sobota, 14 marca 2015

O losie plączącym ścieżki i wchodzeniu dwa razy do tej samej rzeki, czyli o przypadkowym spotkaniu dwóch pasażerów wypełnionego piątkiem tramwaju

- Frida? - ledwo usłyszałam szept, ledwo poczułam dotknięcie ręki na swoim ramieniu. Delikatne muśnięcie, mówiące o niedowierzaniu. Człowiek widmo dotyka swojego widziadła.

Szczerze mówiąc, mało kto już do mnie tak mówi. Głównie ludzie z dawnych czasów, danej ekipy. Części z nich już przecież nie ma. Cat która mówi tak przez wzgląd na Vincenta, Pawełek, Arczi. Sami dawni znajomi, z wariackich czasów kradnięcia burbonu w zimową noc.
I ludzie których poznałam przez internet. Ci nigdy nie mogą oprzeć się temu dawnemu imieniu, które przybrałam kiedyś butnie, skacząc pijana tequilą na stołach i rozchlapująca farby. Czasem mam wrażenie, że to imię we mnie przemija. Czasy się zmieniają. Imiona zmieniają się z nami.

Ciche, delikatnie wypowiedziane dawne imię, czasem nadal używane, powiedziane z niedowierzaniem, z drżeniem. Głos człowieka przebudzonego ze snu, głos po koszmarze, głos o poranku, głos z oddali. Za wielkiego muru.

Tak. Znam go. Znam go, choć w pierwszym momencie nie wiedziałam skąd. Nie mogłam go zapomnieć, choć miałam prawo. Przecież głównie kiedyś, przed latami, rozmawialiśmy głównie przez telefon, jeśli w ogóle. Woleliśmy i tak pisać. Przez źle ukierunkowane emocje tego głosu nie słyszałam za często w realnym, namacalnym życiu. Z odległości mniejszej niż odległość słuchawki.
Teraz przecież pisaliśmy tylko maile, po tym, jak odezwał się w styczniu. Niespodziewanie, po 4 latach. Mówiąc o tym, że zastanawia się, jakim jestem człowiekiem. Z kim żyję. Mówiąc, że tęskni, bez niczego więcej, po prostu za człowiekiem, z którym może porozmawiać. Za człowiekiem, od którego będzie miał wiadomość w skrzynce, na którą nikt nic nie wysyła. Za prostą wiadomością i pytaniem, jak mija dzień, gdy wraca do pustego mieszkania.
Bo nie jest sam, wyszedł do ludzi. Ale wśród ludzi i tak czai się ten duch. Tego, że samemu się już zostanie. Że tak naprawdę nie jest się z nikim blisko.

Długo zastanawiałam się w styczniu, czy odpisać. Czy wejść dwa razy do tej samej rzeki, rzeki, która jego uczucia sprowadziła na manowce. Rzeki, która szemrała "czy nie boisz się, że będzie cię szukał w każdej kobiecie?". Rzeki podpowiadającej dziwne scenariusze. Rzeki mówiącej o ponownej krzywdzie. Przypominającej tą żenującą scenę pocałunku. Jego pierwszego pocałunku, tak naprawdę. Ze mną, która potem rozłożyła go na podłodze, rozkwaszając nos.
Bo moje serce było już przecież zajęte. Tak jak jest i teraz, to miejsce w sercu zamieszkuje tylko jedna osoba.

