wtorek, 3 marca 2015

O przedwczesnych burzach i siostrze ropusze, czyli o niepokoju, który gości pod sercem i nie można się go pozbyć.

Niepokój.

Dopada w umyśle, gromadzi się w klatce z żeber. Nienazwany, nieokreślony. "Coś wisi w powietrzu". Stare znaki mówiące o nieurodzaju, złe sny, drganie przestrzeni.

W nocy budzę się raz po raz. Już nie przez kaszel mojego Męża. Może ten cały lęk, całkiem irracjonalny dopadł mnie dlatego, że przez dwa dni panikowałam, że mój ukochany ma zapalenie płuc i zabiorą mi go do szpitala? Wczoraj uspokoił mnie lekarz, ale niepokoje odchodzą wolniej, gdy spada kamień z serca, nie znaczy przecież, że cała trucizna wysączyła się już z żył. Może to wszystko po prostu stres związany z chorobami, planami na przyszłość, zawaleniem się trochę świata? Może po prostu moje serce nie umie się uspokoić, gdy wszystko odradza się w preludium wiosny, bo przecież, tą już czuć?

Już przecież chłonęłam jej zapach, gdy spadł w niedzielę deszcz, a ja wracałam ze szkoły, do której musiałam się udać, żeby podpisać papiery związane z egzaminem końcowym i prawem do wykonywania zawodu. Wtedy wszystko grało w duszy.
Gdy wróciłam do domu, tyle dobrych informacji. Jedno zaproszenie na ślub, drugie. Znajomi spodziewający się dziecka, nowe, piękne życie. Młodej udało się dostać stypendium zagraniczne, pojedzie na rok na Białoruś. Będę tęsknić, ale cieszę się, że spełnia marzenia. A potem, w końcu pojedziemy kiedyś razem do Stambułu.
Dobre myśli, które zjadały w tą niedzielę lęki o Męża, który kaszlał niemiłosiernie. Jednak w życiu przychodzą i dobre i złe informacje.
Potem płacz Cat, bo jej druga babcia w tym roku umiera. Nie dają jej więcej jak tydzień. Znowu podły rak. Kolejna historia w rodzinie innej Kaśki, która wiąże się ze smutkiem i śmiercią.

Cykl życia, znów można rzec. Ktoś się rodzi, ktoś umiera. Zasiane zboże wypuszcza kiełki, żeby potem można było je żnąć. Informacje o cudzym szczęściu i cudzym smutku, cierpieniu, przepływają przez moje żyły. Jak rzeki, jak potoki.
Ostatnio dużo się dzieje. To jak rozmarzające lodowce, zasilające górskie potoki. Ktoś się rodzi, ktoś umiera, ktoś się zakochuje, ktoś kogoś traci. A ja stanęłam w miejscu i obserwuję, nie zwracając uwagi na biegnący szaleńczo, tylko pozornie istniejący czas.

A w moim sercu narodził się niepokój. Z całej tej jaskrawości, z całego tego ruchu i jednoczesnego zastoju. Coś wisi w powietrzu. Coś uwiera jak okruch szkła w stopie, który nie krwawi, nie jątrzy się, a nie pozwala równo i radośnie stąpać po leśnym dukcie.
Coś jest nie tak. A ja tak bardzo nie wiem co.

Poniedziałek przychodzi i zdejmuje właśnie kamień z serca, dzięki decyzji lekarza, nie, to nie zapalenie płuc. Poniedziałek przynosi deszcz, wiatr...i burze. Okazyjne słońce zza chmur. Pierwsze dziwaczne tęcze.

Nie było zimy. Wiosna ma niejasne znaki.

U innych ponoć spadł nawet grad. U niektórych burza przyniosła błyski i grzmoty. U mnie za oknem jeden pojedynczy nocny błysk, jeden pomruk marcowego nieba.
-Niedobrze- słyszę w głowie głos babci, słyszę w swojej krwi jej szept gdy dowiaduję się o tym, że gdzieś już zagrzmiało, gdzieś już niebo przeszył piorun- niedobrze, gdy błyska się na nierozkwitniętych pąkach.
Niedobrze, bo przychodzi nieurodzaj. Niedobrze, bo przypominam sobie, że 2 lutego, w Imbolc, świeciło jaskrawe słońce. Wiele ptaków umrze, a przecież ( ty też tak mówiłeś ) nie ma smutniejszego widoku niż martwe ptaki. Te, którym odcięto skrzydła, te, których kruche kości bieleją pod masą białych larw much. O tak, te w tym roku będą miały uciechę, choć pewnie wielu ludzi nawet tego nie zauważy.

Nie widzimy klęski i zwycięstwa śmierci w danym czasie, póki nie jest jaskrawa. Póki nas bezpośrednio nie dotyczy.
A co, jeśli w tym roku wybrzmi chórem potężnych głosów?

