Może
to nie w porządku, gdy my tak dobrze się bawimy, żyjemy, a ktoś
inny umarł? Może to nie w porządku, gdy my śpiewamy, a ktoś
inny, nieznany, nadal umiera? Ktoś gdzieś cierpi. Ktoś gdzieś
odchodzi od zmysłów.
Sama
cierpię nieraz nocami i mocniej wtulam się w swojego kochanka, jego
nagie ciało, pachnące moją miłością, bo tylko to jest
lekarstwem. Sama momentami odchodzę od zmysłów, gdy zostaję sama
z zimnem w mieszkaniu i pustką pod sercem.
Ale
mimo to...
Żyję.
Oddycham i się śmieję. Cieszę się chwilową pracą na
onkologii, gdy kolejna nasza pacjentka wyzdrowiała. Ekscytuję się
kursem hipoterapii, który zrobię w ramach kolejnej szkoły za małą
dopłatą. Cieszę się miłością i treścią swojego życia. Obok
bólu. Staram się podnosić. Staram się iść. Czasem staram się
odchodzić od zmysłów.
Ten,
kto już odszedł, miał zresztą ukochany cytat.
Gaiman
napisał kiedyś w „Chłopakach Anansiego” : „Istnieją trzy
rzeczy i tylko trzy, które mogą złagodzić ból śmiertelności i
zaleczyć rany zadane przez życie - odparł Spider. - Te rzeczy to
wino, kobiety i śpiew.” . Spider powiedział to po śmierci
swojego ojca, boga Anansiego. I miał rację.
Nie
należy w płaczu, tęsknocie, żalu tracić życia. Zresztą- czy
ci, którzy umierają, którzy są nam bliscy, chcieliby tego? Jeśli
życzyliby nam płaczu po sobie, tak naprawdę nigdy nas nie kochali.
Jeśli nas nie kochali-czy warto po nich płakać?
Zatem
żyjesz i baw się Frido. Napierdalaj życie, znowu, napierdalaj
życie!
Wino,
kobiety i śpiew jako metafora.
Było
wino pod postacią piwa i dziwnego domowej śliwowicy, pod postacią
czegoś co zwiemy tanim winem i wódki w akademiku do którego
trafiliśmy przypadkiem, chociaż wcale nie mieliśmy z mężem. Było
wino pod postacią świętego dymu.
Były
kobiety pod postacią prawdziwej kobiety z którą całowałam się
na koncercie nieznanego mi nawet zespołu, koncercie na który
trafiliśmy przypadkiem. Były kobiety pod postacią jakiejś
ognistej rudej z którą wymieniłam się stanikami. Były kobiety
pod postacią miłości, radosnego seksu z moim mężem nad ranem. I
w południe. I kolejny raz i kolejny, aż popsuliśmy pralkę.
Był
i śpiew pod postacią koncertu właśnie, pod postacią szalonego
tańca w glanach i krzyku do piosenek co śpiewem prawdziwym z moim
głosem nazwać nie można.
Były
te 3 rzeczy, Spiderze mój. Były, te, które łagodzą ból
śmiertelności i rany zadane przez życie.
Cóż-
sezon odchodzenia od zmysłów w dobry sposób w Poznaniu po prostu
uważam za otwarty. A wszystkie te szalone i odpowiedzialne rzeczy
jeszcze bardziej w tym tygodniu przede mną niż za mną. Wszystkie
rzeczy, które postawią na nogi i zajmą człowieka...już jego
własnym życiem.
Wino,
kobiety i śpiew. Zanim ktoś umrze lub gdy to się już stanie.
Zanim ja umrę. Gdybym była wieczna nigdy bym ich nie doceniła tak
bardzo jak teraz. Gdy wisi nade mną śmierć bo przecież wszystkie
przepowiednie... Wiecie. Ta, którą stworzył też Gaiman w
komiksie, rock and rollowa Śmierć jest jedną i z moich ulubionych
postaci. I pokazuje, że nawet wieczne umiera a cóż…nieskończoność
jest dopiero męcząca. Nie lubię się męczyć więc nie chciałabym
być wieczną.
A
dzisiaj powiedział zróbmy coś szalonego! Coś szalonego powiadasz
mój kochanku? Hm…już Frida coś wymyśli na wieczór, skoro
pralka jest popsuta....
Coś
szalonego. Coś niecodziennego, do czego nie przywykliśmy, bo czym
jest szaleństwo?
Wczoraj
dostałam smsa od przyjaciółki, że znowu ma problem. Znowu
szpital, leki, terapia? Może. Coś przeczuwałam, nic nie mówiłam.
Czasem musi to powiedzieć psychiatra, nie Frida.