Usłyszałam cichy głos, gdy wracałam z piwa, na które poszliśmy z ludźmi z pracy. Po zakończonym szkoleniu, po ciężkim przegadaniu paru godzin, po egzaminie końcowym, wpisaniu trafieniu do najlepszego moim zdaniem koordynatora, który daje śmieszne pogadanki o jaraniu. Nie byłam już trzeźwa, choć nadal nie pijana. Lekko podpita, ze stanem swojej wylewności. Zmęczona, z podkrążonymi oczami, z rozmazanym makijażem bo popłakałam się ze śmiechu przez dziwne teorie znajomego z roboty. Z dziurawymi rajstopami bo skoczył na mnie wolno puszczony pies przed barem, który nie wiadomo skąd się wziął. Jeszcze nie chwiejąca się, ale nie stojąca prosto. Zapatrzona w szybę, zastanawiająca się, jak tam mija wieczór Męża, u którego miało być paru jego kumpli, paru kumpli z którymi miał popołudniem grać po sieci. Męska impreza przy okazji że mnie nie było w domu, przy okazji że przecież ludziom z pracy obiecałam to piwo, w piątkowy wieczór, wieczór oddechu.

Tylko 3 piwa. Stwierdziłam, że wrócę do domu, bo sama nie lubię wracać jednak o 3 nad ranem, wolę robić to z Mężem ręka w rękę. Nie chciało mi się nawet już po całym dniu harowania i 3 piwach iść pieszo. Wsiadłam do tramwaju, choć to blisko.

Jeden przystanek. Przed drugim ten głos i dotknięcie, sprawdzenie, czy naprawdę tu jestem.
Poznał mnie od razu, gdy tylko weszłam do tramwaju. Cały przystanek zbierał się na odwagę, myślał, czy powinien, bo przecież...

Rob to co mówię
I nikt nie zostanie zraniony
Nie podchodź ani trochę bliżej
Bo nie wiem jak długo mogę trzymać swoje serce w dwóch częściach*

Los płata nieraz figle. Łamie ludzkie postanowienia, żongluje naszą ostrożnością. Śmieje się nam w twarz, drąc dawane mu do ręki scenariusze. Los reżyseruje po swojemu. Ty możesz jedynie improwizować na tej scenie, zagrać jak najlepiej swoją rolę.

Głos z przeszłości, głosy szemrzącej rzeki. Alkohol buzujący w żyłach.
On poznał mnie od razu. Ja przez chwilę nie dowierzałam. Choć ja też przecież się zmieniłam, przytyłam strasznie, nie mam już szalonej czerwieni ani fioletu na włosach, nadal mam chyba tylko glany. Z tego, co może o mnie przypominać. O Fridzie sprzed 4 lat. O tym, co na zewnątrz jej. Ale on poznał, jakby to nie zrobiło żadnej różnicy. Potem powiedział, że poznałby mnie nawet i po stu latach.
Ja musiałam się zastanowić. Nadal szczupły, nadal delikatnie dotykający przestrzeni, jakby mógł stłuc wszystko dookoła, ale przede wszystkim siebie. Mimo wszystko inny. Stojący jednak w tramwaju pełnym pijanych z okazji piątku ludzi. Z krzywym uśmiechem. Z zarostem, długimi włosami. I te oczy, oczy jak żywy metal, oczy błyszczące rtęcią w nocnym oświetleniu śmierdzącego tytoniem i trawionym alkoholem tramwaju. Oczy które patrzą tak samo.

-A.!- wykrzyknęłam z kolei ja, jak to ja, zawsze głośna, zaskoczona, gdy zrozumiałam kto przede mną stoi. W pierwszym odruchu nie wiedziałam co zrobić, tak jak on nie wiedział, czy w ogóle pokazywać, że tu jest, w tym samym tramwaju, że los z nas zakpił i chciał zobaczyć, jak potoczy się ta walka.
Dojechaliśmy gapiąc się na siebie z niedowierzaniem do drugiego przystanku.
-Ja....ja wysiadam...- wydukał tylko.

On podszedł do mnie w dusznym tramwaju, w którym smród i gorąco buchające z ciał było coraz gorsze. Zagrał rolę, zadziałał impulsem, nie dowierzając, nie wiedząc, czy powinien.
3 piwa, podarte rajstopy, rozmazany makijaż, co mi tam. Raz się żyje. Czujniki wyłączone, tak miało być. Gwałtowność, impuls.

