy siak, pamiętam, że czasami czułam sie za głupia, by u Ciebie komentować, wiec raczej byłam z tych, co po cichu zakradają się, czytają i zmykają. Tutaj jednak postaram sie inaczej funkcjonować, skoro mam jako tako okazję Cię poznać, a sama też trochę się zmieniłam.
    Odnośnie notki... hm, dalej nie wiem, co tu napisać, bo nie potrafię znaleźć słów, by opisać to, co czuję. Słowa często nie były moją mocną stroną zresztą.
    Chyba pisałam Asik w mailu, że nawet nie będę próbowała sobie wyobrazić, jak Ty się czujesz... I teraz, gdy już zapoznałam się z jako takim streszczeniem Waszej historii... No, najchetniej bym Cię przytuliła, bo nic innego mi do głowy nie przychodzi.
    I chociaż z autopsji wiem, że nic nie wypełni pustki po stracie bliskiej osoby, można jakoś nauczyć sie z żyć - prawdziwie żyć. Trzeba tylko chcieć i jestem pewna, że ta chęć jest i w Tobie, co zresztą udowadniasz, chociażby zakładając bloga czy wracając do malowania, decydując się na te pierwsze kroki.
    Ja mam nadzieję, że to poczucie samotności też w końcu opuści Twoją duszę. Bo Wy byliście wyjątkową trójką. I w sumie nadal jesteście, tylko tak... inaczej trochę. Może właśnie tak miało być, może śmierć Kordiana to zamknięcie pewnego okręgu, zakończenie jednego rozdziału na potrzeby powstania kolejnego. Jestem pewna, że jesteś w stanie napisać ten rozdział, a ich energia będzie Ci towarzyszyć, dodawać wsparcia i otuchy.
    Także... napiszę jedynie, że oczywiście żadnych etykietek nie będę Ci przylepiać. Po prostu cieszę się, że znów piszesz, jestes z nami. Myślę, że szybko się tutaj zadomowisz, a my zawsze będziemy Cie wspierać w tej nauce nowego życia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za łzy więc przepraszam ale...mi się wydaje, że jeszcze pojawią się nieraz. Ale same łzy nie są złe, grunt to nie wyć non stop i w histerię nie wpadać- to w moim przypadku:)
      Jest osobiste, bo inaczej chyba się nie dało. Mam osobiste powody, by pisać, po prostu:)
      I jestem szczerze zaskoczona, że ktokolwiek jednak mnie pamięta, nawet mgliście...czego ja nie mogę z kolei powiedzieć, bo, aż wstyd, ale nie kojarzę, może właśnie przez te zmiany nicków albo niezostawianie komentarzy....
      I wiesz co? Ja się czuję głupia, jak czytam swoje poprzednie posty, poprzedniego bloga. Więc dziwię się tym bardziej:)
      Wszyscy czujemy się po prostu, po swojemu podle więc...dziękuję za tego przytulasa i wzajemnie :*
      Bo właśnie chyba o to chodzi, nauczyć się z nią żyć, a nie sztucznie próbować pustkę pokonać. Bo tej nie idzie i z tej walki nic dobrego nie przyjdzie.
      Do powrotu mnie trochę zmuszono, no ale:)
      Wiem, wiem, inaczej, tylko do tego inaczej muszę przywyknąć. Bo nie wpadnę już na winiacza taniego do Vincenta albo pożyczyć blejtram, albo nie polecę sobie na Ogrody do Królika bo mam sprawę i muszę się wygadać. To nie to samo i tego też muszę się nauczyć...tej innej rozmowy. I to też wymaga czasu. I może tak miało być właśnie. Wszystko jest po coś. Choć na początku trudno widzieć ten sens.
      I dziękuję za brak etykietek:)