Pąki i zalążki widziały błysk, to je spopiela, mówił też Alex. Kochany, niebezpieczny Alex. Chciałabym móc teraz z nim o tym porozmawiać, o tym niepokoju, ale mi nie wolno. Dawno temu przestaliśmy rozmawiać i nie można do tego wrócić. Gdy Mistrz przestaje być Mistrzem, gdy to uczeń go porzuca, nie wchodzi na tą samą drogę. Słyszy nadal jednak jego głos. Tego, który mówił o znakach najwięcej i otworzył pewne drzwi. Drzwi, które ma w sobie nas każdy. Powinno się samemu, a nie tak brutalnie...jednak nieraz tęsknię. Gdy czuję niepokój i go nie rozumiem. Ale jestem dorosła. Sama widzę i rozumiem już znaki, wyczuwam w powietrzu przesyconym mrozem albo ozonem symbole. Wyczuwam podziemne nurty we własnej krwi. Muszę radzić sobie sama. Nie ma już mistrzów, nie ma mentorów.
Czas być nim samemu dla siebie, ten czas już dawno nastał.

Ten rok nie będzie dobry dla ziół, wielu nie będzie można zebrać, bo i tak nie będą w stanie leczyć. Nie będę w stanie leczyć ciała ani odganiać duchów. Ten rok przyniesie puste gniazda i martwe owoce lędźwi. Ale to nic.
To nic, jeśli następny rok zatoczy cykl i będzie kwitł, będzie przynosił płodność. To naturalne. To jak Kora w podziemiach, gdy z nich wychodzi, Demeter nie cieszy się za każdym razem tak samo. Nie zawsze matka wita córkę tym samym koszem darów. To nic.

Ale niepokój pod sercem rośnie.
Przypominam sobie w wcześniej, a potem w jednej z rozmów o ropuchach. O moich siostrach. Niejasny obraz z głębi trzewi.
Mówię nawet o tym głośno, piszę o tym nawet. Bo jak mawiała moja babcia, jak obraz zrodzi ci się w głowie a o nim nie powiesz, albo nie spluniesz, to spełni się, los lubi płatać figle. Lasy lubią płonąć nawet, gdy ściółka mokra albo...gdy tobie tak się wydaje.

Pamiętam, jak kiedyś sama śmiałam się z tego przesądu.
Z tego, jak moja mama panikowała, gdy przy progu siedziała ropucha. Ja przecież zawsze je kochałam. Przytulałam do policzków, odgrzebywałam wiosną z ziemi. Lizałam ich śliską, zimną skórę, całowałam ich pory i narośla. Szeptałam do ich niewidzialnych uszu, gdy towarzyszyły mi w wędrówkach na bagnach.
A potem, gdy znalazłam ropuchę w wannie, w czerwcu, zmarł mój ojciec. Śmierć, która mnie za bardzo nie obeszła. Mama przypomniała mi, że przecież, gdy babcia umierała w kwietniu, gdy miałam 10 lat, w całym domu, pod jej łóżkiem, pod wanną, w kuchni zjawiały się ropuchy. Świeżo co obudzone, mająca na sobie tłustą ziemię. Leniwie patrzące wąskimi szparami oczu.
Tak, przecież to też mi mówiła.
Czasem, gdy ktoś umiera, przychodzą do jego domu ropuchy i żaby. Nie wiem czemu. Po prostu się zjawiają i czekają.
Mąż twierdził, że przychodzą i czekają tylko na czarownice, najlepiej te z bagien. Jak ja. W jego domu nigdy nie było ropuch.

Nie mogę więc spać, budzę się o 6 rano, przechodzę ze snu do snu, w końcu budzę się, gdy spoglądam w tamte oczy. Zostaje mi szept zmarłego w uszach, szept zmarłego, że mam uważać. Jego czarne oczy zmieniają się w oczy ropuchy, jego smukłe palce stają się ropuszymi palcami. Brat zmienia się w siostrę. Zły omen.

Nie wiem, czy to mój poprzedni niepokój nie wysączył się jeszcze z żył i jak podły jad zatruwa myśli i serce....czy to powietrze naprawdę tak pachnie. Czy świat znowu chce mi coś powiedzieć. Czy przynosi za wczesne burze, czy przynosi nieurodzaj też dla mnie. Czy i ja będę jak puste gniazda i roje białych larw oskrobujących życie do równie białych kości?

Wstaję więc o 6, nie budzę Męża. Gdy wstał, włącza radio.
W jego domu nie było ropuch. W jego domu była jedna piosenka, podłe skojarzenie. Stara, pozytywna melodia. "Downtown" Petuli Clark, amerykański złoty uśmiech. Kojarzy mu się ze śmiercią jego babci, w dni jej agonii słyszał ją w tylu miejscach.

When you'r alone
And life is making you lonely
You can always gone Downtown

Rozbrzmiewa wesoło w radiu. Przecież nie powinno tam jej być, to nie taka stacja, to nie...
Widzę jego oczy. Rozszerzone, pełne zdziwionego przerażenia w pierwszym momencie. Po prostu wyłącza radio, nic nie mówiąc.

Moje serce podskakuje do gardła. Ta wesoła melodia staje się upiorna. Ta, która powinna podnosić na duchu jest jak absurdalne tło wszystkich horrorów.
Właśnie dzisiaj, dlaczego zabrzmiała właśnie dzisiaj?

Zjadamy śniadanie, włączamy serial, gdy już zjedliśmy. Tam też ta piosenka. Co jest do cholery, co jest do kurwy nędzy? Czy ja wariuję, czy znowu chcę widzieć za dużo?
Mój niepokój narasta. Mapa mojej duszy jest jak pogodne niebo, które nagle zostaje przesłonięte czernią burzowych chmur.
Za wcześnie na moim niebie na kolejną burzę, myślę absurdalnie. Za wcześnie, nie mam jeszcze siły na kolejną, nie po tamtej....
Po tamtej, przed którą też przecież widziałaś, słyszałaś, czułaś a nie chciałaś wierzyć, przy Samhain, gdy w ogniu też widziałaś...
To nie ty decydujesz, kiedy przychodzi burza, słyszę ten głos, widzę te ostre rysy. Alex.