Nie wykonuj gwałtownych ruchów
I nikt nie ucierpi*

Właśnie tak miało być.
-Więc ja też wysiadam!- rzuciłam wesoło.

Tramwaj się zatrzymał, los potoczył się dalej po torach. Wyskoczyliśmy z tramwaju, ja oczywiście potykając się tak, że trzeba było mnie przytrzymać za łokieć. Łokieć, który puścił jak oparzony. Udawałam że nie widzę.
Staliśmy więc tak na przystanku, niedaleko rynku jeszcze. Chwilę nic nie mówiąc, bo co powiedzieć. Wiesz wszystko, jeszcze rano czytałaś od niego maila, nie zdążyłaś odpisać na tego i kolejne. Masz zacząć odpowiadać?
Trochę dziwnie. 3 piwa zniknęły, a to ja zaczęłam się tłumaczyć, że wiem jak wyglądam, ale pies, ale płacz ze śmiechu, ale to Litwin wgniótł mi glany, ale dużo czasu minęło, piwa, trzy piwa, trochę już mogę pleść od rzeczy. Ale nie chciałam tak po prostu, żebyś wysiadł, tak bez słowa. I co potem? Mam niedaleko do domu przecież, nie ma problemu, jak wrócę trochę później, nic się nie stanie. 15 minut nikogo nie zbawi.
Nigdy dużo nie mówił zanim słowa nie ułożyły się odpowiednio. Jego słowa zawsze jak lód, który topnieje w wysokich górach i zmienia się w rzeki, ale do tego by płynęły wartko, trzeba czasu, trzeba słońca, trzeba ciepła i uśmiechu. Trzeba, żeby zimna rtęć w oczach zadrgała i stała się płynna nie tylko z definicji. Alchemią własnych słów i gestów można ją podgrzać, ale nie na tyle, żeby zaczęła parzyć, parzyć, spływając po policzkach. Tego nam dzisiaj nie trzeba, a wiem, wiem, łatwo przekroczyć granicę.

Było łatwo przynajmniej kiedyś. Teraz..? Jesteśmy bardziej obcy czy mniej?

Ja mówiłam, spowiedź wieczorna płynęła marcowej ciepłej już nocy, a on stał i patrzył i nie wiedział co począć. W końcu przerwał, wbił się w mój monolog trzypiwny.
-A masz więcej niż 15 minut? Może 4 piwo?

Musiałam naprawdę komicznie wyglądać ze swoją zdziwioną miną.
-Kiedyś byś tego nie zaproponował sam z siebie.- wyrwało mi się, całkiem nieopatrznie.
Krzywy uśmiech.
-Kiedyś to było kiedyś.

Piątkowy wieczór więc się nie skończył. Zadzwoniłam tylko do Męża, mówiąc, kogo to spotkałam, w pierwszym momencie nie dosłyszał, nie zrozumiał, nie dotarło. W końcu połączył wątki, A., no tak, przecież A., cóż, co za piątkowy cud. Daj znać tylko gdybym miał po ciebie wyjść albo jakbyś za dużo wypiła, to wyjdę, kochany głos Męża.

Kiedyś to było kiedyś, piątkowy wieczór więc zaprowadził nas do pobliskiego baru, do baru pełnego kobiet o zadach jak kobyły, do baru którego żadne z nas nie znało. Speluna. Mi to nie przeszkadza, przywykłam do takich miejsc, czasem czuję się w nich jak w domu, gdy przypominam sobie dawne czasy, czasy Fridy. Po tobie widzę niepokój, szkło, szkło samego ciebie staje się jeszcze kruchsze niż w tramwaju, ale nie wycofujesz się, brniesz dalej w tą ślepą uliczkę.