      Usuń
    2. Nie przepraszaj, nie ma przecież za co. Ja trochę takim wrażliwcem jestem, ale też przez pewne wydarzenia w życiu jak i osoby po prostu nauczyłam się hamować niektóre ataki płaczu. Wybucham teraz jak naprawdę mam już w sobie za dużo negatywnych emocji. A łzy to jedna z lepszych form oczyszczenia... ale wiadomo, nie można w skrajności popadać :)
      Szczerze, nie potrafię Cię nakierować, serio nie pamiętam. Napewno to było dobre kilka lat temu. To,co najwyraźniej pamiętam to to, że było mega gorące lato, kiedy coś na moim starym blogu skomentowałas, weszłam do Ciebie i Ty się na ten gorąc żaliłas... że nawet przez to nie masz ochoty na seks :D wiem, super wspomnienie, ale no... kurde, nie wiem czemu akurat to tak mi w głowie zostało :D
      No niestety ta nasza "rehabilitacja" jeszcze trochę potrwa, u każdego inaczej, ale pomału, damy jakoś radę.
      Nie no, pustka to jednak... pustka. Jeżeli dana osoba miała jakieś szczególne miejsce w naszych sercach to mówi nie ma, by zapełnić jakoś tę "dziurę"... no, chyba że pozytywnymi wspomnieniami o tej osobie, to chyba troszkę chociaż łagodzi ból, z czasem nawet przestaje się go odczuwać.
      Wiem, co czujesz, bo gdy dwa lata temu mój przyjaciel popełnił samobójstwo to długo nie docierało do mnie, że np. nigdy już więcej nie przesiedzę z nim dlugiej przerwy w kawiarni szkolnej, gdzie miał mi w zwyczaju dawać "korepetycje" z fizyki, nigdy nie dostanę od niego smsa, nigdy nie przegadamy kolejnych nocy pod rząd, śmiejąc się na następny dzień, że przez te nasze gadulstwo pozbawimy szkołę zasobów kawy, gdy oboje piliśmy nawet po 5 kubków (słaba "lura" to zresztą była). Ale wiesz, to przychodzi z czasem... takie oswojenie się z zaistniałą sytuacją... oczywiście, trzeba sobie na to pozwolić, ja przez kilka miesięcy to na siłę sobie wmawiałam, że "nie będzie dobrze", bo go już nie ma... i cóż, jaką rzeczywistośc sobie stworzyłam, w takiej żyłam.
      Wszystko jest po coś - zawiało mi "gadaniem" Kordiana :p no, ale... jest w tym racja, mimo że trochę faktów jest cholernie trudnych do zaakceptowania.
      Ależ nie ma za co :*

      Usuń
    3. Ponoć to dobrze być wrażliwcem:) Ale tu się trochę rozumiemy, jak mi się skumuluje to też muszę się wyryczeć chociaż, tak naprawdę rzadko bardzo płaczę.
      Czy ty wiesz, że możliwe, że ja pamiętam mniej więcej kiedy to mogło być?:D Chociaż, ja często miałam takie teksty z seksem i pewnie nadal będę miała i o tym stale pisała, trudno się mówi :D
      Musimy:)
      Dokładnie, pustkę można zapełnić chyba tylko tymi dobrymi wspomnieniami albo może dobrym rodzajem tęsknoty, pełnym tej radosnej melancholii chociaż to dziwnie brzmi. Ale to też wymaga właśnie czasu, oswojenie się całe.
      Bo to właśnie tak wygląda, do człowieka długo nie dociera, że już tego, w tym wymiarze po prostu nie będzie. I znowu to samo lekarstwo, czas po prostu...przejście do porządku dziennego z pewnymi rzeczami. Nic innego nie zostaje.
      Bo o to chodziło, właśnie on tak mówił i ja staram się teraz w to na nowo uwierzyć:)I momo że trudno to....trzeba szukać sensu. Rozumieć jakoś.
      Jest, jest:)