Bo
Frida nie wie czym jest zdrowie psychiczne, czym szaleństwo. Jakaż
to cienka granica. Niewidzialna. Mówi się wszyscy jesteśmy
szaleni, czasem po prostu lepiej udajemy, czasem gorzej. Wszyscy
jesteśmy smutni ale nie nazwiemy tego u wszystkich depresją. Bo
gdzie ona się zaczyna? Czy ja naprawdę wpadłam w lekką depresję
gdy spotkałam śmierć, która dotknęła tych, których kocham?
Panie M., dlaczego twój smutek jest chorobą? Czy stał się nim
wtedy, gdy zaczął przeszkadzać ci w życiu? Gdy bolało tak
bardzo, że nawet łzy same płynęły z oczu i tego nie zauważyłeś?
Czym była Twoja choroba afektywna dwubiegunowa Vincencie? Od kiedy
sinusoida która towarzyszy nam wszystkim stała się czymś, co
nazwiemy chorobą? Czy wtedy, gdy w manii znikałeś na wiele dni i
nawet nie spałeś, by potem paść na twarz w barze a potem bolało
tak bardzo, spadłeś w taką pustkę, z której nie szło się
podnieść i oddawałeś się śmierci? Michale, gdzie jest granica
twojej mitomanii? Czy jeśli ja wierzę w swoje niektóre bajki to
jestem chora? Czy granica zaczęła się tam, gdy powiedziałeś tyle
nieprawd (a czym jest prawda?) że wpadłeś w poważne kłopoty?
Czy
mówiąc nieraz do siebie, płacząc czasem bez powodu jestem chora?
Póki
sobie radzisz, nie- powiedział mi kiedyś mój mąż.
Kochanie,
ale co to znaczy radzę sobie? Mówili mi kiedyś że jestem chora.
Byłam. Według lekarzy, znajomych. Nawet według siebie byłam. Ale
teraz nadal nie jestem zdrowa. Choć nie w tym słowa znaczeniu, nie
medycznym. Medycyna może się nieraz jebać. Choć, ja nie powinnam
tak mówić przecież.
Gdzie
zaczyna się wariactwo, szaleństwo? Gdy człowiek jest niebezpieczny
dla siebie, dla innych, gdy krzywdzi siebie bo inaczej nie może?
Wszyscy to robimy. Może to największy szpital psychiatryczny-
świat. Może. Ale czy można tak uogólniać? Czy można szukać
granicy? Nawet psychiatra nie wie gdzie ona jest. Nawet chory
człowiek.
Głosy
w mojej głowie. Gdy mnie połkną, będzie po mnie. Gdy uwierzę we
wszystkie swoje metafory i wiersze, gdy zaboli tak, że nie można
oddychać- będę wariatką. Teraz po prostu dobrze udaję. Nie widzę
granicy, ale pływam na powierzchni, nie tonę.
Nadużywamy
może słowa wariat. Szalony. Wszyscy nim jesteśmy. Tak twierdzimy.
A tak często boimy się tych, u których powiedziano, jaki rodzaj
wariactwa ich dręczy. Który wygrał. Czy te wiersze, czy łzy.
Boimy się, odpychamy. Jakby to było zaraźliwe. Ale o tym napiszę
pewnie nieraz jeszcze.
Bo
cały czas ja sama szukam granicy. Może granic w ogóle nie ma. W
zdrowiu psychicznym, w zdrowiu fizycznym. Nie ma granic nigdzie. Nie
istnieją żadne. Między prawdą a kłamstwem. Dobrem i złem.
Wszystko jest względne.
Tak.
W to niezaprzeczalnie wierzę. Jak w to że materia jest energią a
energia materią. I jak ty funkcjonujesz w tym Frida, powiedz mi do
cholery?- zapytał mnie pan M. . Ano funkcjonuję i jest mi z tym
dobrze. Wybieram intuicyjnie perłopławy w morzu. Czasem znajduję
perły. Prawdziwe, czarne. Czasem to tylko kamyczki. Jeśli nie
uznajesz dobra i zła, jak żyjesz?
Jestem
całkiem nieetyczna panie M. Ale jednocześnie mam swoją moralność,
w swojej płaszczyźnie. Pojebaną fridową moralność, za którą
niedawno chciano mnie ukrzyżować w pewnym kręgu znajomych. Ale to
chyba też historia na potem.
I
dla kogoś też jestem wariatem, dla kogoś jestem normalna. Według
jednej płaszczyzny, medycznej, jestem już zdrowa. Ale uważając
Mansona za seksownego dla kogoś jestem całkiem porypana. Dziwna
definicja? Ano dziwna. Ale każdy ma do swojej prawo.
Więc
może twoja nadmierna sinusoida Vincencie była normalna. Może nie
ma w nie nic złego- tylko tobie przeszkadzała w życiu i dlatego
trzeba ją było wyciszyć (i nigdy nie będę zazdrościć tylu
leków). Może dla kogoś nadciśnienie nie jest chorobą i się nie
przejmuje, a kto inny panikuje i na nie „umiera”. Tak naprawdę
umieramy cały czas, tylko niektórzy trochę szybciej. Może to
wszystko zależy od naszego podejścia. Bo granic nie ma,
przynajmniej dla mnie w tym momencie, dla mnie w mojej głowie, w
mojej duszy. przez chwilę- nie ma. Jest bezkresne morze i wiele
pereł. A także wiele ostrych krawędzi, o które można boleśnie
zranić stopę.