Kiedyś to kiedyś, oboje się zmieniliśmy, dorośliśmy, być może możemy pogrzebać dawne emocje, dawne nieporozumienia. Oboje jesteśmy o tamto mądrzejsi, oboje znamy granice i gwałtowne ruchy aż za dobrze, los nas nauczył już roli, choć odjechał śmiejąc się rozklekotanym tramwajem.

Podchodzimy do baru, patrzę chwilę na niego, mam rozwiązły język po alkoholu, język rozwiązły jak niektóre kobiety bez hamulców po nim.
-Powinieneś pić piwo?- pytam więc bez ogródek.
Wie doskonale o co chodzi, bo leki, bo fobie, bo depresje, bo nie wskazane...
-Miło mi że się martwisz- mówi całkiem szczerze, a nie z przekąsem- Ale jedno piwo mi nie zaszkodzi.

Cóż jest dorosły, starszy niż ja, choć w środku to chyba ja mimo wszystko do pewnych spraw bardziej dorosłam. Ale wie co robi.
Już się nie krzywdzi. Nawet stare blizny są tylko jak jasne, wesołe kreseczki biegnące wzdłuż rąk i pewnie reszty ciała. Kreseczki, których pewnie nadal się wstydzi, ale dla mnie są piękne. Jak wszystkie blizny. Jak wszystkie dowody splotu ludzkiej słabości i siły.

Siadamy więc każde ze swoim piwem, rozmowa toczy się sama.
Jak tam praca, jak znajomi, jak tam Mąż, jak tam tęsknoty i żałoby, jak kolejne książki, jak obrazy, jak muzyka, jak przyswojone niedawno teorie Castanedy, jak święta, wracasz do rodziców, zostajesz sam, tak, też bojkotujemy w tym roku...

Kolejne piwo. Jego 2, moje 5 a i tak mam wrażenie, że mimo wszystko jesteśmy podobnie podpici. Zawsze miałam mocną głowę, dobrze trenowaną, on nigdy prawie nie pił.

Tyle lat, tyle lat...
Włącza mi się babskie marudzenie. Tak, tyle lat. Wiesz, teraz to ja mam momenty, że nie lubię swojego ciała, zaczynam mówić całkiem bez powodu, rzeczy, w których mówię rzadko, rzeczy pachnące czasem gorzkniejącym starzeniem przed którymi się bronię, jako kobieta. Ale 5 piwo robi swoje, zaczynam marudzić.
-Kiedyś byłam ładniejsza, musisz przyznać- najgorsze pytanie jakie mogłam chyba zadać komuś, komu złamałam serce, głupia idiotka myślę po chwili, po paru sekundach, które rozdzieliły mnie z ugryzieniem się w język. Ale nic takiego się nie dzieje.
Oczy wypełnione rtęcią patrzą uważnie na mnie przez słabe barowe oświetlenie, usta milczą.
-Nie.
Krótkie, zwięzłe.
-Och, sorry, wiem, facet nigdy nie wie jak wybrnąć z kobiecych pytań pułapek- chcę obrócić wszystko w żart, ale często żarty z nim mi nie wychodzą.
-Nie. Nie sądzę tak. Teraz....teraz to jeszcze bardziej ty.
Widzi że nic nie rozumiem, 5 piw robi swoje, i tak bym pewnie nie zrozmiała.
-Widzisz, to jeszcze bardziej ty bo...jezu...widać że przez te lata tyle przeszłaś, nie powiem że nie, ale to robi...rety...widać że jesteś silniejsza. I to ciepło jeszcze bardziej emanuje. Nadal uważam jak przedtem że jesteś...zresztą, mniejsza.

Nie ciągnę go za język, zmieniam temat.
Czasem zawiedzione spojrzenia dopiero co poznanych mężczyzn, gdy widzą moją obrączkę sprawiają mi przyjemność, chorą, egocentryczną przyjemność. Piękne słowa z jego ust, nawet tak nieporadne, każą się wycofać. Zabrnęłam za daleko, a los który siedzi teraz przy barze, pewnie śmieje się cicho i obserwuje rozwój akcji.