Tak, to nie ja. Ja mogę tylko przyjmować. Nie powstrzymam błysków i piorunów, nie powstrzymam gradu, nie powstrzymam nieszczęścia. Ja tylko przetrwam, jak samotna jabłoń na środku pola. Ja przetrwam...a co jeśli padnę, jeśli to piorun uderzy we mnie? Mogę mieć tylko nadzieję, na tęczę po burzy na kolejne słońce.
Mogę tylko czasem wyjść naprzeciw...
Ale nie odwrócisz nigdy ruchu.

Niepokój narasta.
Wychodzę na zakupy, po zakupy na obiad Och, cholera, jakbym zapaliła! Nie palę od kiedy zachorowałam, chwila przerwy dla moich ust jako popielniczki. Idę przez park, żeby ochłonąć, porozmawiać z drzewami. Jestem zamknięta w mieście, ale i w nim są drzewa.
Śpiewają pierwsze wiosenne ptaki. Spod ziemi wychodzą...ropuchy.
Przez moment mam wrażenie, że dostaję do głowy.

Myślę o nadchodzącej pełni. 5 marca, 5 miesiąca która stała się kolejną ważną datą. Myślę o tym, że będę musiała się wtedy uspokoić, chyba że...
Módl się zawsze, żeby marcu pełnia nie miała różowej poświaty, mamy wtedy przejebane- znów głos Alexa. Dawno tyle o nim nie myślałam. Dawno tak bardzo go nie słyszałam.
Różowy księżyc należy do kwietnia, ten....
Okaże się.
Nadal niepokój. Dzwonię najpierw do teściów, czy wszystko u nich w porządku, piszę smsa do Cat, jak się trzyma.
Dzwonię do mamy, niby od niechcenia. Wiem, że jest u niej teraz moja starsza siostra, wiem, że jej trzyletni syn jest chory, złapał jakiegoś wirusa i trochę panikowała.
Mama ma dziwny głos.
Próbuję dowiedzieć się, co się stało. Przebiega mi przez głowę myśl, że coś z Małym.

-Dzwoniła ciocia L. w sumie, Justyna miała wypadek....
Moja kuzynka, Justyna. Ta, z którą spędziłam sporą część wakacji każdego roku, gdy byłyśmy dziećmi, gdy nie zaczęły nam jeszcze rosnąć piersi, włosy łonowe. Nasze drogi rozeszły się, gdy stawałyśmy się z kobietami, choć to z nią, starszą ode mnie o 3 lata, podrywałam po raz pierwszy facetów na plaży. Justyna, z którą słuchałam kiedyś mądrości babci, która nie lubiła potem zbierać ziół i nie wierzyła w nic, gdy tylko zaczęła dorastać .Justyna, która mieszka na południu Włoch, ma 2 synów i całkiem fajne życie.
Jest w szpitalu, nie wiadomo czy przeżyje.
Chwila ciemności przed oczami...

Ale...czy to o to chodziło? Czy to właśnie to chciała mi powiedzieć siostra ropucha, czy to właśnie to...? Niepokój nie odpuszcza. Ani trochę, tylko dalej się wzmaga.

Nie mogę znaleźć sobie miejsca w domu, każdego pytam się, czy wszystko w porządku. Każdego, który dla mnie coś znaczy, każdego, o kim myślę i pojawia się dziwne uczucie w tym momencie. Mam wrażenie, że to wcale nie koniec. Mam wrażenie, że radosne słońce poranka wcale nie mówi o uśmiechu. Mam wrażenie, że śpiew o wędrówce do Downtown, śpiew o tym, że nie wolno dać osaczyć się problemom jest kpiną skierowaną w moją stronę. W naszą stronę. Jest złośliwą ironią, jak kiedyś już.

Coś wisi w powietrzu. Coś się dzieje.
Preludium wiosny nie mówi mi tylko o życiu, słońcu i radości. Nie mówi mi tylko o odradzaniu, białych jagniętach Nie mówi o obietnicach kwiatów.
Może to moja wina, może to dlatego, że nowy rok wcale nie przyniósł zakończeń tego, co było w poprzednim. Może to moje własne stresy, strach o przyszłość, strach o tych, których kocham. Może to drzazgi straty i tęsknoty....
Ale przywykłam do tego, że świata trzeba też słuchać. Że jedne zdarzenia splatają się w inne. Przywykłam do słuchania swojej intuicji, dla wielu wariackiego wręcz czytania znaków i symboli.
Moja intuicja szarpie duszą, świat chce mi coś powiedzieć. Znów zwraca się snami, znów ma swoich posłańców. Może to nic takiego w perspektywie mojego życia. Może nic nie stanie się dosłownie. Nie w tym świecie, nie pęknie żadna tama. Może nie powinnam się na tym skupiać, na tym, jak jaskrawo przemija życie i jak jaskrawo się odradza.
Jak śmierć znów idzie ręka w rękę z płodnością.
Może nie powinnam doszukiwać się większego sensu ale...