      Usuń
    4. Ma to swoje plusy, wrażliwiec to jeszcze nie mazgaj... chyba :D
      Ja to nie potrafię płakać przy ludziach... dobra, w skrajnych sytuacjach mi się zdarza wybuchnąć, jak właśnie dwa tygodnie temu, ale cóż... kto wtedy nie wybuchał. Tak to przeważnie czekam aż będę sama, by nikt mnie nie widział. Nie lubię tłumaczyć swoich łez.
      O proszę, jest progress! :D Ja mam w pamięci tylko ten jeden tekst. I to było zabawne, gdy tak miałam dylemat czy by się nim nie posłużyć, gdy chciałam zapytać się Kordiana o Ciebie :D W sensie, wysłał mi mailem jeden Twój tekst, i jak przeczytałam, że autorem jest Frida to zapytałam się czy Frida miała bloga kiedyś, bo coś ten przydomek kojarzę. No i wyszło, że to Ty :) Co prawda z tekstem o seksie nie wyskoczyłam, napisałam prawdę, że czasami musiałam czytać Twoje notki po kilka razy, by jakieś przesłanie znaleźć - no, może nie całe, fragmenty. Ponoć on lubił się z Tobą o te Twoje teksty kłócić czy coś, aż żałowałam, że komentarzy nie śledziłam wtedy :p
      Tęsknota sama w sobie zła nie jest. Fakt, daje czasami popalić, burzy wewnętrzny ład, ale też... no, patrząc na to, że tęsknimy za kimś, kto był dla nas wyjątkowy, można docenić choćby fakt, że się w naszym życiu pojawiła taka osoba, coś wniosła.
      Kordian pisał, że czas leczy rany, ale nie leczy tęsknoty... no, ale pomijając te "smutne dni", kiedy ona daje się we znaki... no, nadal żyjemy i mamy możliwości do bycia szczęśliwymi ludźmi, prawda?
      Tego bezpośredniego kontaktu będzie brakować, oczywiście. No, ale cóż... rozpamietując to tylko pod sobą dół kopiemy, a trzeba iść dalej.
      Mam wrażenie, że łatwo było w to wszystko wierzyć, kiedy on o tym w dosadny sposób przypominał. Teraz mamy pod górkę, bo przypomina, ale już tak nie dosłownie. Właśnie trzeba trochę poszukać samemu, ale jestem pewna, że nie jest to jak szukanie igły w stogu siana, napewno ten sens się pojawi przy wytrwałych poszukiwaniach :)

      Usuń
  2. Trzymam za Ciebie kciuki w tym nowym życiu, bo musi być cholernie trudno. Teraz już mimo trudności nie rozpamiętuj przyszłości, a doceniaj to, że ta wyjątkowość mogła mieć miejsce i dała Ci tyle dobrego w życiu. I żyj tak jak Ci napisał Kordian... Z nadzieją, że jeszcze się kiedyś wszyscy spotkacie, chyba ta nadzieja daje trochę więcej siły. A On na pewno będzie Ci w tym nowym życiu jakoś pomagał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za kciuki :) Nie mam zamiaru rozpamiętywać jednak...to raczej myślenie o niemożności posiadania wspólnej przyszłości, nie skupianie się na tym, co było. I tak, wiem, tego też nie wolno robić więc...staram się, pomimo że to wszystko, ta pustka to świeże rany. I pewnie, że daje:)

      Usuń
  3. Jest Tobie bardzo trudno, ale słusznie zauważyłaś - jesteście wyjątkowi. Nie, specjalnie nie zmieniłam czasu, gdyż Kordian zawsze będzie żył w naszych sercach, myślach. Jestem pewna, że patrzy na nas wszystkich i gdziekolwiek jest, uśmiecha się i dobrze mu tam. Trzymam kciuki za Ciebie i miło Ciebie poznać.
    Witaj. :)
    PS przepraszam, że na samym końcu się przywitałam!
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, nasza wyjątkowość po prostu zmieniła kształt ale...czasem, na początku trudno się jeszcze tego nauczyć. No ale co zrobić, wszystko przede mną...przed nami w jakiś sposób właśnie:)
      I wzajemnie:)
      I nie szkodzi, przełamuj konwenans :D

      Usuń
    2. A pewnie - lepiej się wyróżniać niż być taki jak wszyscy, prawda? :)