Ale nic się nie dzieje. Po prostu rozmawiamy, momentami już boleśnie, momentami rtęć jest bliska temperatury pary. Ale nic się nie dzieje.
Po drugim piwie z nim stwierdzam, że czas do domu, do Męża, a w sumie to zadzwonię po niego, niech po mnie przyjdzie, chyba, że dalej kumple, chyba że dalej grają.

Ale nie. A. mnie odprowadzi, mówi, że przecież dobra pora na spacer. Więc niech będzie.
Idziemy najgłośniejszą z ulic Poznania, pijani ludzie zataczają się, jeden obok drugiego. Idziemy cichszą częścią miasta, w sumie nie mówimy za dużo. Zmęczenie bierze u mnie górę, on przecież za dużo nigdy nie mówi. Tylko czasem, gdy najdzie. Dzisiaj wykorzystał limity słów.

Stajemy pod moją kamienicą.
-Tutaj?
-Uhm.
Koniec przypadkowego wieczoru.
-Może wejdziesz? Chłopaki na pewno mają jeszcze jedno piwo. Poznasz Męża- proponuję spontanicznie, choć wiem, że się nie uda, choć chciałabym żeby poznał może i Męża właśnie.
Kiwa tylko przecząco głową, patrzy mi w oczy. Nie musi nic mówić. Za dużo jak na jeden wieczór i tak.
-Wiec na razie.
Już chcę się odwrócić, już mam znikać w czeluści kamienicznej klatki schodowej, gdy robi coś, czego się nie spodziewam. Wieczór impulsów, wieczór gwałtownych ruchów. Na jedną noc odpuszczamy zasady. Piątkowa noc, te mają swoje prawa.

Więc można sobie pozwolić. Więc przyciąga mnie do siebie i przytula. Tak po prostu. Przytula się do drugiego człowieka, z którym mógł spędzić wieczór, z którym poszedł na piwo. Przytula człowieka, wtula się, łopatki drgają jak ptasie skrzydła. Ten, który nieraz się boi, który jest z kruchego szkła. Ale już raz się nie bał i coraz mniej boi się życia. Przekracza bariery, a ja temu z całej siły kibicuję.

Przytula i trzyma mocno kobietę, w której może kiedyś przez wielką czarną dziurę samotności pod sercem się zakochał. Kiedyś było kiedyś. W tym uścisku nie ma nic z dawnych emocji.
Kiedyś było kiedyś, a los płata figle i obserwuje, jak wszystko się potoczy.
Tym razem jesteśmy starsi, w innym momencie życia. Mądrzejsi o kiedyś, mądrzejsi o kiedyś o którym nie można zapominać, ale może które będzie można kiedyś pogrzebać.
Bo czasem jeden człowiek potrzebuje drugiego. Bo czasem jeden człowiek z drugim doskonale się dogaduje, przekraczając rzeki każdego pomimo.

Trzyma mnie mocno, po chwili szczupłe plecy przestają drgać, uścisk słabnie. Wiem że trzyma mnie jeszcze chwilę, bo rtęć może zacząć wrzeć i parować, czekam więc, zanim się wycofa, zrobi krok do tyłu i puści mnie do domu, do domu w którym czeka na mnie ten, którego kocham.

Krzywy uśmiech, szybkie wycofanie, pomachanie ręką, szybki krok.
Wchodzę po schodach na swoje trzecie piętro.
W domu został jeszcze tylko jeden znajomy, sąsiad z drzwi obok. Grają jeszcze z Mężem, ale zaraz koniec.

Koniec piątku, ten zresztą skończył się dawno. Już sobota. Dzień większych i mniejszych przypadków dawanych od losu. Dzień jak każdy. Dzień jak żaden.
Dopiero po chwili orientuję się, że właśnie minął piątek z 13 w dacie. I wcale nie był pechowy.