Mam ochotę wyjechać. W pewne miejsca, na swoje bagna i do swojej prywatnej świątyni natury, albo pojechać do trzech wielkich dębów. Mam ochotę wyjechać i znaleźć odpowiedzi. Jeśli niepokój nie ustanie, właśnie to będzie mi potrzebne. Spokojna modlitwa właśnie w którymś z miejsc, gdzie świat mówi do mnie prościej. Spokojna medytacja, zjednoczenie szumu krwi z moich żył z sokami drzew i szumem wody pod naskórkiem ciemnej, wcale nie zamarzniętej ziemi.

Może to minie samo z siebie. Może przyszło już wszystko, cała jaskrawość a ja tylko wyczuwam to co było i to, co mnie nie dotyczy. Może wszystko minie. Ukoi się, uspokoi, może chodziło o te parę spraw co już przeszły i zostawiły po sobie tylko jad we krwi.
Ale jeśli nic nie pomoże, jeśli pełnia nie przyniesie dobrej energii jak to zwykła robić w moim świecie, wcale nie mogę oddać się szumowi miasta. On nie koi problemów, Petula Clark kłamie. Takich jak ja miasto nie żywi. W nim nie ma odpowiedzi. A i żadnych przeczuć i problemów, głosu ze środka nie można zagłuszać. Nauczyłam się już tego sama. Nawet bez Alexa.


Gorzej tylko, jeśli prawdziwa burza przyjdzie pierwsza a ja będę dalej, jak kruche drzewo, samotne na polu. Te nie przeżywają nigdy uderzenia pioruna, a i wszystkie kozy kochają na nie skakać.

  

54 komentarze:

  1. ja mam nadzieję, że jednak ta zbliżająca się wiosna jakoś cię oszczędzi. bo jednak chyba na nią dużo osób teraz czeka, jako na znak czegoś dobrego. choć szczerze powiedziawszy też miałam wrażenie, że to wszystko będzie inaczej wyglądać. nie było jesieni, nie było zimy takiej, która powinna być... i już nie mówię nawet o typowych porach roku, ale raczej o emocjach, aurach, które zwykle ze sobą niosą. życzę ci więc, żeby jakoś się ułożyło. choć wobec ryku wszechświata można sobie życzyć wiele, a i tak będzie co ma być...
    ps. dałam sobie spokój z odpisywaniem na tamte maile, bo znów się wszystko zdezaktualizowało. próbując przeżyć jedynie przez ostatnie kilka tygodni całkiem wypadłam z jakiegoś rytmu i tak to potem wygląda, jesli chodzi o moje korzystanie z poczty -.-
    ps.2 coś nam nie wyszło to spotkanie w lutym :D ale nadrobiłam twoje posty i czytałam, że razem z mężem zaniemogliście przez czynnik chorobowy, więc mogę tylko życzyć powrotu do zdrowia jak najszybszego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że właśnie przez to całe..."zamieszanie" większość z nas czeka na wiosnę nie jak na coś dobrego, a jak na jakąś normę..ale ja w tym roku się jej póki co nie spodziewam. Albo inaczej- nie oczekuję po prostu.
      I dokładnie, jak zawsze, będzie co ma być. Jakoś być przecież musi:)
      I rozumiem, uciekło to wszystko, a jak list nieaktualny, to nieraz faktycznie nie ma już co pisać:)
      Wiesz co, nie tylko to mi nie wyszło :D Bo jeszcze żebym tylko ja była chora. Najpierw moja siostra wyjechała na dwa tygodnie pod Lublin do teściów ( a wiadomo, do twojego miasta że tak powiem jadę, jak ona na miejscu, muszę mieć gdzie spać i tak dalej :D )a potem ja się rozchorowałam. Jakby było tego mało, jeszcze jej dzieciak się rozchorował i ma w domu awarię, więc znowu jej na miejscu nie ma ,tylko obie wyemigrowała do domu rodzinnego że tak to ujmę. Galimatias totalny, a ja założę się, że mój sms do ciebie nie doszedł ( bo mi się maila nie chciało pisać jak się pochorowałam :D) i muszę sprawdzić czy dobrze numer zapisałam. I dzięki, ja jako tako do zdrowia już wracam na szczęście:)

      Usuń
    2. ja przyłapałam się na tym, że po prostu oczekiwałam czegoś konkretnego od tych pór roku, jakby to były jakieś maszynki do spełniania życzeń... zima i śnieg miały ukoić i ochłodzić rozdarte serce, wiosna powoli przywrócić do życia. ale to tak nie działa. bo zmieniające się pory roku nie mają takiej mocy, to tylko umowne okresy. wiosna nastanie w każdym z nas, nie ważne czy w grudniu, czy w marcu. w końcu na pewno, chyba:)
      i właśnie może to lepsze nastawienie, żeby nie oczekiwać.
      hah, a to zabawne, bo oryginalnie spod Lublina pochodzę XD. no to widzę zmasowana epidemia, ale w sumie we Wrocławiu też jakaś grypa panuje. w mieszkaniu też współlokatorka chora, kaszle, kicha i umiera generalnie. tylko ja zdrowa, no ale złego diabli nie biorą :P
      żaden sms do mnie nie dotarł :c to może faktycznie sprawdź, co z tym numerem:) no nic, jak wyzdrowiejesz do końca, to się może jakoś zgadamy. dobrze, że powoli choroba przechodzi:)