A
czasem w morzu, którego granicą jest moja śmiertelność (choć
doczesną granicą ciała, kto wie, co potem? Może cieśniny i inne
oceany?) pomagają wino, kobiety i śpiew.
Aha-
i do końca życia będziemy wspominać chyba jedzenie z budki na
Moście Teatralnym w Poznaniu. Zawsze gdy wracamy z koncertu, baru, w
nocy- taka tradycja, wstąpić tam na zapiekankę podczas czekania na
nocny tramwaj. To będzie dobre wspomnienie w moim życiu. Kolejne.
Jak
wino, kobiety i śpiew.
Ten, który odszedł na pewno nie chciałby, byśmy się tym zbyt długo zadręczali, lecz mimo wszystko starali się żyć szczęśliwie i chyba to musimy robić :) Tak, jak dawniej nie będzie nigdy, ale trzeba się starać, żeby było równie dobrze :)
OdpowiedzUsuńBędzie, jest inaczej. Co nie znaczy, nie jest dobrze, więc może po prostu nie trzeba tego jakoś...porównywać po prostu:) Więc ja się staram i...jakoś wychodzi pomału:)
UsuńI to najważniejsze :) Powoli jakoś będzie szło :)
UsuńDokładnie. Czasem przyjdą gorze dni, w pewne rocznice choćby pewnie...ale właśnie będzie szło:) Musi:)
UsuńBo granice są tylko w naszych głowach. Granice wpajane od dziecka przez społeczeństwo. Co też nie jest niczym złym, bo niektórzy pogubiliby się na otwartym morzu. Granice mogą ograniczać, gdy człowiek trzyma się wyznaczonych ram. A tak naprawdę te granice mogą się przesuwać lub zamazywać i całkiem znikać. I chyba każdy ma swoje własne granice i jeśli chce i tego potrzebuje, może się ich pozbyć.
OdpowiedzUsuńMnie zawsze po prostu pewne granice wkurwiały. Szablony wciskane na siłę a za nimi lincz. Może dlatego, że sama tego linczu jakoś już doświadczyłam. Dlatego ja wolę się ich w niektórych kwestiach pozbywać. Nawet w tych prozaicznych. Choć, nie przeczę, to nie jest łatwe.
UsuńA co do poprzedniego komentarza to cóż...był raz motyw z pewnego rodzaju magią dawną, kobiecą można powiedzieć i usłyszałam "tej, to jak będziesz miała okres to mi uzbieraj trochę krwi" a potem zrozumiał, co palnął :D Że raczej to nie dla niego teren :D Dlatego, zazdrościł nam nieraz okresu i paru innych rzeczy- przy czym nie chodzi o cycki :D
Bo to jednak jakoś ogranicza. A jak ktoś sobie ceni szeroko pojętą wolność to się nie będzie podporządkowywał, tylko będzie żyć poza schematami.
UsuńHahahaha cudny tekst xD
I jak zawsze pojawia się pytanie, czym jest wolność cholera :D Chciałabym to wiedzieć, czym jest naprawdę.
UsuńWiem, też go kocham :D
ciężko jest się cieszyć, gdy ktoś bliski umiera... ale taka jest kolej rzeczy... jedni przychodzą by drudzy mogli odejść, takie to banalne, ale ciężko się czasami z tym pogodzić ;-) każdy na swój sposób jest wariatem. pozdrawiam ciepło ;)
OdpowiedzUsuńDokładnie, każdy miał swój czas i dlatego...my musimy żyć. Czasem też i dla tych, którzy odeszli. Właśnie pogodzić, po mału, każdego dnia coraz bardziej jakoś...
UsuńTylko czasem to bardziej widać chyba :D
z czasem wszystko się zrozumie, usprawiedliwi w głowie mimo,że żal pozostanie... ale pamięć nie pozwoli zapomnieć :)
Usuńja tam wolę być wariatem niż smutasem i ponurakiem :D z uśmiechem każdemu jest do twarzy ;-)
Zwłaszcza nie zapomni się tych najlpejszych rzeczy, nie zostawi się tych najmilszych wspomnień. Na nich też trzeba się skupić jakoś:)
UsuńI to się ceni ^^
Z moich studiów (socjologii) wiem, że socjalizacja wyznacza granice po to, byśmy lepiej albo nawet właściwie funkcjonowali w świecie społecznym. Tylko czy zależy mi na akceptacji, lub aprobacie społeczeństwa,które wytyka każdą odmienność? Wyśmiewa to, co inne? Naprawdę, bywa nawet, że jestem krytykowana za odmienne gusta muzyczne od większości, Sama chyba przyznasz, że to już kuriozum. Dlatego do własnego świata wpuszczam nielicznych, którzy nie nadużywają wyświechtanej etykietki wariata i świrusa, Tym wiodącym "poukładane" życie, mającym prawo do wygłaszania prawd objawionych wręcz współczuję, Bo odmienność razem z większym lub mniejszymi szaleństwami jest czymś, co nas ubogaca.
