środa, 26 sierpnia 2015

O najpiękniejszej melancholii późnego lata, czyli o sierpniu, który nieuchronnie przemija i o tym, że mimo wszystko tak wiele przed nami.

Był koniec sierpnia. Nocami hukały sowy, a nietoperze krążyły bezszelestnie nad domem. Las pełen był szumu, morze- niepokoju. W powietrzu było oczekiwanie i smutek, a księżyc wschodził wielki i złoty. Muminek zawsze najbardziej lubił ostatnie tygodnie lata, ale nigdy dokładnie nie wiedział, dlaczego. Szum wiatru i morza był inny niż zwykle, czuło się w powietrzu odmianę, drzewa stały, jakby na coś czekając. „Tak mi się zdaje, że zdarzy się coś nadzwyczajnego”- pomyślał Muminek
Tove Jansson, „W dolinie Muminków”

Zawsze koniec lata był okresem, który przepełnia mnie wyjątkową, jedyną w swoim rodzaju melancholią. Zawsze to koniec lata był tym, w którym gorzkość ziół czuć najbardziej, w którym wydłużające się wieczory i noce przypominają o przemijaniu bardziej niż błota listopada. Najpiękniejsza melancholia, melancholia babiego lata i pierwszych darów jesieni. Smutek pod rozpalonym jeszcze słońcem, smutek zimnych poranków. Kocham to uczucie. Kocham ta porę, wyjątkową, nostalgiczną miłością. Ta, jak żadna inna. Tak trudno ją uchwycić.

Cały sierpień jest zawsze dla mnie wyjątkowy. Każdego roku. To miesiąc miłości, ale i umierania. To miesiąc łez, łez z radości trwonionych przez oczy, łez największej żałoby, pierwszego tak wielkiego smutku i rozpaczy, jakie dotknęły mnie w życiu.
W sierpniu z moim Mężem staliśmy się jednym, sami nie wiedząc dokładnie jak i kiedy, gdy porwało nas uczucie w najmniej romantycznej historii świata, w historii z moją zdartą twarzą i odkażaniem za pomocą taniego wina. W nocy z 8 na 9 sierpnia, 7 lat temu, zapłonęłam wyjątkowym uczuciem, które trwa do dzisiaj i opiera się jakimś cudem codzienności, rutynie i wszelkim tragediom.
To w sierpniu, pod sam jego koniec, mój Mąż ma również urodziny. 30 sierpnia, data wiecznie mylona przez wszystkich z ostatnim dniem tego miesiąca. Dzień wielkich imprez, ale i spędzanych we dwoje pod kołdrą ulewnego czasu, dzień objadania się kolejnym zakalcem, którego stworzyłam. Zakalcem, który zdawał się być lepszy niż wszystkie inne torty świata, które mogłam kupić.
Sierpień to też pożegnanie. To wspomnienie spadających gwiazd i śmierci Vincenta. To pierwszy taki cios od losu, jaki otrzymałam. 3 lata temu, 12 sierpnia...ale nikt nie pamięta daty. Zawsze i dla mnie i dla Cat, a przedtem jeszcze Królika, to było apogeum nocy spadających gwiazd, które różni się datą co parę dni. Nieważne cyfry, tylko ta noc. Noc obchodzona wierszami, śpiewem i winem. Noc spędzana z tymi, którzy go kochali, kochają ciągle. W tym roku tak inna.
Sierpień to też zawsze zapach gór. Bo przecież co roku jakiś wyjazd, wyprawa wręcz. Ciężkie plecaki na barkach, zdobywane kolejne szczyty. Ryzyko śmierci na kolejnej grani, adrenalina i to nieopisane uczucie, gdy sięga się chmur. Sierpień to zawsze wolność podróży, zmęczenie ciała, ale szybowanie ducha pod niebiosa.

Tym wszystkim zawsze był dla mnie sierpień. Ten różnił się od wszystkich poprzednich. Ten obfitował w rocznice, które przemijały jakby obok. Ten sierpień był dla mnie martwy, a ja żyłam tylko w środku.
Żyłam wśród ludzi i dla nich. Z nimi piłam piwa, z nimi rozmawiałam, do nich się tuliłam. Spędzałam coraz dłuższe wcześniejsze wieczory. Tylko jakby obok. Jakby myśląc, czekając. Tylko na co czekając, po co, gdy najcudowniejsza pora tak ucieka?
Żyjąc też w strachu. Strachu chwilowym o własne życie. Żyjąc wspomnieniami i przymierzając je, jak nową czerwoną sukienkę do tego co tu i teraz. Do tego, co może być, a czego może nie być. Przymierzając myśl, że ja jestem kolejna. Trzecia. Na mnie przyszła pora, późnym latem. Bo przecież i ten drugi już późnym latem wiedział, ze listopad go dosięgnie, nie tylko Vincent...