      Usuń
    3. Dokładnie, ja robiłam trochę podobnie, nadal robię. A właśnie nie chodzi o to, co na zewnątrz, a o to, co w środku. Ale jednak wierzę, że nawet te umowne okresy nas wspierają i jakby..potrafią jednak nas przebudzić. Bo to co na zewnątrz działa i na środek, choć troszkę:)
      Dokładnie.
      No ja mówię pod Lublin, ale to nie znaczy, że gdzieś tam blisko Lublina, tylko bardziej pod granicą :D Ale tak określam zawsze województwo:) I we Wrocławiu u was nawet i odra panuje przez durnych antyszczepionowców o :D I jelitówka, z tego co wiem. Także...Wrocław jak zawsze ostoją epidemii, jak za czasów czarnej ospy :D I jak widać nie biorą no, tylko się cieszyć :D
      A ja numer spisałam dobrze, mam nadzieję, że dzisiejszy sms dojdzie, inaczej nie mam pojęcia, co się dzieje :D I musimy przecież:)

      Usuń
  2. Symbol ropuch ma coś w sobie. W zeszłym roku wiele pojawiło się w moim domu i na jego progu też zawitała śmierć. Zapamiętam to chyba. Serio lizałaś ropuchy?
    Jestem ciekawa pełni.
    A co do symboli - nie wiedziałam, że aż tyle tego jest. Dawniej ludzie chyba bardziej w to wierzyli. Podobno moja prababcia znała mnóstwo takich przesądów. Babcia pamięta tylko niektóre, a ja staram się łapać wszystko, co babcia opowiada.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc całkiem nie zwariowałam. Ani moja rodzina z przesądami:) I lizałam, co w tym aż tak dziwnego?:)
      Jest. Aż za dużo. Też weź pod uwagę, że każda kultura, każda społeczność ma swoje małe symboliki, które stapiają się potem w jedno..każdy człowiek ma też swój własny pryzmat...Ale powiem od siebie, że warto znać pewne dawne mądrości, które tkwią w krwi jak to się mówi:) Przynajmniej..mi się dobrze z nimi żyję. Z pewną "wiedzą". Choć czasem właśnie bywa i ciężko.

      Usuń
  3. Kurcze... Niechże się ten los na chwilę odwróci. Niech trochę słońca wejdzie w te nasze zamglone od paru miesięcy życia. Uch, juz liczylam na wiosenkę, a tu proszym państwa - śnieg, który zbił mnie z pantałyku diabelnie szybko.

    Trzymajcie się :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, śnieg też ma swoje dobre strony:) Tylko czasem...czasem nawet słońce powoduje głownie cienie. Ale to nie trwa wiecznie, nic nie trwa wiecznie i tego nieraz trzeba się trzymać:) Jak i my się trzymamy :D

      Usuń
    2. Ale nie w marcu, litości ;) Ano, wszystko mija, przemija, także wiesz ;) pewnie trzeba przeczekać i jakoś resztkami sił nie zwariować :D to dobrze!

      Usuń
    3. Właśnie w marcu :D W marcu jak w garncu i tak dalej :D Nawet kwiecień powinien przelatać, trochę zimy, trochę lata, jak w dawnych dziecięcych powiedzonkach :D
      Wiem wiem:) Tylko czasem w cierpliwość trzeba się uzbroić i...pewną pokorę, o:)

      Usuń
    4. Daj spokój, ja już tu wizją wiosny bliskiej żyję a ty mi to niweczysz wszystko :D
      Dokładnie ;)

      Usuń
  4. Kiedyś kupiłam sobie figurkę ropuchy z pieniążkiem w pyszczku - pamiętam, że na straganach w Toruniu były podpisywane jako symbol szczęścia. Zwierzakiem Torunia jest co prawda żaba, ale figurka anatomicznie nijak jej nie przypomina.
    Trzymaj się :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że akurat ropucha jako strażnik skarbów i przynosząca szczęście do pieniędzy wywodzi się z legend rejonu Sudetów głównie?:) W dawnych opowieściach górali z Czech czy południa Polski często to ona pilnowała garnca złota, na równi ze skrzatami:)
      Ale o Toruniu nie wiedziałam:)
      I trzymam, trzymam:)

      Usuń
    2. Nie ma twórców, których osiągnięcia to wyłącznie sukcesy - bez różnicy na artystyczną 'działkę'. Nawet najlepsi aktorzy mają swoje wpadki; czasami przetykają się one z wybitnymi kreacjami, a czasem układają pasmami - raz lepiej, raz gorzej. No i wiele zależy od sytuacji osobistej, problemów, etapów życia. Artyści to przede wszystkim ludzie :)

      Usuń
  5. A propos ropuch. Moja teściowa od kilku dni jest święcie przekonana, że pod podłogą w jej pokoju piszczy ropucha! Ja tego nie słyszę, ale ona na każdym kroku.
    W ogóle w naszym domu ostatnio dzieją się dziwne rzeczy, trochę niewytłumaczalne...i jak czytam Twój post i składam to wszystko do kupy, to mam dreszcze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piszczy? Chyba skrzeczy :D I może..jest coś niedobrego na rzeczy?
      I wiesz, nie ma też co panikować na wyrost, ja sama staram się tego mimo wszystko nie robić. Los i tak przyniesie co będzie miał, no nie?