OdpowiedzUsuńNo tak, granice jako zasady pożycia społecznego ale...tak naprawdę, dla mnie to w dużej mierze właśnie ściema. Bo to, czego nas nauczą np. tutaj nie sprawdzi się w ogóle w innym kraju, zwłaszcza powiedzmy na Dalekim Wschodzi i tak dalej. Kultura kulturą, społeczne relacje niby podobne jakby miało z socjobilogii nawet wynikać, a tu okazuje się, że ściema właśnie. Jeśli chcemy się poruszać w obrębie tylko jednej społeczności to ok...ale świat staje się globalną wioską. I jest problem.
UsuńI dokładnie. Są zasady, ale każde odstępstwo do tego, nawet nieszkodliwe, tak to ujmijmy, spotyka się z ostracyzmem. I odmienne gusta muzyczne...skąd ja to znam. Zresztą, za niejdno oberwałam, za muzykę, za religię, za poglądy dotyczące aborcji czy eutanazji....okazuje się, że niby są zasady, ale ludzie i tak się do nich nie stosują, są odmienni, pogrzebiesz bardziej i są wszyscy nagle jakoś odmienni..czyli ściema numer dwa w sumie z tego wychodzi :D
A z tymi prawdami objawionymi, to chyba już nieraz ludzka niepewność i kompleksy, nie sądzisz?:)
Jak mówią "tylko wariaci są coś warci":)
Świat sie zmienia, blogi, nicki... fajnie, cieszę sie że Cię odnalazłam, obserwuję, może i Ty u mnie znajdziesz coś co Cię zainteresuje - pisze o różnych rzeczach.
OdpowiedzUsuńWszystko sie zmienia a Twoja miłość z W ciągle trwa.... - to piękne... tyle lat...
pozdrawiam
Jak już ci pisałam, strasznie się cieszę, że mnie znalazłaś i zastanawiam się tylko- jakim cudem :D I na pewno coś znajdę, przed laty coś znajdywałam zawsze u ciebie, to i tym razem w to nie wątpię:)
UsuńI też się z tego cieszę:)
super! Dodałam Cię do obserwowanych wiec wpis nie powinien mi umknąć:))
Usuńpozdrawiam
miło :)
UsuńMimo różnych doświadczeń, życie biegnie dalej i może nie powinniśmy tracić go na sprawy, których nie da się zmienić.
OdpowiedzUsuńDokładnie. Dlatego cóż, idę do przodu, czasem nieraz trochę z szaleństwem ale...bez niego byłoby w życiu nudno pewnie, co nie?:)
UsuńWiem, wiem, odrobina szaleństwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła ;)
UsuńByle nie przegiąć:)
UsuńWszystko z umiarem ;)
UsuńZłoty środek :D
UsuńJeśli ktoś bliski nam odchodzi powinniśmy pozwolić sobie pogodzić się z tym, nawet jeśli nie chciał byśmy płakali to pozwolić sobie się wypłakać itp. Ale nie może trwać to wiecznie. I może zabrzmię okrutnie, ale przecież realnie. Nie każda śmierć nas poruszy, nie każda nas obchodzi. Przecież co chwila ktoś umiera, ktoś się rodzi. I nie można się smucić z tego powodu i płakać, tylko żyć i cieszyć się tym co jest. A Kordian powtarzał,że śmierć nie jest złem, jest częścią życia jak narodziny :) (mam nadzieję,że nie przekręciłam Jego słów, Ty pewnie znasz je lepiej :))
OdpowiedzUsuńDlatego ja się staram. Swoje łzy już wylałam a teraz...staram się iść ze wszystkim, po raz kolejny już, do przodu. Choć, lepiej niż ostatnim razem bo jednak poprzednie takie zdarzenie zamknęło mnie w skorupie...a to ponoć ma mnie z niej wydobyć. Więc się staram, odzyskuję siebie- dla siebie i właśnie dla tych, którzy odeszli.
UsuńI jasne, nie każda nas poruszy. Wiesz nawet się tego nauczyłam pracując na onkologii- każdy ma swój czas, nie można przejmować się każdą utratą życia...ale gdy to ktoś, kto jest bliski, kogo kochamy...cóż. To zmienia postać rzeczy po prostu. Nawet jeśli wiemy, że to część życia to na początku jest trudno no ale...trzeba żyć samemu. Bo cudza śmierć jest cudzą, my będizemy mieli swoją. A teraz mamy życie:)
No tak, jak ktoś jest nam bliski to tak jak napisałam trzeba pozwolić sobie to przeżyć, ale też to skończyć i żyć dalej swoim życiem :) Dobrze to napisałaś :)
UsuńDokładnie. Bo pewnego żalu, żałoby chyba nie da się uniknąć ale po prostu, nie można dać temu przejąć kontroli nad życiem, tak sądzę:)
UsuńNo to sądzimy podobnie :)
UsuńZielony lepszy kolor :P no i mega podobnie piszesz do Kordiana, wiesz? Nie mogę się oprzeć temu wrażeniu więc musiałam to napisać.