Ten sierpień przyniósł niesamowite upały, żar lejący się z nieba nie dawał myśleć. Kazał się chować. Ten sierpień przyniósł przepracowanie i dziwny żal, tęsknotę za podróżą. Ten sierpień przyniósł moje krwotoki i omdlenia i dwa przerażające słowa, które wyryły się pewnej nocy w sercu jak wyrok, którym wcale nie są, ale dotarły do podświadomego strachu o tym, że ja mam być trzecia.
Omdlenia, krew na poduszce i pod prysznicem, słabość. Krwawiące dziąsła i siniaki. Podejrzenie białaczki.
Rzecz, o której starałam się nie mówić najbliższym, rzecz, którą dusiłam i duszę nadal. Moje osłabione ciało, z którym nie chciałam się afiszować. To nic przecież, to tylko kiepskie wyniki krwi, to nic przecież, to minie, to nic, od czego się umiera. Sama tak się pocieszałam, zanim wyniki krwi dostałam. Czy można, myśląc o własnej śmierci, zakładać maskę i mówić z uśmiechem na ustach? Okazuje się że można. Okazuje się, że to jeden z najbardziej udanych makijaży. Płacze się tylko głośno zmywając naczynia, wychodząc tylko na chwilę do łazienki, gdy ogląda się razem film. Bo przecież nie można wpadać w paranoję, nie można być hipochondrykiem! Wszystko się okaże, u hematologa, za pół roku, okazuje się, że wyniki wcale nie są AŻ TAK złe, tylko trzeba będzie może sprawdzić ponownie, okazuje się...
Nie można popadać w paranoję. Ale można się bać.

Ten sierpień przyniósł więc niewesołe myśli, panikę w środku, że oto ja, jedyna z całej trójki w końcu mam i swoje Waterloo. Zawsze łatwo w taką panikę wpadałam, nigdy tylko się z nią nie obnosiłam. Nikt nie myśli tak racjonalnie i chłodno w panice, która dotyczy mnie samej, jak ja. Nikt nie śmieje się tak głośno.

Nie umiem nabrać tylko jednego, mojego Męża. Nie umiem nabrać go tak bardzo, że aż podczas jednej z zimnych sierpniowych nicy pokłóciłam się z nim, że się o mnie martwi. Śmiałam się potem, że to jego wina, bo źle to powiedział, bo źle to okazuje...a tak naprawdę wina tkwi we mnie. Nie chcę, bo ktokolwiek się martwił, ktokolwiek wiedział, jednocześnie tak bardzo potrzebując wsparcia. Stary, dobrze znany syndrom bunkra. Syndrom, na który jednak niewiele można poradzić. Wysyłam sygnały a ty mnie goń. Chyba w tym momencie tylko jedna osoba, mój A. potrafił to zrozumieć w pełni. I też nie dał się nabrać, wyciągając mailami kolejne zdania i łzy.

Ten sierpień przyniósł więc wiele rocznic, o których nie umiałabym pisać od razu. Wiele myśli zanurzonych w leniwym upale. Wiele myśli skrytych, wiele przeżyć...w środku. Tych, których nie chciało się pokazywać, albo co dziwne, którymi nie chciało się dzielić z nikim więcej, niż potrzeba.

Ten sierpień przyniósł więc naszą kolejną rocznicę, rocznicę pierwszej wspólnej nocy, rocznicę kolejnych ślubów. Nie dało się jej spędzić tak, jak planowaliśmy. Prawie zemdlałam, gdy wracaliśmy po prostu ze spaceru, kolejne krwawienie, prawie zemdlałam w upale rozgrzanej ulicy dusznego miasta. Wróciliśmy do równie rozgrzanego domu i oglądaliśmy filmy, upijając się wspólnie zimnym piwem i miłością. Może wyszło lepiej, niż można było. Całkiem zwyczajnie, codziennie, a jednak pięknie.
Ten sierpień miał jednak tak wiele codzienności. Przez moje samopoczucie, przez moje dziwne myśli?

Potem nadeszła noc spadających gwiazd. I po raz pierwszy od tych trzech lat nie miałam z kim jej spędzić. To nie tak, że nie było nikogo przy mnie, nikogo kogo kocham. Ale nie było ze mną tych, którzy rozumieją najbardziej, tak dosadnie sens tej nocy. Nie było ze mną tych, z którymi Vincent żegnał się trzy lata temu.
Nie było przy mnie Królika, który namówiłby mnie na wyjście z domu mimo tego, że niebo zasnute było chmurami, mimo tego, że źle się czułam, mimo tego, że przecież o 6 trzeba wstać do pracy. Nie było go, bo już też nie żyje. Odczułam to tak boleśnie, siedząc po prostu i oglądając filmy z Redcar, czekając na Męża. Odczułam tak bardzo, że nie umiałam wyrzec o tym ani słowa. Nie było przy mnie tego, który był drugi w kolejce. Tego, którego też tak bardzo kochałam. Tej nocy tęskniłam podwójnie, za gwiazdami, które spadły. Za miłością, która jak światło martwych gwiazd, dociera z oddali.
Nie było tez przy mnie Cat, tej, która kochała Vincenta. Jeden krótki sms o jej odczuciach. O tym, że mnie też kocha, że tęskni, że ona widzi gwiazdy...jeden z niewielu takich smsów w sierpniu. I tej nocy, właśnie tej, gdy powinnyśmy razem opłakiwać Vincenta i śpiewać mu pod niebem, tej nocy, podczas której obie mogłybyśmy tęsknić podwójnie, poczułam, że jeszcze coś umiera. Nie tylko spadające gwiazdy. Umiera nasza więź, wypala się. Może przez odległość, może przez jej egocentryzm, egoizm, który po zadaniu pytania „co u mnie” opowiada tylko o swoich problemach i pragnieniach. Poczułam tej nocy, że już nigdy, przenigdy, nie będę umiała opowiedzieć jej o swojej tęsknocie. O tej tęsknocie za Vincentem. Jakby tej nocy znów coś obumarło. Nie umarł przyjaciel, a zaczęła umierać przyjaźń.
Być może ta więź nigdy nie miała racji bytu, być może zderzyłyśmy się tylko, by poznać innych ludzi i razem znieść ich śmierć, jak kochanki, jak przyjaciółki? Może spotkałyśmy się niczym płaczki w konduktach pogrzebowych. To nie tak, że ucieknę od niej, a ona ode mnie. Ale tej nocy poczułam, że to, o co walczyłam, zaczyna obumierać dosłownie. Może nie całkiem, może zawsze będziemy się zderzać...ale to jak pocałunek na pożegnanie. Widzimy się, mijamy. Nigdy już nie jesteśmy tak blisko, jak podczas ostatnich lat.
Może tak musi być.
Tej nocy, gdy gwiazdy spadały setkami, poszłam spać wcześnie. Niebo zasnuwały ciemne chmury. Gdy z pracy wrócił Mąż, a Redcar poszła do swojego mieszkania, włączyłam kilka piosenek. Tak symbolicznych piosenek. Zapłakałam nieznacznie, spłukując z siebie brud całego dnia. Jakbym spłukiwała brud całego życia. Zasnęłam pusta, jak już dawno nie bywało. Zasnęłam, by powitać nowy dzień, kolejny, już niosący ukojenie..