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Mamy wiele wspólnego pod tym względem. Też uczę się żyć na nowo, zarówno po odejściu Kordiana, jak i mojej siedmiomiesięcznej wegetacji spowodowanej chorobami. Mnie kazał być sobą zawsze i wszędzie, choćby nie wiem co. Jego zdaniem mam wiele do zaoferowania światu, choć sama tego nie dostrzegam. Przede wszystkim prosił jednak, bym była silna, nie traciła nadziei i walczyła o swoje szczęście.
    Jestem na to gotowa, jednocześnie trzymając kciuki za Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc musisz znaleźć w sobie jeszcze więcej tej siły, bo ja walczę w sumie tylko z własnym poczuciem pustki, z tęsknotą..dla ciebie to jeszcze dodatkowa walka, z chorobą. Więc podwójnie trzymam za Ciebie kciuki ( tak, czytałam też wcześniej Twojego bloga, chyba o tym mówiłam gdzieś :))
      Więc to raczej dobre "rozkazy":) I nam samym często najtrudniej dostrzec to, co możemy komuś jakoś dać. Aż przykre to nieraz jest.
      I dzięki:)

      Usuń
    2. Znajdę, o to nie ma obaw. Walka jest dla mnie chlebem powszednim, a z podstawową chorobą da się żyć. Bywa strasznie, ale tylko momentami, oswoiłam ją. Bardziej dopiekł mi taki banał, jak kamica i fakt, że przez 1,5 miesiąca praktycznie nie jadłam, ale to zmierza już do przeszłości.
      Wiem, wiem :)) teraz tym milej u Ciebie gościć.
      Zawsze miałam problemy z samooceną, a Kordian mi w tym pomógł, podwyższył ją. Uwierzyłam w siebie o stopień mocniej, nie mogę tego zaprzepaścić. Również ze względu na niego.
      Nie ma za co :).

      Usuń
    3. Właśnie domyślam się, że po prostu te dodatkowe choroby są męczące bo przecież ta podstawowa jak mówisz to chleb powszedni i tak naprawdę...może pójdę za daleko, ale niekoniecznie to może jakoś jest choroba, nie wiem czy wiesz o co mi chodzi.
      Cieszę się:)
      On potrafił to zrobić jak nikt, prawda? I właśnie warto zatrzymać w sobie tą jego spuściznę po prostu:)

      Usuń
  6. Oj Frida.. znasz moje myśli i coś myślę, że jeszcze nie jedną poznasz. Coś czuję że tak winno być, i chcę po prostu chcę.
    Więc 'Wotaj" na nowo w życiu. Oddychaj, po mału oddychaj i po mału ciesz się tańcząc w deszczu..
    I jak kiedyś mi powiedział .. przecież każdy koniec oznacza nowy początek..
    Dobrze Cię tu mieć :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że więcej tych myśli poznam kochana:) I vice versa po prostu:)
      Dzięki za powitanie więc. Mam nadzieję, że moja próba wrócenia do życia swojego nie jest na wyrost...ale w końcu właśnie trzeba zacząć łapać ten oddech przecież:) I dawno tak nie tańczyłam, oj dawno...
      Dokładnie, Nowy rozdział. Obie go piszemy, no nie?
      I wzajemnie :*

      Usuń
  7. Pamiętaj, nigdy nie zostajemy sami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Tylko czasem po prostu w pewnych momentach trudno to odczuć nawet.

      Usuń
    2. Tak, wiem. Ale mimo wszystko koniec to początek czegoś nowego, trzeba tylko znaleźć w tym wszystkim siebie.

      Usuń
    3. A to bywa trudne No ale się nie poddaję:)

      Usuń
  8. Choć bardzo chcę to nie potrafię napisać nic mądrego.
    Myślałam, że limit łez już wyczerpałam, ale nie...siedzę i wyję.
    I wiesz co? Cieszę się, że jesteś, że mogłam tu dziś wpaść i Cię poznać.
    Cieszę się, że się nie poddałaś.
    Mocno Cię przytulam i trzymam kciuki! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc nie wyj:) Bo jednak, ja zaczynam też na nowo i dosyć już płakania. Choć wiem, nieraz nie idzie...ale można spróbować. Dla siebie i dla tych, przez których płaczemy, bo oni by przecież tego nie chcieli:)
      I dziękuję:) Też, wielki przytulas, no nie ma już płakania :*