Wiem, też mi się podoba bardziej:) Co prawda, muszę się dopiero nauczyć robić tu szablony ale...wszystko w swoim czasie:)
UsuńI wiem, słyszałam już to. Tak samo jak malowałam podobnie jak Vincent chociaż...po prostu, nie ja robiłam jak oni, tylko my wszyscy, w trójkę, byliśmy podobni jakoś. Pewnie podobne zdarzenia w życiu, zainteresowania i przebywanie ze sobą, choćby wymienianie się tekstami robią swoje. Ta dwójka miała na mnie ogromny wpływ gdy w sumie jeszcze sama dorastałam więc...nie mogło być inaczej:)
No właśnie nie słyszałam jeszcze o takim fenomenie by osoby np. przyjaciele byli tak do siebie podobni w pewnych rzeczach, np. właśnie w pisaniu. Słyszałam tylko, że jak kobiety ze sobą się często spotykają np. w pracy to cykl mają taki sam :P no i to akurat by mi się zgadzało bo w gimnazjum i liceum wszystkie miały tego samego dnia niemal zawsze :P
UsuńA ja się z tym spotkałam choćby...u pisarzy. Jak King pisał z Peterem Straubem, nie do odróżnienia były jego opowiadania i Strauba. I tak dalej i tak dalej. To samo z malarzami właśnie, nawet niektórzy znajomi z asp jak się zainspirują potrafią mieć tą samą kreskę wręcz i styl. Chyba kwestia, jaj podatna na wpływy jesteś. Ja osobiście-jestem. Czasem nawet czyjś śmiech załapuję i potem się na tym łapię.
UsuńA cykli nigdy nie miałam równo, bo mam problemy hormonalne cholera, czułam się z tym zawsze do tyłu :D
Wrrrr! Skasował mi się długi komentarz :(
UsuńPisałam,że te podobieństwa często wynikały z kradzieży, podawania się za tą osobę itp. Nie mówię,że akurat tych co wymieniłaś ale nie raz się słyszało po wielu latach,że to przekręt był :P Np. chyba tak był z Szekspirem ? Że trzech było niby różnych pisarzy a to ten sam... Nie wiem, jakiś film dokumentalny z analizą oglądałam ale to dawno i nie pamiętam dokładnie :P
Ja z hormonami miewałam problemy, ale od 2 klasy liceum, aż do... niedawna. Bo stosuję Nuvaringi (okazało się,że bez dodatkowych hormonów żyć nie mogę :P ) i są tak świetnie dobrane, że czuje się supcio :P
Też tego nie lubię.
UsuńZ Szekspirem to są chyba miliony teorii, właściwie niektórzy mówią, że nigdy nawet nie istniał w sumie właśnie jako postać i tak dalej. I jasne, co innego kopia kogoś, a co innego podobieństwo. Często się coś do kogoś "pożyczało" w dziejach. No różnie bywało chyba:)
O, to biorę to samo akurat na te hormony:) Bo w sumie biorę właśnie antykoncepcję hormonalną żeby normalnie mieć okres i tak dalej, bo u mnie spieprzona jest od 3 lat tarczyca ( właściwie to jej nie mam, obumarła sobie) i mam problem z hormonami przysadki które płciowymi sterują. Od zawsze coś było nie tak ale od 3 lat jest armagedon w sumie, przytyłam choćby 20 kg chociaż kiedyś byłam szparag totalny nie zmieniając w ogóle diety a nawet na diety przechodząc, ćwicząc i tak dalej. Dietetyk mnie nienawidzi już tak w ogóle, bo nic nie pomaga z moim metabolizmem 40 latki i tak dalej. Także u mnie to nie tylko płciowe hormony po prostu, a cały zestaw, od góry do dołu, płciowe przy okazji przysadki i tarczycy w sumie. Więc nuvaring mi pomaga na tyle, że jeszcze to funkcjonuje:)
I jak z Nuvaringiem ? Podobno wiele kobiet narzekało ale ja brałam np. visanne i regulon i o ile regulon był ok tak visanne mnie wykończyło. Ale ja mam wycięty już jajnik, jajowód i jestem "wyskrobana cała po lewej" :P ale już jest dobrze :) I nie wiem czy dobrze zrozumiałam. Masz 40 lat ? :)
UsuńNie, mam 24 lata :D Ale mam metabolizm jak kobieta przed menopauzą jak mówi mój endokrynolog, właśnie przez brak tarczycy, która za metabolizm odpowiada. Po prostu mam zjebany na maksa organizm :P
UsuńNo mi nuvaring jak najbardziej odpowiada właśnie, tego innego co piszesz to nawet nie znam ze słyszenia. Ja przedtem brałam tabletki novynette chyba się zwały i akurat nie za dobrze się po nich czułam.