Tego sierpnia nie widziałam żadnej spadającej gwiazdy. Do poniedziałku. Choć, czy to była gwiazda, czy tylko przewidzenie?

Ten sierpień nie przyniósł podróży. Nie stać nas było na kolejną wyprawę w góry, która przyniosłaby ukojenie. Cudem, ciułając grosz do grosza uzbieraliśmy jednak na wyjazd. Krótki przemarsz z plecakami w Sudetach, na który czekamy do końca września. Wyjazd, który może przyniesie ukojenie. Wyjazd, którego się boję, przez swoje krwotoki, przez swoje słabości obecne. Wyjazd, na którym być może pokonam samą siebie.

Sierpień przyniesie jeszcze urodziny mojego Męża i tort marchewkowy. Przyniesie parę dni, zachwytów i wiele śmiechu.
Być może, przyniesie pewne rozwiązania.
Być może, ja rozwiąże pewne sprawy. Być może dowiem się, przebadam, zbadam, dotknę. Ukoję samą siebie. Być może, nie stanę się jeszcze „tą trzecią”. Nie teraz.

Ten sierpień był martwym oceanem, podziemną rzeką, która drążyła moje skały. Nadal jest. Jest wodą, samymi emocjami, bijącym czystym źródłem, które miesza się z błotem, póki nie przebije naskórka ziemi. Być może wrzesień zadziała jak skalpel, przecinając kolejne warstwy, dając ukojenie.
Ten sierpień jest śmiechem, spokojem, codziennością. Jest niepokojem wyczuwanym tylko i wyłącznie od środka. Jest jaki jest. Jest końcem lata. Melancholią i próbą zrozumienia. Jest wiatrem, który chciwie wącham, rozchylając nozdrza, chcąc żyć. Jest spokojną przemianą, obumieraniem ale i rodzeniem, nowymi nasionami zasiewanymi, które kiedyś, może za rok wydadzą plon.

Jest czasem zbiorów tego, co było. Jak każdy sierpień. Tak często najważniejszy w roku. Bo to w nim tak wiele się zaczyna i kończy, choć tego nie widać.

Ale i sierpień powili się kończy, czas przeminął. Czas na zasiew i spokojne dojrzewanie kłosów minął. Pełnia dorodnego kłosa pszenicy goni, pogania.
Czas właśnie, by rzeka znów płynęła, by wypełniło się koryto, nie tylko to niewidoczne dla oczu. Czas, by można było się z niego napić.
Czas na przygody. Czas na szybsze bicie serca podczas zamierania.

Czas wrócić do was, do tego miejsca, pokazać, że dalej się żyje i że jakoś zależy. Czas odpisać na wszystkie zaległe listy, na wszystkie wiadomości, które aż palą palce, gdy te wystukują lub spisują atramentem kolejne litery. Czas poznać nieuchronne i zacząć pakować plecaki na jesienną tym razem, a nie letnią wędrówkę. Czas wypatrywać zimy i zbierać plony tak dziwnego dla mnie, martwego lata. Czas zatopić się w najpiękniejszym smutku późnego sierpnia, który przepełnia moją duszę. Nic więcej nie trzeba. Tym razem to późne lato, a nie pełne słońce tak wiele obiecuje. A ja, wracająca z martwych podziemnych rzek, łaknąc tego, co przyniosą jesienne, późne deszcze, muszę to uchwycić. Tylko tyle. Albo- aż tyle.


Wydaje mi się, że będę tęskniła za tobą zawsze
Niczym gwiazdy tęsknią za słońcem o poranku
Lepiej późno niż wcale
Nawet jeśli odszedłeś, ja będę jechała dalej

Odczuwam letni smutek



50 komentarzy:

  1. Dla mnie koniec lata też jest wyjątkowy... i to właśnie ta pora jest dla mnie często jakimś nowym początkiem, czasem zmian, zarówno symbolicznie jak i faktycznie. Dużo bardziej niż 1 stycznia. I jakoś od zawsze, kiedy czuję w powietrzu chłodny powiew jesienii, to odżywam, chce mi się wszystkiego, chcę wychodzić, podróżować, chcę nowości.
    Dla mnie ten sierpień był wyjątkowy. Były góry, las, ogniska, widziałam mnóstwo spadających gwiazd, wgl. w miejscu, w którym byłam przez kilka dni niebo było widać naprawdę przepięknie. Ale o tym więcej napiszę u siebie już niedługo.
    I wiesz Frida, nawet rak krwi nie jest wyrokiem, jest szansa na przeszczep szpiku, sama kilka dni temu zostałam potencjalnym dawcą. Mam jednak nadzieję, że to nie aż takie poważne... kobieto, nie odwlekaj badań!
    Los nie szykuje dla Ciebie takiego scenariusza, tak czuję ;)
    Cieszę się, że jednak uda się Wam wyrwać w góry, widzę, że tego potrzebujesz. Sama pewnie we wrześniu jeszcze nie raz w nie wrócę ;)
    No i cóż, przesyłam na koniec trochę dobrej energii, tak po prostu. Wszystko będzie dobrze :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli rozumiesz o co mi chodzi:) Może dlatego tak odczuwamy, bo jakoś..jesteśmy złączone z cyklem natury i nieważne dla nas są daty, ale to, co przynosi nam natura, w tym nasza własna?:) I jednak zamieranie...właśnie wbrew pozorom pobudza:>
      Więc cieszę się, że właśnie tak spędziłaś sierpień. Że wrył się w pamięć. W sumie..to trochę jak każdy mój poprzedni sierpień. Ale może dlatego, ze ten się różnił, nadejdą większe zmiany?:)
      Wiesz, ja raka póki co nie mam:) Sama doskonale zdaję sobie sprawę, w końcu 5 lat spędziłam na onkologii...ale po prostu, same dziwne myśli nieraz kłębią się w głowie. Tym bardziej, że to sierpień. Ale nic mi nie jest na razie, czekam na kolejne badania, ale musi być dobrze:) To tylko taka wewnętrzna panika, hipochondria, poczucie słabości...sama wiesz, jak to działa zapewne:)
      Czyżby Tatry ciągnęły?:>
      I dziękuję skarbie:*

      Usuń
    2. Doskonale rozumiem :)
      I tak, myślę, że to w tym rzecz. Jednak to co związane z naturą, zarówno tą mnie otaczającą jak i moją własną, ma na mnie największy wpływ. Autentycznie czuję, że coś się dzieje, tak intuicyjnie, a nie dlatego, że ludzie gadają.
      I widzisz, paradoksalnie tak :> Przynajmniej mnie XD
      O tak, wrył się w pamięć... powiem Ci, że potrzebowałam tego. I właśnie może będzie tak jak mówisz. Mam wrażenie, że u Ciebie też zanosi się na zmiany. Więc życzę tych takich dobrych ;)
      Rozumiem... cieszę się zatem bardzo, że to nie aż tak poważne! I wiesz, może i czasami taka hipochondria ma swoje zalety? Bo przynajmniej pewnych rzeczy się nie zlekceważy.
      Tatry owszem, ale w najbliższym czasie, to będę wędrować raczej bliżej siebie, po Beskidach ;)
      :*

      Usuń
    3. Właśnie, od tego człowiek cóż..po prostu nie może się odciąć:)Natury nie oszukasz XD
      I mam nadzieję, że to dobre zmiany właśnie:) Zobaczymy. Zresztą, nie ma dobrych złych zmian...są działania, konsekwencje i nasze nastawienie:)
      Ano nie jest. Spanikowałam przy pierwszych wynikach po prostu, bo fakt, z moim ciałem nie jest dobrze...ale nie umieram:) I ja w sumie lekceważę tak pewne rzeczy..od ponad roku? No ale pora wziąć się za siebie:)
      O proszę, a gdzie dokładniej?:) My jednak będziemy zdobywać Karpacz i Czeską stronę, o:)

      Usuń
    4. No jak widać nie XD
      I no w sumie racja... najwięcej zależy jednak od tego jak sami zareagujemy na jakąś sytuację, a nie jaka ona jest :)
      Też mam tendencje do zwlekania... chociażby z dentystą :o
      Dokładnych planów jeszcze nie mam, bo wiesz, ja mam góry na wyciągnięcue ręki :D Beskid Mały, Beskid Żywiecki te okolice. Więc te wypady też bardziej spontaniczne będą, tak myślę. Ale kojarzysz, Wisła, Szczyrk, Trójwieś i te sprawy :D Tutaj mieszkam. Chociaż dzisiaj pojawiła się propozycja wyjazdu w Tatry na weekend, więc może i Tatry będą :>

      Usuń
    5. A teraz w sierpniu to przez kilka dni wędrowałam po Beskidzie Niskim. Zwą go najsamotniejszym z Beskidów i rzeczywiście są to chyba najdziksze i najbardziej nienaruszone góry w Polsce. Polecam ;)

      Usuń
    6. Otóż to. Nawet...drastycznie, ale ludzie w obozach koncentracycjnych nieraz przetrwali przez swoje nastawienie. Przez wiarę, że przetrwają właśnie.
      O, to ja tak samo, do stomatologa dojść nie mogę XD
      A to chętnie bym odwiedziła :>

      Usuń
  2. i mnie przepełnia smutek... lęk nadchodzących nieuchronnie obrazów ponurej rzeczywistości, zimna... brrr...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale widzisz, dla mnie ten smutek, jak i sama jesień, mają w sobie wyjątkowe, niepowtarzalne piękno:)