Idę pod prysznic. W końcu kładziemy się spać, a ja myślę o tym, że przecież nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki. Płynąca woda zawsze już jest inna. Z innego lodu, z innego śnieg górskich pokryw szczytów.

Nie wiem, co będzie dalej. Odpiszę na kolejnego maila, kolejnego. Nie będę wykonywać gwałtownych ruchów. Ale czego nie zaplanuję, los i tak postanowi swoje. Każe wyciągnąć zawleczkę z granatu, który wcale nie wybucha. I może, będzie niewypałem już zawsze.



Rob to co mówię
I nikt nie ucierpi
Nie podchodź ani trochę bliżej
Bo nie wiem jak dług mogę trzymać swoje serce w dwóch częściach

Nie wykonuj żadnych gwałtownych ruchów
I nikt nie ucierpi
Nie przychodzisz
Skoro wiesz, co jest dla mnie dobre
Dlaczego miałabym cię zostawić?

(..)
No, to co teraz zrobimy?
Co teraz zrobimy?*


*Psychobabble, Frou Frou

63 komentarze:

  1. zawsze w takich chwilach myślę sobie, że jednak nie wierzę w przypadki. bo wystarczyło wyjść z baru pięć minut wcześniej albo później, iść na nogach, zamiast wsiadać do tramwaju.
    i może dobrze się stało, że się spotkaliście. w końcu kiedyś to było kiedyś. ja chyba też powinnam się tego nauczyć, jak chodzi o niektóre sprawy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Zostałabym w barze na jeszcze jedno piwo albo wcześniej nie poszła do łazienki...i nic by się nie zdarzyło. I nieraz mamy wrażenie, że to przypadkowość, a nieraz, że pewne rzeczy po prostu zdarzyć się musiały. I dobrze, gdy na dobre wychodzą, gorzej, gdy los się zezłośliwia.
      Właśnie. Kiedyś to było kiedyś i...może warto do tego nie wracać. Bo czasem warto dać drugą szansę pewnym sprawom, zwłaszcza ,gdy sam los do tego prowokuje. Może chce nam coś przekazać:)

      Usuń
  2. "Uśmiecha się czy śmieje się z nas". Ten fragment jednej z moich ulubionych piosenek przypomniał mi się po przeczytaniu tego tekstu. Często los lubi pisać różne scenariusze. I pojawiają się na naszej drodze osoby kolejny raz. Podobnie jak mój ojciec.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co to za kawałek? Bo jakoś nie kojarzę w ogóle:) I uwielbia, to prawda, a te rzadko kiedy pokrywają się z naszymi, zresztą, o tym też już chyba mówiłyśmy:) I jak twój ojciec? Tzn. w jakim sensie teraz?

      Usuń
    2. Liber śpiewa z Natalią Schroeder kawałek pt. :"Wszystkiego na raz".
      Nie mieszkam z ojcem. Widziałam go raz w życiu, co jakiś czas ludzie lubią ponownie stawać na naszej drodze.

      Usuń
    3. No tak, mówiłaś, ale nie sądziłam, że go widujesz chociaż...to pewnie nieuniknione, zwłaszcza, jeśli np. mieszka się gdzieś w pobliżu siebie. I to prawda. Czasem mam wrażenie, że los w pewien sposób nas "próbuje"

      Usuń
    4. Na szczęście on mieszka na drugim końcu Europy więc nie mam na szczęście okazji do spotykania go. Dokładnie tak. A tatusiu mówię do mężczyzny, z którym biologicznie mnie zupełnie nic nie łączy, po za tym on zawsze chciał mieć córkę.