      Usuń
  9. ile jeszcze wylanych łez przede mną? nie umiem sobie odpowiedzieć na to pytanie. wiesz, mi też bardzo brakuje Kordiana, jego słów. choć znałam go tylko z bloga i z meilowych rozmów to bardzo jego słowa mi pomagały. pomagały mi się podnieść. żałuję bardzo, że nie poprosiłam go o list. jedyne ostatnie słowa jakie mam to te na meilu , i czasem tam zaglądam, by choć trochę się podnieść. wiem, co to musiało dla Ciebie znaczyć, stracić przyjaciela. ale tak jak pisał ,, Ty dalej żyjesz ". my dalej żyjemy. nie jesteś sama, masz męża, masz nas ... i pamiętaj, że zawsze możesz do mnie napisać. ściskam Cię mocno :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I może nie ma już co płakać...to znaczy...wiadomo, zawsze coś przypomni, niezależnie jak go się znało, w jaki sposób kochało ( bo przecież kochali go wszyscy jakoś) i się zapłacze...ale może chodzi o to, żeby nie wpadać w histerię, żeby te łzy stały się w końcu...dobre. Jak sama tęsknota. Też sama właśnie nad tym pracuję, zaczynam na nowo. Bo chcę czuć, nie tylko pustkę.
      Ja byłam tutaj niestety tylko posłańcem....i wiesz, może Tobie powiedział coś poza listami? Czasem trzeba poszukać przecież.
      I dziękuję :* I za tą propozycję również :*

      Usuń
    2. chciałabym by te łzy były dobre. i tak, kochałam go na swój sposób. chcę w końcu się pozbierać po tym co się stało i tak jak Ty zacząć na nowo. tylko, żebym zaczęła odnowa musiałabym uciec z tego miejsca, zmienić je, adres i wszystko inne. ale Kordian by tego nie chciał, nie chciałby bym uciekała. ale przecież dobrze wiedział, że ja z tego słynę, z ucieczek ...

      nie masz za co dziękować, po prostu pisz jeśli tego właśnie potrzebujesz.

      Usuń
    3. Wiesz, nie do końca znam twoją historię więc za bardzo nie ogarniam ale..wiesz, że jeśli chcesz, też możesz zawsze napisać:)

      Usuń
  10. "Będzie dobrze" Niby proste słowa, ale sztuką jest uwierzyć, że tak się stanie, że tak rzeczywiście będzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staram się w to wierzyć, bo jak mówił właśnie mój przyjaciel, przecież "ostatecznie zawsze jest dobrze".

      Usuń
    2. Słów, które powiada Twój Przyjaciel, osobiście jeszcze nigdy nie słyszałam. Ale mam szczerą nadzieję, że są bardzo prawdziwe.

      Usuń
    3. Owszem, były prawdziwe...i są nadal:)

      Usuń
  11. Pustkę po zmarłych możemy wypełnić tylko my sami. Pamiętając o nich i czerpiąc z ich dawnych słów, czyn, gestów. Take your time.
    Śmierć Kordiana mnie zmieniła, choć może nie widać tego po moim blogu. Tego Słońca już nie ma w zasięgu wzroku, ale w sercu jest. Tam zagnieździło się na dobre. Zawsze jak o nim czytam, to bardzo się wzruszam... ale mimochodem uśmiech mi się wkrada na twarz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A raczej...nie można jej wypełnić. Ale nauczyć się z nią żyć, tak, że nie zawdadza. Przynajmniej ja mam takie wrażenie. Tęsknota nadal jest, ale już nie przytłacza, tylko to bardziej miła melancholia. Zobaczymy, jak to wyjdzie:)
      Bo może, dziwnie to zabrzmi, jego śmierć była pewnego rodzaju tez lekcją dla wielu ludzi...bolesną, ale jednak potrzebą lekcją. Sam mówił, że wszystko jest po coś. Ty właśnie nauczyłaś się już tej radości po tym, że coś cię spotkało, a nie myślisz o tym, że coś straciłaś, tak mi się wydaje:)