      Usuń
    2. Ano właśnie, w końcu na pewne rzeczy nie mamy wpływu.
      Choć strach, lęk i dziwny niepokój jakoś często mi towarzyszą.
      Oby do wiosny :)

      Usuń
  6. Może to wahania pogody po prostu, a i zmęczenie ciała na skutek przebytej choroby? Ja na pewno w trakcie głupiego przeziębienia a i też po widzę wszystko gorzej.
    Mam nadzieję, że Twoje symbole i przeczucia się mylą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Biorę to wszystko pod uwagę, staram się właśnie tak racjonalizować:) Nie mogę też doszukiwać się wszędzie najgorszego, bo jeszcze to na siebie ściągnę, no nie? Afirmacja robi swoje. Jednak po prostu coś...coś jest nie tak, coś gryzie, świat coś pokazuje. Zobaczymy, co los po prostu znowu przyniesie:)

      Usuń
  7. Wiesz, że kiedy czytałam ten wpis...również czułam niepokój? Rety...trzymaj się Frida!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, nie chciałam żeby mój niepokój tak bardzo się udzielał...Ale trzymam się, trzymam, nawet jest jakoś lepiej:)

      Usuń
    2. Nie wiem czy każdy odczuwał ten niepokój, ale ja w każdym razie czułam... To dobrze, że czujesz się lepiej. :)

      Usuń
  8. Jak to czytam to aż się zaczynam bać, bo sama od jakiegoś czasu czuej niepokój, czekajac na pełnię, jak na zbawienie..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo pełnia po prostu sama jakoś przynosi rozwiązania. I oby właśnie nam je dała, choć po części:)

      Usuń
  9. Lizałaś i całowałaś ropuchy?!?!? Nie masz pojęcia jakiego obrzydzenia doznałam czytając ten fragment. :P
    Czasem coś chce nam powiedzieć, iż "coś złego wisi w powietrzu" - z tym się zgodzę, bo nieraz sama widzę znaki, jednak w Twoim przypadku wydaje mi się, że aż za bardzo starasz się coś dostrzec. Może rzeczywiście chodziło o ten wypadek?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, lizałam i całowałam :D Mnie żadne zwierzę nie brzydzi :D
      I wiem, że mogę za bardzo się nastawiać, dlatego staram się to racjonalizować, wyciszyć się i nie doszukiwać się na siłę. Chociaż wczorajszy dzień dał mi w kość, to dzisiaj właśnie jakoś się uspokoiłam choć nadal...niepokój tkwi pod sercem. Ale mniejszy:) Po prostu, zobaczymy, co los przyniesie, bez paniki wielkiej:)

      Usuń
    2. O matko z córką xD
      Nie ma się co nastawiać od razu na najgorsze. Chociaż niektórzy mówią, że wówczas przynajmniej się nie rozczarują, ale... Chyba osobiście wolę praktykować jakieś bardziej pozytywne podejście do życia.

      Usuń
  10. Krótko żyję na tym świecie, jestem jeszcze młoda, ale życie nauczyło mnie jednego: nie można niczego planować na 100 procent, nie można gdybać i snuć scenariuszy, bo cokolwiek by to nie było i tak potoczy się inaczej. Szkoda tylko naszych nerwów. Nauczyłam się żyć chwilą i brać od losu, co mi daje. Rzadko kiedy zdarza mi się więc denerwować z powodu niezrealizowanych planów. Co się odwlecze to nie uciecze :) inną sprawą jest przeczucie. Kobiety mają je zawsze, ale tylko te nieliczne posiadają takie sprawdzone - to, co czują, to się wydarzy. Mnie ostatnio moja intuicja zawodzi. I wcale nad tym nie ubolewam, bo coś negatywne myśli krążą w mojej głowie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie planuję niczego na 100%, spokojna głowa, wiem właśnie, że życie jest zmienne:) Tylko po prostu człowiek nieraz chciałby pewne założenia swoje spełnić, a przykro, jak się nie udaje np.z ta błahego jednak powodu, jakim jest choroba. I trzeba czekać na nowo, kombinować...no ale trudno się mówi, takie właśnie jest życie i nie ma co z tego powodu lamentować:)
      Ja właśnie mam sprawdzone przeczucia, powiedzmy, że wiele razy już zostały "przetestowane" ale...staram się też nie ulegać własnej paranoi. Wszystko wypośrodkowane, o:)

      Usuń
  11. Hm… Miejmy nadzieję, że czas nieurodzaju dla Cb już się skończył, a te wszystkie symbole, które napotykasz nie zamienią się w jakiś kolejny, zły życiowy scenariusz. Nie dopuszczaj do siebie tych złych myśli, choć znaki mówią co innego… Albo po prostu wyjedź na swoje bagna i tam zapewne odnalazłabyś jakiś spokój.
    I wiesz, zaskoczyłaś mnie tymi ropuchami.
    Zazwyczaj unikałam styczności z żabami, moja przyjaciółka z liceum lubiła je ratować z opresji ;). A ja bliską styczność z własnej woli miałam raz, jak przed jakąś żabką dosłownie leżałam, żeby zrobić jej dobre zdjęcie i udało się, wyszło piękne! ;).
    A moje nastawienie do burz i do tych wszystkich zjawisk pogodowych po Twoim wpisie zmienia się na jeszcze bardziej… negatywne ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam taką nadzieję:) Wiesz, nie panikuję, nie dzisiaj, wczoraj miałam na to dzień, dzisiaj się już uspokoiłam, zracjonalizowałam sobie, pomedytowałam rano i jest lepiej:) Chociaż nadal w środku coś nie gra, mówi, że na zewnątrz jest coś nie tak...ale na pewno nie ma co się na tym skupiać i nie można tego przywoływać, no nie?
      I wyjadę jak już w pełni dojdę do siebie i jak Wojtek mi się całkiem wykuruje, przecież samego go nie zostawię :D
      A ja zawsze właśnie ropuchy, żaby kochałam. Właśnie to moje "siostry":) Ale widzisz, przynajmniej to wdzięczne obiekty do fotografii :D
      A nie ma co się na takie zmieniać, to nie o to chodzi :D