      Usuń
  3. Podobno przypadki nie istnieją, no, bo wszystko jest odgórnie zaplanowane, być może nawet nasze myśli są zaplanowane, i nawet, gdy zdaje nam się, że zmieniamy zdanie, wracamy 10 minut później lub wcześniej, wsiadamy do tego, czy innego tramwaju, być może ta zmiana zdania była zapisana od wieków.
    Czytając notkę, myślałam, że A. powtórzy próbę pocałunku. Nie wiem, czemu tak pomyślałam, ale jakoś mi się nasunęło.
    Widać, że jest dla Ciebie dość ważną osobą. W końcu o byle kim nie pisze się notki, gdyby nie był ważny - opisałabyś pewnie coś innego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wierzę w innego rodzaju przypadki, mówiące o przyczynach i skutku. Właśnie pewne nasze decyzje powodują skutki, z których zupełnie nieraz nie zdajemy sobie sprawy. Tylko właśnie pytanie, na ile dana przyczyna powstała z intencją, a na ile nie? Tu zaczynają się schody:)
      Nie, tego raczej już nigdy nie powtórzy, jak mówię- wyciągnęliśmy oboje wnioski. I kto wie, może uda się na tych wnioskach właśnie coś ładnego zbudować:) I oczywiście, że jest dla mnie ważny. Uważam go za fantastycznego człowieka, z którym mogę porozmawiać też, wymienić się myślami choćby elektronicznie jak z mało kim. Dlatego cieszę się, że wyszło, jak wyszło:)

      Usuń
  4. Wow. Nie spodziewałam się, że przypadkowo się spotkacie, nawet nie myślałam, że mieszkacie w jednym mieście ;) . Myślę, że taki przypadkowy zbieg okoliczności przydał się Wam bardziej niż można by się tego spodziewać. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisałam o tym wcześniej, w styczniu, że jesteśmy oboje z Poznania:) I owszem, uznaję to właśnie za dość szczęśliwe zrządzenie losu)

      Usuń
    2. W takim razie wyleciało mi to z głowy! :) Przepraszam! Odzywał się po spotkaniu? :)

      Usuń
    3. Nie dziwię się, proszę cię, jakby człowiek miał zapamiętywać wszystkie informacje, szczegóły i szczególiki, które wyczytuje na blogach, to chyba by zwariował z nadmiaru informacji :D
      I owszem, wymieniliśmy już parę wiadomości, jest w porządku:)

      Usuń
    4. To najważniejsze. Dzięki za wyrozumiałość. Czy mogłabym prosić do Ciebie jakiś namiar? :)

      Usuń
  5. Chłopiec naprawdę Ci rekompensuje chorobę :D I oby to nie był jego kolejny żart po prostu. Lub żeby chłopiec A. nie wpadł na taki pomysł. Ten to też ma chyba wyjątkowego wrednego skurwysyna.
    I cóż, przeznaczenie, co tu więcej mówić. Takie z cholernym niedowierzaniem przez chwilę.
    W sumie przez myśl mi przeszło jakby się zachował, czy też by podszedł jakby jednak nie było tego maila wcześniej? Ale to nieistotne gdybanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak jakoś na to wychodzi, pomijając to, że kaloryfer znowu cieknie:D I mam nadzieję że nie, na razie się na to nie zanosi, w sensie..nic się nie stało od pt, piszemy normalnie, nawet milej. Więc jest w porządku;) I tu się nie mylisz, jego chłopiec też specjalnie miły nie jest :P
      Może i przeznaczenie, nic nie dzieje się bez powodu ponoć, przyczyna i skutek muszą być:) I...zapytałam go o to. I pewnie nie:)

      Usuń
    2. Nie może być za dobrze jednak xD No to super, fajnie wyszło, w takim razie, że na siebie wpadliście :) Tak się domyśliłam właśnie :P
      A szkoda by było, więc dobrze wyszło :)

      Usuń
    3. Oczywiście, że nie :D Ciekawe swoją drogą, czy Wojtek dzwonił do administracji, muszę go zapytać, jak wróci z pracy, dobrze, że sobie przypomniałam :D I dokładnie, dobrze wyszło, nie ma czego żałować:)
      Można tylko się cieszyć, zwłaszcza patrząc po tych wszystkich wiadomościach które tchną jednak..pozytywną energią:))