Wycięty? To już brzmi naprawdę poważnie. Ale dobrze, że już jest ok:)
Ja 5 lat się męczyłam :P A mam 22... No zaraz 23 :P I na razie minimalne szanse na dziecko (tak, to mnie najbardziej boli). A Nuvaringi są świetne, schudłam, nic nie boli itp. A jego nie czuję jak noszę, choć... to kosztowna sprawa, nie? Ile płacisz? Wciąż szukam możliwie taniej apteki :P No i wycięty bo miałam guza, lepiej wyciąć niż umrzeć :P ale wszystko mam za sobą.
UsuńA te novynette to są standardowe, dawane każdej co nie chce zajść. Bez badań itp. Więc widocznie nie chciało się komuś Cię badać albo analizować wyników :P
No to sporo walki za Tobą...Z dziećmi to mamy podobnie, tylko z tą różnicą, że zanim zaczęłam mieć naprawdę poważne problemy, to już dzieci nie planowałam, nie chcieliśmy ich mieć...więc to zupełnie inaczej niż w Twoim przypadku. Bo to musi być straszne, chcieć, a nie móc...
UsuńNo mi chudnięcie nie grozi póki co, ale to jak mówię, z innego powodu. I też, zupełnie nic nie czuję, przy seksie się nie czuje, wygodnie bo łykać nic nie trzeba.
I tak średnio u siebie w Poznaniu w aptekach to jest wydatek 50-55 zł, ja znalazłąm aptekę, gdzie mają za 48 zł. Nie wiem czy taniej się da, chociaż, taniej wyjdzie, jak kupujesz od razu po 3 krążki ponoć.
I jasne, że lepiej. Coś za coś. I to najważniejsze:)
A ja badania miałam, pilnuję tego, bo jednak jestem z wykształceniem medycznym i wiem, co mi się należy, zresztą, mam bardzo fajną panią ginekolog, która sama z siebie totalnie o wszystko dba. Więc tu akurat po prostu mi miały pasować, tylko że potem, w trakcie brania mi ta tarczyca wyszła, dlatego potem się gorzej czuć zaczęłam. Bo to nie zgrywało.
No ja bardzo chciałam teraz mniej chce. W maju poroniłam, nie byłam na niczym i taka "wpadka" no i potem cóż, rozczarowanie. Ale może kiedyś będę miała siły... ALe nie chcę walczyć o dziecko. Wiele blogów widziałam o tym i na forum kobiety to by Cię zabiły, a ja taka być nie chcę, nie chcę niszczyć partnera i otoczenia.
UsuńJa płacę 140 zł za 3 krążki. Bo u mnie jeden sam 70 :P więc jednak to różnie bywa. A wygodne bo od środka wpływa, niby nie na wątrobę.
Medycznym? To jesteś ciekawym człowiekiem chyba :P Mówiłaś coś o ASP, teraz medycznym :D Będę wścibska jeśli się podpytam co i jak?
Jakie studia kończyłaś albo w jakich trakcie jesteś ? :)
Rozumiem. To naprawdę musiało być ciężkie przeżycie...ale faktycznie, nieraz chęć posiadania dziecka jest toksyczna właśnie dla partnera, związku i dla samej osoby...Wiesz, w sumie to moja siostra tak strasznie chciała mieć dziecko, ale jej mąż nie mógł i pogodzili się z tym a dwa lata temu urodził się mój siostrzeniec. Taki mały cud nagle się zdarzył, więc wszystko możliwe, ale nic na siłę. Oni wpadli po 7 latach bez zabezpieczenia więc różnie bywa. Może i tobie się trafi po prostu jak los pozwoli z czasem, nigdy nie wiadomo przecież:) Tylko właśnie nie można na siłę, bo to ma chyba efekt odwrotny.