      Usuń
    2. Bo właśnie czasami są takie dni, gdy po prostu aż za dużo myślimy, rozkładamy wszystko na czynniki i chyba przesadzamy z tym wszystkim i właśnie wtedy trzeba na chwilę odpuścić, zrobić sobie dzień wolny, w Twoim przypadku to była medytacja i jakoś wszystko wróci do normy, a z drugiej strony jeżeli w środku coś tam nam nie gra, to może coś jest na rzeczy, ale nie można sobie tego wmawiać i podświadomie wywoływać ;).
      No jasne, że nie :D.
      No muszę przyznać, że modelka z niej pierwsza klasa :D. Ale pamiętam, że się chyba denerwowała trochę albo moja niepewność i strach, że zaraz mi wskoczy na głowę jej się udzielała :D.
      Za późno ;p.

      Usuń
  12. Kochana musisz się z tym stresem ogarnąć. To szkodzi przede wszystkim Tobie, ale jestem też zwolenniczką myślenia, że myśleniem ściągamy na siebie kłopoty. Uwierz, że będzie dobrze! Wiem, że umiesz, ale musisz to w sobie odnaleźć.
    Oby Twoja kuzynka z tego wyszła, wierzę, że jest pod dobrą opieką medyczną.
    Co do pogody - dziwna jest, fakt. U mnie był grad właśnie :) Natomiast wydawało mi się raz, że błysło i nie wiem czy była burza czy nie, ale na przemian pada deszcz, śnieg i świeci słońce. Tak od 3 dni.
    Co do samych burz to ja słyszałam, że jak jest pierwrsza burza to znaczy, że pora na siew, bo ziemia jest wtedy gotowa już na właśnie siewy - coś takiego mama mówiła - zapalona ogrodniczka :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem wiem, że to mi głównie szkodzi i wiesz, ja staram się na tym nie skupiać i właśnie nie ściągać na siebie pewnych rzeczy, bo święcie wierzę w afirmację. Ale wczoraj naprawdę miałam jakiś niespokojny dzień, z samego środka trzewi, dzisiaj już jest lepiej, trochę się wyciszyły pewne rzeczy, choćby podczas porannej medytacji:) Także no, staram się ogarniać, momentami tylko po prostu pewne rzeczy..za dużo ich jakby a ja za bardzo słucham. Ale w panikę nie wpadam, cieszę się kolejnym dniem i staram się skupiać jednak na tym, co dobre:) Bo widzę już choćy przecież jak stresy moje ciało rozwaliły i nie zamierzam się im dać:)
      Mam nadzieję, ponoć jest stabilna, zobaczymy, co dalej.
      W marcu jak w garncu, nie?:D Ale zasadniczo,,,ten rok po prostu nie będzie za dobry. Ale to nic, jak pisałam, wiele takich lat jest, specyficznych i przecież nic takiego się nie dzieje:) To też naturalne:)
      No ja zawsze słyszałam o tym że pąki nie mogą widzieć błysku :D

      Usuń
    2. Nie daj się ;p Może musisz więcej medytować? :P Skoro to Ci pomaga... Bo w tej notce ten strach aż wypływa i się przelewa ;p Wystraszyłaś mnie :P
      Informuj mnie co z kuzynką. Trzymam mocno kciuki by wróciła do zdrowia i to szybciej niż lekarze są w stanie przewidzieć :)
      Ostatnio w ogóle chyba naprawdę zmienia się nam ten klimat, bo nie pamiętam już takich skrajnych zmian pogody. Dzis u mnie co 20 minut padał śnieg i to tak ostro, a co drugie 20 minut było błękitne niebo i świeciło słońce. I nie przesadzam ani o jeden płatek śniegu...

      Usuń
  13. "pojechać do trzech wielkich dębów" ♥ mi też by się przydało takie wyciszenie, refleksja.
    nie lubię uczucia, jak coś wisi w powietrzu.. lepiej je przepędź!

    OdpowiedzUsuń
  14. Nie lubię takich dni, takich nocy - kiedy coś mi dolega, ale sama nie wiem co, kiedy odczuwam lęk i sama nie wiem dlaczego.
    Też tak mam, że doszukuję się znaków w różnych sytuacjach, rzeczach.
    To wszystko jest skomplikowane..