      Usuń
    2. Nie wiem czy to można porównać, ale dawno temu, jeszcze w dzieciństwie, straciłam bardzo ważną mi osobę. Różne były dzieje mojej żałoby, trudne bardzo, ale po 10 latach ta pustka zniknęła. Owa pustka była rowem mariańskim pełnym rozpaczy, dezorientacji, poczucia winy i zła, po prostu. 10 lat to niebotycznie długo, ale byłam dzieckiem. Przechodziłam okresy obwiniania się o jej śmierć, osądzanie się o bycie potworem, bo nie potrafiłam się rozpłakać na jej pogrzebie itd... A teraz... gdy o niej myślę nawet nie ma w tym melancholii. Bo wiem, że gdzieśtam jest, i że była przy mnie w ważnym momencie mojego życia i wiele mi dała. Że tak naprawdę pierwotną wiarę w dobro i szczęście ona mia dała. A Kordian przypomniał.
      I tak jak ona była dla mnie, tak chyba Kordian był dla Ciebie i dla wielu. Oboje byli ludźmi, których żałoby chyba... nie powinno się, nie mam lepszego słowa, przedłużać.
      Tak, to chyba trafnie spostrzegłaś.

      Usuń
    3. Wiesz mi się wydaje, że takie rzecyz można zawsze porównać, jednocześnie nie mogąc porównywać ich nigdy...ale...właśnie ta melancholia z czasem ustaje, albo staje się tą dobrą melancholią, jeśli tylko jej na to pozwolimy. I ja mam zamiar pozwolić:)
      I nie przedłużam. Właśnie wracam do życia. Stąd ten blog:)

      Usuń
    4. Wiesz mi się wydaje, że takie rzecyz można zawsze porównać, jednocześnie nie mogąc porównywać ich nigdy...ale...właśnie ta melancholia z czasem ustaje, albo staje się tą dobrą melancholią, jeśli tylko jej na to pozwolimy. I ja mam zamiar pozwolić:)
      I nie przedłużam. Właśnie wracam do życia. Stąd ten blog:)

      Usuń
  12. Siedzę od kilku minut nad pustym polem komentarza i szczerze, to nie wiem co powiedzieć. Bo tu chyba nie potrzeba słów by zobaczyć, jak bardzo nie możemy się z Jego odejściem pogodzić. Mam jednak nadzieję, że jest mu teraz dobrze. No i przecież cały czas będzie nad nami czuwał... prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikt nie może ale...trzeba. A może raczej właśnie, zacząć widzieć go inaczej w swoim życiu. Jako obecnego, ale nie tak już namacalnie. I..chyba prawda. Mam nadzieję:)

      Usuń
    2. Jak już u kogoś pisałam, nie potrafię tego zaakceptować... ale po prostu z tym trzeba żyć. A on będzie - tak jak mówisz - zawsze przy nas. Mentalnie, będziemy to czuć... Cóż, trzeba w coś wierzyć :)

      Usuń
    3. Dokładnie, żyć po swojemu, żyć dalej.
      Trudno nie wierzyć w nic, jak śpiewali Raz Dwa Trzy:)

      Usuń
  13. A widzisz, mi mówił, że wygrywałaś dlatego, że świetnie piszesz, a nie przez macicę :D
    I wiesz, jak czytałam pierwsze maile od Ciebie to miałam takie wtf "pisze jak Kordian!" xD Mimo, że to tylko maile to było widać to podobieństwo. Teraz już się przyzwyczaiłam i może nie zwracam tak na to uwagi.
    Dobrze, że wróciłaś do pisania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kaśka z kolei zawsze mówiła, że maile piszę jak Vincent, potem przyczepiła się do Kordiana i wiesz...może to jest coś, że jak ludzie ze sobą przebywają, to są podobni. A może to to, że chcemy w tych, którzy też ich znali, widzieć coś więcej z nich. Bo to też rodzaj tęsknoty, kto wie, może właśnie tak jest?
      A mi zarzucał wyniki stymolowane macicą, no trudno :D

      Usuń
    2. No na pewno niektóre rzeczy się nieświadomie "kradnie" od innych :) To pewnie trochę też, chociaż może nie tak bardzo jakby się wydawało.
      Bo musiał się dowartościować xD