UsuńTo drożej niż u mnie jednak. I jasne, przynajmniej wątroba oszczędzona:)
Skończyłam elektroradiologię na medycznym, na asp chciałam zdawać i mam tam dużo znajomych po prostu. Ale stwierdziłam, że za cienka ze swoim malarstwem na to jestem:) Teraz robię dodatkową szkołę po studiach, podnoszę kwalifikację, opiekun medyczny z hipoterapią:)I tak mam zamiar pracować jako elektroradiolog, szukam stałej pracy bo póki co mam zleceniówki, ale ten opiekun dodatkowo mi się przyda jakbym np. na onkologii pracowała:)
Bolało, było ciężkie ale cóż... U mnie póki co jest to nie możliwe ze względu na to,że nie mogę mieć endometrium pogrubionego, więc mam je zmniejszone do minimum i jeśli nawet się zagnieździ zygota to potem no... Się urywa bo jest za cienko. A znowu jak się pogrubi endometrium to będą powstawać guzy :P więc aby mieć dziecko musiałabym brać dodatkowe jakieś hormony, a to kasa, kasa i jeszcze raz kasa :P
Usuńa i tak już wydaje na lekarzy a nie pracując... No nie jest łatwo :P
No i nie czas bo nie mam męża i nie mieszkam z nim, studiuje :)
Ahhh ciekawy kierunek musiał być :) A coś chyba wspominałaś o onkologii
Rozumiem, po prostu albo poronienie albo szkoda dla twojego zdrowia, gdzie konieczne by i tak być może było przerwanie ciąży... Niestety, nieraz takie rzeczy z kolei są bardzo kosztowne...
UsuńDomyślam się. I jasne, stabilizacja większa potrzebna jakoś:)
Owszem, bo to się z pracą na onkologii wdużej mierze wiążę i obecenie mam tam umowę- zlecenie i dziwne godziny zastępstw, bo po prostu jedna kobietka jest na urlopie zdrowotnym. Ale niedługo wraca, więc szukam stałej pracy.
Właśnie tego w świecie i w życiu nigdy nie zrozumiem. Szczęście i euforia przeplatają się ze smutkiem i depresją. Nieszczęście przeplata się ulicami z radością. Jedni umierają, inni się rodzą. To jak tafla morza, gdzie kilka metrów od lądu fale podczas sztormu biją jak szalone, raz w jedną, raz w drugą stronę.
OdpowiedzUsuńMoże nie mamy tego wcale rozumieć, tylko akceptować? Sama nie wiem. Chociaż, wydaje mi się, że całe szczęście, radość, bez tego złego byłaby jałowa. Wszystko musi mieć jakoś swój biegun, może nie szło urządzić tego lepiej a my jesteśmy za mali, żeby to pojąć. Zwłaszcza, gdy nam źle.
UsuńNo właśnie. Może nie ma tu nic do rozumienia. Po prostu tak jest.
UsuńTak, często kiedyś mówiłam, że gdyby nie było źle to nie umielibyśmy docenić szczęścia.
I my musimy jakoś z tym żyć. Chociaż, człowiek ma to do siebie, że próbuje często pojąć niezrozumiałe.
UsuńOtóż to.
Też się czasem nad tym zastanawiam, nad granicami normalności. Może ci, których uważamy za szalonych, są właśnie prawdziwie wolni. A my wszyscy zamykamy się w klatce niepisanych konwenansów, nazywając to normalnością.
OdpowiedzUsuńChociaż z drugiej strony, jeżeli mamy wszyscy razem funkcjonować w tym świecie, to szaleństwo powinno być raczej przyprawą. A nie głównym składnikiem głównego dania :)
Trzymaj się, dziewczyno... Wkrótce będzie spokojniej.
Dokładnie, nigdy nie dowiemy się, jak być może nasz własny umysł jest ograniczony przez schematy...a niektórzy z niego wyszli i stali się dla nas szaleni. To jak w opowieści o Królu i studni z zatrutą wodą, której tylko on nie wypił.
UsuńBo właśnie chodzi o to gdzie i jak mamy funkcjonować.
Jakoś się uspokoi, to na pewno:)
Tak tu zielono, jak w środku wiosny! :)
OdpowiedzUsuńWiem, jak to zabrzmi, choć naprawdę nie chcę, żeby to było jakieś niegrzecznie, ale chodzi mi o to, że łatwo jest osobie umierającej powiedzieć: "nie płaczcie za mną, nie chcę, żebyście się smucili", bo to nie ona musi się z tym później zmierzyć...
Kiedyś słyszałam, że nie ma ludzi zdrowych, są tylko niezdiagnozowani. Ale przecież "tylko wariaci są coś warci", więc z jednej strony to dobrze :>
Trochę wiosny jesienią zawsze się przyda. W sumie, zimą już:)
UsuńTo nie jest niegrzeczne, to jest prawdziwe jak najbardziej. Bo przecież nam jest trudniej. Bo żyjemy i musimy się z tym uporać. Ale nikt by nie chciał, żeby po nim została wieczna żałoba przecież.
Dokładnie, lubię to powiedzenie:) I....jasne, lepiej trochę szaleństwa chyba jednak mieć. Ale lepiej nie przeginać :D
Dla mnie szaleństwo jest wtedy, kiedy ktoś nie jest w stanie zaakceptować swoich emocji. Kiedy pragnie wyrwać z siebie tę część siebie, którą powinien pokochać jako ważny, przykry element.
OdpowiedzUsuńKiedyś się bałam, że zwariuję. Przez smutek i cierpienie właśnie.