    OdpowiedzUsuń
  15. Ropuchy przychodzące przed śmiercią? O czymś takim jeszcze nie słyszałam :)
    Będzie dobrze, pewnie ta pogoda poniekąd tak Cię zmuliła :)

    OdpowiedzUsuń
  16. No tak czasem myślimy że komuś sie tak fajnie układa.... a gdy przyjrzeć sie bliżej to okazuje sie że nei do końca ma życie usłane różami, gdyż te kwiaty zwykły kolce posiadać:))

    OdpowiedzUsuń
  17. Oby burza tym razem przeszła bokiem.
    Wobec niepokoju jesteśmy właściwie bezsilni, to jest najgorsze.
    Ja tam zawsze lubiłam ropuchy. Nigdy żadnych złych znaków nie dawały. Choć w zeszłym roku zdeptały nam lawendę o.O

    OdpowiedzUsuń
  18. nie wiedziałem, że widzieć ropuchę na swoim progu czy w domu to zły omen tak samo jak to, że burza w takim okresie jak teraz zapowiada kiepski rok. Na szczęście ja nigdy ropuchy w domu nie widziałem a i w tym roku błyskawic i grzmotów nie słyszałem więc liczę, że rok będzie dobry a i że ziemia wyda obfite plony.

    OdpowiedzUsuń
  19. W marcu jak w garncu... W poniedziałek była u mnie przepiękna wiosenna pogoda, wczoraj za to do południa sypał śnieg, a dziś niby są brzydkie szare chmury, ale z drugiej strony świeci słońce. Pogody nie ogarniesz :P
    Niepokój i mi się udzielił, ale to dobrze świadczy, bo wychodzi na to, ze piszesz bardzo sugestywnie i łatwo można dać się temu porwać. Ale mimo wszystko mam nadzieję, że jakoś to się ułoży.
    A co do piosenki Petuli Clark i plagiatów... ;) http://www.soundsjustlike.com/2712/green-day-sounds-like-petula-clark/

    OdpowiedzUsuń
  20. Niepokój wcale nie jest taki głupi. Kiedyś kilka razy przychodził do mnie i wiedziałam wtedy, że coś będzie nie tak i było. Teraz ten niepokój siedzi u mnie od rana do wieczora. Nieproszony gość ;>

    OdpowiedzUsuń
  21. Coś wiem o niepokoju, bo towarzyszy mi od jakichś dwóch miesięcy non stop, gdy najbliższa mi osoba wyrządziła dużą krzywdę. Wiem też z doświadczenia, że najgorsze jest ciągłe myślenie. Może taki wyjazd na prawdę jest Ci potrzebny. Ostatnio miałyśmy refleksję z koleżanką, że najchętniej w tym akademiku pooglądałybyśmy sobie burzę unoszącą się nad Cieszynem. Mam nadzieję, że Ciebie ta burza ominie :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Niepokój akompaniuje mojej duszy od maleństwa. Wieczne wrażenie, jakobym na coś czekała, jak gdyby coś niepokojącego miało nastąpić. Takowe codzienne napięcie doprowadziło mnie do szaleństwa zdiagnozowanego. Nie ma nic gorszego, od mentalnego prądu i wiecznie ociężałego serca...
    Wierząc w symbole tym samym sami nadajemy im moc, takie jest moje zdanie. Jeśli wierzysz głęboko, czy wręcz uważasz za dogmat pojawienie się żaby, jako śmierci mózg automatycznie zacznie analizować przez co przypisywać znaczenie danemu zjawisku. Wierząc w przesądy utrudniamy sobie życie.

    OdpowiedzUsuń
  23. Przeczucia są cenne, chociaż czasem zwiastują nieszczęście któremu nie możemy zapobiec ale tu widzę i czuję po prostu lęki. Ropuchy są cool i nigdy nie kojarzyłam ich ze śmiercią a burza pąkom zapewne nie zaszkodzi, niektóre przesądy już się zdezaktualizowały i nie należy ich reanimować. Zapalaj woskową świecę i jakieś naturalne kadzidło które oczyści Was i otoczenie. A wyjazd na bagna dobra myśl ;) Trzymaj się!

    OdpowiedzUsuń
  24. Czasem po prostu tak jest, że może to nie ten czas i nie to miejsce ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. P.S. Czy mogłabyś w wolnej chwili odebrać i odczytać mojego maila i zastanowić się ... ?

      Usuń
    2. P.S.1. W razie czego mail czeka na odpowiedz. :)

      Usuń
  25. napisałam komentarz we środę, zaraz po przeczytaniu i dopiero teraz widzę, ze w tajemniczy sposób zniknął, ale mniejsza o to; wstrzeliłaś się z tym tekstem idealnie w moje niepokoje niewiadomego pochodzenia w tym tygodniu.
    na szczęście już po pełni. pogoda się unormowała, ja też i mam nadzieję, że Ty również. ale wiara w symbole i przeczucia jest we mnie cały czas. więc mam nadzieję, że te niepokoje faktycznie są tylko echem tego, co już przeszło.

    OdpowiedzUsuń
  26. Nie miałam chyba nigdy styczności z ropuchą. Jedyne co pamiętam, to jak byłam jakieś 6 lat temu na wakacjach nad jeziorem i łapałam do kubka małe, brązowe żabki. Były takie zabawne w dotyku ;p Ale teraz chyba bym się już nie przełamała.

    Taki wewnętrzny niepokój potrafi strasznie męczyć...oby trzymał się Ciebie jak najkrócej!

    OdpowiedzUsuń
  27. To trochę przerażające... Mam nadzieję, że to po prostu efekt przemęczenia, wiosennego przesilenia. Wierzę w znaki, ale zdarza się, że przeczucia się nie sprawdzają.

    OdpowiedzUsuń
  28. Mam nadzieję, że u Ciebie już lepiej..

    OdpowiedzUsuń