      Usuń
    3. Zdecydowanie, ja nawet jak mówię, to wiem, od kogo pewne rzeczy ukradłam, jakie słowka nawet mimowolnie przejęłam...a jak piszę to już w ogóle widać to strasznie jaskrawo....
      Po prostu, tak mi się to skojarzyło:)
      Zazdrościł wiecznie macicy i bycia kobietą, po prostu :D

      Usuń
    4. Ja czasami piszę inaczej pod wpływem jakiejś książki, ale z mówieniem mam tak samo xD Nawet ze śmiechem czasem! :D
      Taa, dostałby raz okres to by przestał zazdrościć xD

      Usuń
    5. O, śmiech też nieraz papuguję :D
      A bo ja wiem...słyszałaś o motywie z "daj mi trochę krwi z okresu'?:D

      Usuń
    6. Ja do tego stopnia, że kiedyś padł w moją stronę tekst, że śmieję się jak Krecik. Ale to nieprawda xD
      Whaat? Nie! xD

      Usuń
  14. I znowu beczę. Nie tylko za nim... bo mi ciężko nawet wyobrazić sobie tak wielką wspaniałą przyjaźń i miłość jaka była między Wami... Byłby z tego dobry melodramat...

    Wspaniale, że wracasz do swoich pasji. Mam nadzieję, że Twoi bogowie ześlą Ci niewyczerpane zasoby sił i inspiracji. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najlepsze scenariusze pisze życie ale...wolałabym, żeby obyło się bez dramatów. Ale nie na wszystko mam wpływ niestety....
      I próbuję ruszyć tyłek ,ruszyć swoje życie z depresji i tak dalej więc...dzięki:)

      Usuń
  15. /takie straty są cholernie ciężkie, może pisanie tego bloga czasami ci pomoże?

    OdpowiedzUsuń
  16. Poznałam tą historię teraz Twoimi oczami i mam wrażenie, jakbym czytała Kordiana tylko w rodzaju żeńskim. Mieliście wielkie szczęście, że tak podobne dusze w tym świecie się na siebie natknęły.
    Cieszę się, że jesteś, bo myślę, że możesz pomóc wielu osobom z poradzeniem sobie po odejściu Kordiana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale nie jestem nim, więc...to nie tak. Tylko właśnie ta sama historia, dlatego tak się wydaje.
      Ale to prawda, mieliśmy szczęście, że wszysc na siebie trafiliśmy i pomimo obecnego bólu- doceniam to.
      Hm, postaram się:)

      Usuń
  17. Chciałam napisać coś konstruktywnego, ale za każdym razem, gdy przychodzi mi pisać, mówić o Kordianie, to brakuje mi słów. Ale może o to chodzi, że nie trzeba słów... nie wiem. Jesteście jak jedna dusza w dwóch, a właściwie trzech, ciałach (choć to określenie chyba nie bardzo tu pasuje, ale nie wiem jak inaczej to nazwać), to się nieczęsto zdarza. I to jest piękne. To nigdy się nie zmieni, takie więzi zostają na zawsze, nawet gdy ktoś odchodzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo czasem słowa znajdują się po czasie, a czasem nie znajdują się w ogóle, bo są niepotrzebne całkiem przecież. I mam nadzieję, że nadal jakoś tak...będzie. Że to nie zniknie, choć, jest już inaczej. I do tego trzeba przywyknąć.