Kiedy jest za dużo jak na jedną głowę, można tak to ująć? Ale...w sumie wielu ludzi medycznie niby zdrowych ma pewne rzeczy, których chciałoby się ze swojej psychiki pozbyć, jakby nie patrzeć.
UsuńJa niby zwariowałam na jakiś czas. I jak można wyznaczyć, jaki to czas, kiedy zaczęłam być zdrowa? Trochę to bez sensu, no nie?
A pewnie, że by nie chciał. Więc baw się z tym winem, kobietami i śpiewem - żyj po prostu :)
OdpowiedzUsuńCzęsto się zastanawiam - może dlatego, że sama w ujęciu medycznym pewnie normalna nie jestem - jak to jest, że człowiek człowieka ma prawo określać pod względem szaleństwa, zamykać w szpitalach psychiatrycznych... Ważne, by być szczęśliwym, obojętnie jaką diagnozę postawi psychiatra :) I ten, też mówię do siebie :D
Cieszę się, że wróciłaś :) Choć Cię nie czytałam wcześniej, to zawsze u Królika, widząc Twoje komentarze, jakoś tego żałowałam.
Więc się bawię, po prostu...odreagowuję po swojemu ładnie pamiętając:) Tak chyba najlepiej:)
UsuńNo ja niby nie byłam, teraz ponoć się "wyleczyłam" i tak dalej..jedna wielka ściema :D Raz jest się zdrowym, raz nie....a gdzie granica? Bez sensu momentami. A czytałaś o antypsychiatrii? Tak w tym kontekście?
To nie jestem sama :D
Nie było wielce czego żałować. Jak przejrzałam swojego starego bloga, to się przeraziłam, jaka ja durna :D
Piękny wpis. Głęboki, osobisty. Wrażliwa z Ciebie istota...
OdpowiedzUsuńKażdy ma swoje "wino, kobiety i śpiew" - rozumiane dosłownie lub metaforycznie.
Dobrej nocy!
Cóż dziękuję:) Chociaż, niektórzy twierdzą, że jestem raczej gruboskórna jak hipopotam :D
UsuńDokładnie. Też sposób który pozwala po prostu przetrwać.
Jestem zdania, że w takim świecie bycie normalnym to najgorsza opcja ze wszystkich. Bycie świrusem ma swoje plusy, przynajmniej jest zabawnie :D śmierć niby jest wpisana w los każdego, tylko czasem wydaje się, że wybiera najmniej odpowiedni moment. Myślę, że człowiek ma prawo stawiać własne zasady i ograniczenia, choćby były zupełnie odmienne od tych ogólnie przyjętych. Tylko niech będzie konsekwentny (jestem jakoś przeczulona na tym punkcie...)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam! Zielony kocham, więc z wielką przyjemnością tu dłużej posiedzę :)
Tylko podstawowe pytanie właśnie, co znaczy być normalnym :D Ale fakt, że jakieś odbieganie od ogólnie przyjętej normy społecznej bywa...cenne. Nawet dla społeczeństwa bo przecież wszyscy wielcy odkrywcy byli uznawani za nienormalnych, no nie?:D
UsuńAle to tylko nam, maluczkim chyba się właśnie wydaje. Bo w sumie, my nie rozumiemy tych wszystkich mechanizmów, prawideł, po co zdarzają się pewne sprawy. Jesteśmy za mali, by objąć to swoim umysłem, tak mi się wydaje często.
Konsekwencja? Owszem, ale też w granicach rozsądku chyba :>
Cieszę się zatem:)
Bardzo często się nad tym zastanawiam. Co to znaczy, że ktoś jest szalony? Kiedy już się go diagnozuje, szufladkuje, przyczepia etykietkę choroby do czoła, a kiedy mówi, że nie, to nie jest problem? Zastanawia mnie też często, co jest niekiedy gorsze - to etykietowanie czy wręcz przeciwnie - udawanie, że problem nie istnieje, ignorowanie go? Ale tu już trochę wykraczam poza temat. A później - kiedy orzec, że ten czy tamten już jest zdrowy? Niektórzy to lubią tak stwierdzić od razu - wyślą raz do psychologa i nastąpi magiczne uzdrowienie! A to tak nie działa... jak wiesz, ja miałam taki ciężki okres w życiu, że nie jadłam. No i dlaczego nie byłam chora? Bo miałam za mało objawów? Nie wpasowałam się w żadne z istniejących ED? To wszystko jest dla mnie niepojęte, bo w gruncie rzeczy te granice wyznaczają ludzie i tak naprawdę tylko diagnoza osoby po studiach dzieli Cię od tego społecznego zaszufladkowania. Może w ogóle nie ma czegoś takiego jak (nie)normalność. Nie wiem.
OdpowiedzUsuńTrochę żałuję, że nie mam obok takiej osoby, z którą mogłabym tak sobie porozmawiać na takie tematy, trochę pofilozofować. Czasem mi to potrzebne... zwłaszcza ostatnio :/