      Usuń
  3. To nie był dla Ciebie dobry sierpień. Tym bardziej podziwiam Cię za to, że potrafiłaś tak pięknie napisać wstęp o sierpniu, bo mimo że ja mam zupełnie inne doświadczenia to jednak sierpień czuję podobnie jak Ty i podobnie jak muminki :) Koniec sierpnia i początek września ma w sobie to "coś" czego nie umiem opisać słowami. Taką melancholię takie "dorosłe szczęście" :D Nie mam pojęcia jak to nazwać :D Ale zawsze wczesną, złotą jesienią jest we mnie pełno motylków... Ale co ja Ci będę opowiadać. Tego sierpnia i na początku tego września będę wierzyć z całych sił, że wyniki Twoich badań nie będą złe, że to tylko chwilowy spadek formy. Każdemu się zdarza. Vincent i Królik poczekają na Ciebie jeszcze baaaaaaaaardzo długo. Teraz jesteś nasza i nasza na dłuuuuuugi jeszcze czas zostaniesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Był..specyficzny i jakoś ciężki. Chociaż miał wiele naprawdę wspaniałych momentów, ba, nadal je ma:) I wiesz..nawet, jak jest dużo złych chwil, to życie w gruncie rzeczy jest piękne, no nie?:) Zresztą, ja się tu nie zjawiam, póki mi ponuractwo choć trochę nie przejdzie XD Dokładnie, dorosłe szczęście, świetnie to nazwałaś! Idealne określenie!XD
      I będzie lepiej, musi:) Tylko ja się najpierw muszę do lekarza dobić, żeby określił kolejne badania..kochane kolejki w nfz XD
      I oby. Tęsknię za nimi, ale nie mam zamiaru ich gonić:)

      Usuń
    2. Dobrze, że tak mówisz, bo jednak wiele osób uważa dokładnie na odwrót. Że życie jest do bani, tylko czasem są piękne chwile :P Ale ja wolę takie podejście jak Twoje :) Ja naprawdę nie wiem skąd to określenie wytrzasnęłam, ale je sobie wyobraziłam i poczułam i to jakoś tak samo ;p Czasem przychodzą nam do głowy jakieś głupie słowa, które nawet nie wiadomo skąd się biorą xD
      A prywatnie jest zbyt drogo? Może jednak warto w Twoim przypadku?

      Usuń
    3. No to ja może jestem po prostu optymistką XD
      Ale widzisz, przyszło samo, a okazało się idealne: I dokłądnie:)
      Wiesz co, nawet prywatnie..czeka się z 2-3 miesiące w Poznaniu. Hematologów jest mało, a dużo ludzi ich potrzebuje.

      Usuń
  4. To przedziwne uczucie, już sama informacja o kimś, kto tego samego dnia co ja obchodzi urodziny, jest w stanie przyspieszyć bicie mojego serca. Końcówka sierpnia również i dla mnie jest okresem magicznym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O proszę..czyli można świętować, przesyłając i tobie jeszcze taką wyjątkową, urodzinową afirmację:) Cieszę się więc:)

      Usuń
  5. Muszę przyznać, że sierpień jest dla mnie mocno przesiąknięty śmiercią i tęsknotą, szczególnie jego koniec, a jego ciepło lekko doprowadza mnie do szału. Czekałam na Twój wpis, na Twoje słowa. Ściskam Cię ciepło i serdecznie, już niedługo wrzesień, może większy spokój? Oby tak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli podobnie trochę czujemy ten miesiąc. I...miło mi słyszeć takie słowa, wiesz? Jednak czasem ktoś czeka cholera XD I musi być:) Tobie też go z całego serca życzę:)

      Usuń
  6. Koniec sierpnia faktycznie ma coś w sobie - człowiek zawsze był niby smutny, bo czas do szkoły, ale z drugiej strony ten początek września napawał optymizmem. Może dlatego, że zawsze było to początek czegoś nowego? Nowe doświadczenia, nowy rok szkolny, nowe bukiety z suszonych liści i mnóstwo kolorów.
    Wiesz, mam nadzieję, że wszystko będzie z Tobą dobrze. Wszyscy tutaj trzymamy za Ciebie kciuki i dołączam się do słów Anelise - zostajesz z nami i nie oddamy Cię tak łatwo kochana. Tylko nie szarżuj za bardzo i uważaj na siebie troszkę bardziej niż zwykle. :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, tylko ten smutek..cholera, to taki ładny smutek. Wielu ludzi dziwi się, że ja czasem smutek nazywam ładnym...ale tak go właśnie odczuwam. I może jest też w tym coś takiego, jak zakorzenione wspomnienia, czy szkoły, czy nowych początków, jakichś końców...zostały w nas.
      I też mam nadzieję, wiesz, nie umieram XD Miałam tylko chwilę takiej paniki. Nie jest dobrze, moje ciało...szaleje. Ale nie jest źle, no:) Ogarniam:) I uważam. Nawet..już miesiąc nie palę:)

      Usuń
    2. Podoba mi się to określenie "ładny smutek" <3 Bo faktycznie on nie jest taki, który pali w środku do łez, ale raczej wzbudza jakieś inne emocje. Aż ciężko je nazwać, ale nie powiedziałabym, że są złe. :)
      No! I tak ma być! Rozumiem chwile paniki, bo gdy coś się zaczyna dziać, to człowiek zamiast myśleć pozytywnie, najpierw buduje sobie najczarniejsze scenariusze, a dopiero później wraca zdrowy rozsądek, który jednak każe patrzeć pozytywnie.
      Noooo, za niepalenie masz u mnie wielkiego plusa, bardzo się ciesze. :)

      Usuń
    3. To się cieszę:) Bo właśnie, smutek może być też ładny i cholera...my w ogóle nie doceniamy smutku w życiu. Chyba będę musiała o tym jakąś notkę napisać XD
      Właśnie, to ten moment, gdy odbiera oddech, zwłaszcza przez pryzmat jakichś tam wspomnień..ale potem się człowiek ogarnia i idzie do przodu:)
      No ja też:)