      Usuń
  18. Wiesz, tak czytając Twojego bloga przypominasz mi go w tych słowach. Mam wrażenie, jakobyście byli mentalnymi bliźniakami. Podobne wrażenie odnosiłam poznając w ten sposób Asika. Może to, co powiem jest banalne, ale ja wierzę, że Jego nie ma tylko fizycznie. Wierzę, że byliście ze sobą tak mocno związani, że część duszy zarówno Kordiana jak i Vincenta tkwi w Tobie i tam pozostanie, jeśli tylko taka będzie Twoja wola. Możesz ich nie tylko żegnać ogniem, ale także witać każdego dnia. Uśmiechem. Czytając im np: ulubioną poezję. Odprawiając drobne rytuały, które w jakiś sposób były dla nich ważne. Nie pozwól (wiem, że nie pozwolisz) w sobie tego zatracić :) Ściskam Cię najmocniej jak potrafię. Nie jesteś sama. Dalej jesteście wielką Trójcą, która byliście. Tylko w nieco innej formie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, nieraz tak się czułam...trojaczki, tylko z różnych roczników. Ale same barany jakby nie patrzeć:) I może coś w tym jest, bo mi się właśnie też wydawało, że Asik i Kordian podobnie piszą i podbnie działają na ludzi:)
      Wiesz....jasne, że tak jest, dla mnie to jasne. Nadal jest. Nadal są. Ale..inaczej i mi na razie ciężko przestawić się na to inaczej. Ale trzeba. I dzięki :*

      Usuń
  19. Czytałam Twój wpis na telefonie Patryka, w pociągu i... cholera, nie poryczałam się już. Chociaż poczułam, jak jest Ci cholernie ciężko. Kordian mi zawsze mówił "Frida ma moc, w końcu jest Czarownicą!" I jakby to jakaś cholerna telepatia była... Tak przez moment poczułam Twój ogromny ból.
    I chciałam Ci napisać Skarbie "nie jesteś sama, co Ty opowiadasz..." ale doskonale wiem, o jaką samotność chodzi.
    Wiesz co? Wyobraziłam sobie, jak za, mam nadzieję - mimo wszystko wiele - lat spotkacie się znów we trójkę. I znów będziecie jak pnie tej sosny - razem. Choć duchowo jesteście cały czas, ale będziecie znów obok, będziecie się widzieć, śmiać się do siebie i kolekcjonować nowe przypały. A ja pewnego dnia gdzieś w tej Krainie na Was wpadnę i odwalimy najlepszy melanż w "życiu po życiu".
    Przytulam Cię mocno do serducha :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo już nie czas na łzy. Zaczyna się na nowo, o to tu chodzi właśnie. Więc nie ma co płakać:) Bo jest ciężko, ale to nie znaczy, że nie może być dobrze. Właśnie o to chodzi. Ból domaga się żeby go czuć, ale i się oswaja przecież.
      Bo w tym wymiarze będę zawsze sama. Ale najważniejsze to nie stać się samotnym w sobie, co?
      Oby tak było:)

      Usuń
  20. wiesz... jak napisałaś, też ostatni post u Kordiana, nie wiem dlaczego ale chciałam Cię poznać, nawet się zastanawiałam czy piszesz bloga, szukałam adresu ale nie znalazłam... to chyba jakiś znak, że to Ty do mnie przyszłaś i napisałaś.
    Wasza przyjaźń była wielka po prostu nie do opisania słowami, bardzo się cieszę że zdążyłam poznać Kordiana w wirtualnym świecie, bo był naprawdę wyjątkową osobą, ale w dużej mierze na pewno dzięki swoim przyjaciołom :) 3maj się i pisz jak najwięcej

    OdpowiedzUsuń
  21. To teraz pytanie klucz. Dlaczego i ja ryczałem pięć godzin, a znałem tego człowieka... nie, ja go nie znałem. Bałem się poznać, bo bałem się odrzucenia. Żałosne, strach zawsze dyktował moje życie. Strach, przetrwanie, strach. Pieprzyć takie życie. Znów się popłakałem, kurwa mać. Przepraszam, że przeklinam.

    Cieszę się, że zaczęłaś pisać. Powodzenia. Zyskałaś czytelnika, jakby to był nieoczywiste ;)

    OdpowiedzUsuń
  22. Z tęsknoty za Twoimi słowami zaczęłam czytać bloga od początku. Właściwie ten post przeczytałam już trzeci raz i nie wiem, czemu go komentuję. Nie znałam Królika nawet wirtualnie (choć jak wiesz - popłakałam się przy jednym jego wpisie) i nie straciłam też nikogo tak mi bliskiego. Ale mimo wszystko, mimo że nie mogę zrozumieć tego z autopsji, ten post bardzo porusza.

    OdpowiedzUsuń