      Usuń
  7. Sierpień zawiera naprawdę szczególne dla Ciebie daty, nic dziwnego więc, że jest wyjątkowy. Ja za to jakoś za tą melancholią jego końca nie przepadam... Jakoś wrzesień jest dla mnie bardziej łaskawy, ale końcówka sierpnia to u mnie rozdrażnienie, łzy i jakiś taki stres, sama nigdy do końca nie wiem, z czym związany. Ale przecież wszystko da się przetrwać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I uważaj tam na siebie... Ty wiesz :*

      Usuń
    2. Owszem, sierpień jest właśnie..wyjątkowy, wspomnieniowy, jest pod tym względem..tylko mój jakoś. Obecna jestem inaczej, można rzec:)A ja melancholię lubię. Dla mnie melancholia jest piękna, ta końcowa właśnie. Ale ja w ogóle...lubuję się w smutku, chociaż to trudno nieraz zauważyć. Ale...maski XD
      Więc i wrzesień niedługo i niech łaskawy właśnie będzie:)
      I uważam, spoko:)

      Usuń
  8. Wiesz, masz rację, że koniec lata - przełom sierpnia i września - jest najbardziej nostalgiczny. Bardzo kocham ten czas, i równie mocno nienawidzę. Trzeba dorosnąć do tego, by docenić piękno jesieni - tak zawsze mówiła mi nauczycielka plastyki w podstawówce, gdy miałam niecałe 10 lat. I miała, cholercia, rację.
    Frido, nie będziesz tą trzecią. Bogowie wiedzą, że jesteś zbyt wielu ludziom potrzebna. Nie zabiorą Cię im.
    Co do przyjaźni, która obumiera - podobno przyjaźń, która się kończy, nigdy nie była prawdziwą przyjaźnią. Głupio mi radzić dorosłej kobiecie, ale przyjaźń to wartość, która u mnie wiele razy przeżywała załamania. I po tylu rozsypanych przyjaźniach stwierdzam, że po prostu trzeba było szczerze porozmawiać. Przedstawić jak się sprawy mają. Spytać "czy Ty chcesz mnie widzieć w swoim życiu?". A jak nie to odejść z godnością. Przecież niektórzy potrzebują nas, gdy tylko sami są w potrzebie.
    Trzymaj się, Frido! Nie choruj nam tylko! I udanej wyprawy w góry. Tylko uważaj na siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie. Bo może..to nie jest ten dosłowny, oczywisty smutek, jak w listopadzie, gdzie możemy sobie pozwolić na łzy i marudzenie na pogodę. Bo jest jeszcze pięknie, gorąco, słońce świeci..ale już nie jest tak oczywiste. W kościach czujemy przemijanie i...to jest właśnie piękne uczucie, choć niełatwe. Jak wszystkie niełatwe miłości:)
      Wiesz....ja nie tłumaczę, nie możesz odejść, bo ktoś cię potrzebuje. Tego, który odszedł rok temu też potrzebowała rodzina, przyjaciele. Tego, który odeszedł trzy lata temu, potrzebował jego syn....to nie my decydujemy. Ale ja się nigdzie nie wybieram, no:)
      Wiesz, ja nie mówię, że to nie była przyjaźń.Była. Ale ludzie się zmieniają, więzi się zmieniają i ja to akceptuję, tylko to nieraz taki smutek, jak koniec lata- coś się kończy. Ale, cholera, było pięknie. I takie pytanie wprost, owszem, bywa potrzebne. Ale...zdajesz je wtedy, gdy masz okazję w ogóle je zadać...
      Będę, będę. Uważam na siebie, no:)

      Usuń
  9. Mnie w tym roku sierpień przynosi nieznane dotąd odczucia i uczucia.
    Jest pełen ciepła, spokoju i miłości, pełen rozwagi, powagi, śmiechów, zdawac by się mogło, że jest niemal idealnie. Tylko noce, które spędzam samotnie, czasem pachną jesiennym smutkiem.
    Nie wszystkie smutki jednak mają to do siebie, że trzeba się ich pozbywać.
    Niektóre trzeba oswoić i pokochać.

    Trzymam kciuki!

    A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem doskonale i...cieszę się, że i dla ciebie sierpień otworzył..no, pewne sprawy :>:D
      Ale ten smutek ma i tak swoje piękno, prawda? Bo właśnie...smutek też jest potrzebny. Tylko to trudna miłość:)

      Usuń
    2. Trudna miłość jest najpiękniejsza! :). Nie znam się na fizyce, ale jestem naturalnym obserwatorem świata. Choć czasem i to jest za mało, żeby pojąć i oswoić stratę.
      Tym, co mnie trapiło jeszcze jakiś czas temu i pewnie kiedyś wróci, jest lęk przed utratą. Uczę się go niwelować.

      Usuń
    3. Otóż to. Prawdziwa miłość zawsze zresztą, bywa trudna w codzienności co najmniej, no nie?:) Wiesz, za mało...po prostu, to coś, co trzeba...przeproacować. Ostatnio lubię to słowo, przepracować coś:)
      I słusznie:)

      Usuń
  10. dla mnie sierpień właściwie kojarzył się jedynie z początkiem końca wakacji. nigdy mi nie był ten miesiąc jakoś bliski. jednak w tym roku z pewną nutką smutku, żalu patrzę na niego. bo to ostatni sierpień kiedy wszyscy moi (dotychczasowi) najbliżsi znajomi są na miejscu. bo to ostatni sierpień zwieńczający moją naukę w szkole. bo to ostatni sierpień kiedy On jest tutaj, ze mną...

    wysyłam sygnały a ty mnie goń - doskonale to znam. i czasami się denerwuję, że ktoś nie potrafi tych sygnałów odpowiednio dostrzec i na nie zareagować.

    aż dopadła mnie swego rodzaju melancholia czytając twój post. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Początek końca...ale i koniec to też przecież początek, no nie?:) Coś się kończy, coś zaczyna. Zawsze. I właśnie, ten sierpień musi być dla ciebie jakoś wyjątkowy przecież...bo to aż dosłowny początek i koniec, ostatni z ostatnich. To cięzkie uczucie ale i piękne.

      Dokładnie. A pretensji nie można mieć, prawda? Czasem najgorzej właśnie aż tak się...zapętlić w tym wszystkim.

      To dobrze?

      Usuń
    2. nie powiem, że jest to łatwe uczucie, ale tak jak napisałaś - piękne. w takich momentach, takich głębokich, człowiek czuje, że żyje, bo co to byłaby za egzystencja, gdyby odczuwać jedynie powierzchniowo wszystko?

      no właśnie. a ja często mam o to pretensje. zwłaszcza do chłopaków. bo dziewczyny trochę bardziej wyczulone są na czyjś humor, czyjeś odpowiedzi.

      właściwie to tak. wieczorna melancholia czasami jest przyjemną melancholią. :)

      Usuń
    3. Właśnie, człowiek nieraz musi odczuwać aż do głębi trzewi, to prawda. Inaczej, na co by to wszystko było warte?
      Hm...czy ja wiem? Jak zaobserwowałam, to wychodzi pół na pół w zyciu. U mnie na moje humory to najbardziej wyczulony jest..Mąż XD Ale to chyba lata wprawy.

      Otóż to:)

      Usuń
  11. Oj Frido.....dla mnie sierpień też jest bardzo ważny.
    Ale inaczej.
    Tego miesiąca, przed trzema laty, wszystko się w mym życiu zmieniło....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To też już 3 lata? I faktycznie, to był sierpień, jak dobrze pamiętam...

      Usuń
  12. Sposób, w jaki ubierasz swoje myśli; słowa, jakimi się posługujesz... To wszystko budzi we mnie coś, czego nigdy nie nauczyłam się precyzyjnie określić. Jakiś rodzaj wewnętrznego smutku, zamyślenia, poruszenia.

    Z całego serca, życzę Ci siły. Mocy, która bez względu na to, jaki będzie wynik z sumy najbliższych dni , pozwoli Ci uporać się z tym, z czym będziesz musiała się zmierzyć. Życzę Ci oczyszczających łez, mogących ulżyć trochę w dźwiganiu ciężaru, jaki każdy spoczywa na ramionach każdego z nas. Życzę Ci spokoju ducha, poczucia sensu, nadziei i wiary. Z tym wszystkim na pewno iść będzie łatwiej, iść będzie raźniej, mniej beznadziejnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy smutek jest dobry i czy powinnam za niego przepraszać ale..wiem, że nieraz jakieś poruszenie, nawet nostalgiczne, melancholijne, jest potrzebne, bywa ważne. Więc...może to właśnie i dobrze?:)

      I dziękuję. Siła, w jakichkolwiek okolicznościach bywa potrzebna, więc za tą afirmację dziękuję szczególnie:) I właśnie...iść ramię w ramię..chyba właśnie nieraz to bywa najważniejsze?:)

      Usuń
    2. Niektóre smutki są dobre. Ten ma dwa oblicza. Zwróciłaś moją uwagę na kończące się lato, budząc i we mnie tę smutną nostalgię.
      Ale i zmartwiłam się trochę, czytając o Twoich problemach i obawach.
      W żadnym wypadku nie powinnaś przepraszać. Wszystko odgrywa jakąś rolę w naszych życiach, każda emocja ma jakieś znaczenie. :)

      Tak myślę. Czasem najgorsze, co możemy zrobić to zatrzymać się i tkwić w tym emocjonalnym paraliżu, w obawie nawet przed mrugnięciem. Kilka razy już stałam, nie wiedząc, w którą stronę skierować kroki. Łatwo jest mówić, że powinno się wybrać tę dróżkę, która wydaje się najodpowiedniejsza i po drodze zrobić wszystko, by taka właśnie się okazała. Wszystko się jednak komplikuje, kiedy w grę wchodzą nasza własna egzystencja i nasze własne uczucia. Dlatego właśnie uważam, że siła jest potrzebna. Potrzebna nam wszystkim.

      Usuń
    3. Ale właśnie...smutek miewa w sobie cholerne piękno. Rety, serio muszę o tym chyba więcej napisać, bo stale to powraca jak fale- smutek wcale nie jest czymś złym, czymś, przed czym zawsze powinniśmy się bronić.
      Ale..ja ogarniam, więc nie ma się co martwić:)
      No to nie przepraszam:)

      Otóż to. I wiesz, ta presja żeby wybrać dobrą drogę..mi się wydaje, że żadna z dróg nie jest zła, Tylko to kwestia naszego nastawienia i tego, czy boimy się własnych błędów. A tych, nie powinniśmy.

      Usuń
  13. tyle wspomnień, pięknych, choć smutnych... ludzie nie odchodzą po śmierci, są ciągle przy nas, natomiast odejść mogą w najgorszy sposób - właśnie przez egoizm, przez ciągłe ja, ja, ja, nie zauważając przy tym problemów, czy w ogóle nawet obecności innych... i te pożegnania są chyba najgorsze, nie świadomość, że kogoś straciliśmy, bo nie żyje, ale ta, że straciliśmy, ale ciągle możemy się gdzieś na niego natknąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I smutnych i wesołych:) Bo życie to przeplatanka obu właśnie:) I ludzie są po prostu...ludźmi. Trudno nimi nie być, czyż nie? Egoizm nam jest przyrodzony. I nieraz zrani, nieraz przjedzie niezauważony wręcz...
      I masz rację. Te są najgorsze nieraz.

      Usuń
  14. Ten sierpień był dla mnie miesiącem niezwykłym. Poza podróżami był to czas bardzo wielu przemyśleń i rozeznawania, co jest dla mnie i co nie jest. Czasem odpoczynku z ludźmi i z dala od nich. Rwaniem liści laurowych. Chłonięciem wrażeń, zakochiwaniem się z zaskoczeniem w kulturze, która nigdy mnie nie pociągała. Ale to przemyślenia na kawałku skały, podziwianie wschodu nad cyprysami zapamiętam na długo... bo to, co wypaplam, umknie w końcu, ale to, co mnie trochę choć zmieniło, zostawię sobie i będę pielęgnować. Może i dla mnie sierpnie będą już zawsze inne? Końcówki tego miesiąca też zawsze były dość smętne - pod tytułem "zaraz znowu doliczą mi kolejny rok!", bo jak na złość przypadło mi mieć urodziny przy odchodzącym lecie, ale już nie w wakacje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie miałam właśnie wrażenie, że sierpień będzie dla ciebie ważny i niezwykły. Że naładujesz baterie na wrzesień na powroty tak naprawdę. Na całą resztę. I nasuwa mi się dosadnie jedno, znowuż Muminki : Stworzonko znów dotknęło plecaka i spytało ostrożnie:
      - Może byś... Tyle podróżowałeś...
      - Nie – odpowiedział Włóczykij. – Nie teraz. – I pomyślał rozgoryczony: „Dlaczego nie pozwolą mi nigdy zachować moich wspomnień o wędrówkach tylko dla siebie? Czy nie mogą zrozumieć, że gadaniem wszystko niszczą? Jeśli im opowiadam, to potem nic nie zostaje. Pamiętam tylko swoje własne opowiadania, kiedy staram się przypomnieć sobie, jak było.” Królik też tak mówił. Najważniejsze zostawiam dla siebie:) I pamiętam o tym akurat:> I to wcale a wcale nie jest złośliwe:)

      Usuń
  15. Jesteś piękną Duszą, Frido. Coraz mniej ludzi dostrzega tak wiele drobiazgów, które dzieją się codziennie wokół nas. Drobiazgów, w których przecież tkwi cały sens. Zamykamy się w ciemnych pokojach i zamiast patrzeć w niebo, patrzymy w ekran telewizora/komputera. Zapominamy jak smakują wieczory jesienniejące babim latem w rozpuszczonych włosach.
    Dla mnie 12. sierpnia to też bardzo ważna data. W tym roku udało mi się uciec daleko od miasta, od deszczowych chmur i zobaczyć niebo - takie jakie jest - bezchmurne, nagie, bezbronne. Widziałam kilkadziesiąt spadających gwiazd. I wiesz, w którymś momencie odwróciłam wzrok, by nie patrzeć więcej... Bo w tych gwiazdach jest też niewyobrażalnie wielki smutek. Wypowiadamy życzenia, gdy umierają na naszych oczach. To wszystko jest tak bardzo paradoksalne.
    Życzę Ci zdrowia, Frido. Sił, miłości, jesiennych podróży, które przyniosą spokój i uśmiech. Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, dziękuję za takie słowa. I tak naprawdę...właśnie życie przecież składa się z drobiazgów. To one składają się na wielkie i ważne sprawy, dla których ponoć żyjemy. Właśnie magia zaklęta w nitkach babiego lata to ta sama magia, która rządzi całym wszechświatem. Ta sama magia, która sprawia, że kochamy.
      Więc..cieszę się, że udało ci się je zobaczyć. Mimo że miały w sobie smutek ale...właśnie i smutek jest piękny, prawda? I to chyba nawet nie jest paradoks. To kwestia życia i jego praw:)
      I dzięki:)

      Usuń
  16. Pomyślałam o sierpniu i przez jakiś czas kojarzył mi się z rozpaczą, smutkiem, a teraz jest tylko smętnym zastanowieniem.

    OdpowiedzUsuń
  17. I dla mnie ten sierpien jest pelen tesknoty. Mimo ze w koncu choc na chwile bylam w domu... jednak byly to chwile ulotne, zbyt krotkie... musze przyznac, ze przerazilam sie tym postem. Z calej duszy pragne, bys nie byla ta trzecia. By to nie bylo nic powaznego. Dobrze ze meza oszukac nie mozesz. Dobrze ze widzi, odczuwa, interesuje sie i wspiera. Dobrze ze jest przy Tobie ktos taki. (Wybacz bledy i brak polskich znakow, pisze z komorki)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I nie ma co się bać, weź:) Przeżyję, to tylko właśnie wylany, cały mój strach i niepewności...ale musi być dobrze:)I wiem, cieszę się jak cholera z tego właśnie i uczę się doceniać, cały czas.

      Usuń