      Usuń
    4. To mówisz, że w tym wieku z pamięcią nie jest jeszcze tak źle? :>
      No to super, że ta pozytywna energia się pojawiła :)

      Usuń
  6. do baru pełnego kobiet o zadach jak kobyły wybacz, padłam ze śmiechu :)

    To ten A,. o którym swojego czasu pisałaś? To pewnie przeznaczenie, może musieliście się spotkać, może musiało się tak stać. Czasem takie spotkania po dłuższym okresie są... jakieś-takie. Ciekawe, czy coś z tego wyniknie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisałam tak, bo trochę mi się z Llosą ten pub skojarzył tak w ogóle, nie wiem, czy czytałaś jakąś jego książkę? W Pochwale macochy tak określał pewną kobietę i od razu mi się skojarzyło z tym miejscem :D Tak wiem, miewam dziwne skojarzenia które dziwnie wychodzą :D

      Tak, ten sam:) I jakaś przyczyna, jakiś skutek, nic ponoć bez powodu się nie dzieje, więc się stało. I właśnie dobrze się stało, tym razem los nie był złośliwy. Przynajmniej, na to teraz wygląda:) I może po prostu, uda nam się normalnie jakoś obok żyć. Tyle starczy:)

      Usuń
    2. Nie czytałam, ale to zmienię :) E tam, dziwne :) Po prostu kojarzy Ci się tak :)

      Ponoć nie, więc pewnie tak musiało być ;) I na pewno tak będzie, trzeba być dobrej myśli, bo czasem tylko to możemy zrobić :)

      Usuń
    3. Warto, naprawdę:) Jak to mówią, warto w ogóle z każdym noblistą się zapoznać, chociaż, dla mnie to nie reguła, ale Llosa zasłużył w pełni na tą nagrodę:)
      No czasem mam aż za dalekie skojarzenia ponoć:)

      Dokładnie:) Nie lubię ostatnimi czasy zwrotu tak musiało być, ale w tym wypadku mi nie przeszkadza, o:D Dokładnie:)

      Usuń
    4. Za Murakamiego się od jakiegoś czasu "biorę" i nie mogę go złapać, dzisiaj Myśliwskiego sobie przytachałam... Zapamiętam!

      To dobrz! Także będzie dobrze :)

      Usuń
  7. To prawda, woda w rzece jest już inna i ta relacja nigdy nie będzie taka sama. Może lepsza, a może gorsza... Ale zupełnie inna i trzeba się samemu przekonać co z tego wyniknie, zamiast odcinać się definitywnie, bo przecież 'to już było'.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. Dlatego przed nurtem rzeki nie ma co uciekać nieraz już za bardzo:) I będzie inna, ale właśnie...inne nie znaczy od razu gorsze. Nie szkodzi próbować przecież:)

      Usuń
    2. to prawda, zwłaszcza, ze o ile dobrze zrozumiałam teraz będzie to relacja na zupełnie innych zasadach.

      Usuń
  8. Oj, los naprawdę lubi płatać filgle...może tak właśnie miało być, może tak to miało się potoczyć.
    Dobrze, że Twoja impulsywność kazała Ci wysiąść razem z nim...myślę, że byłoby to dziwniejsze, gdybyś została w tym zatłoczonym tramwaju, a on sam by wysiadł...Pewnie biłby się z myślamy czy w ogóle dobrze zrobił podchodząc do Ciebie... A tak przynajmniej mieliście okazję pogadać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie:) Zresztą, już wyszło jak wyszło, czasu się nie cofa, a nie ma na co narzekać, więc tym bardziej:)
      Też tak sądzę:) I dokładnie. Czasem potem za dużo też człowiek się zastanawia dlaczego i też co by było gdyby...

      Usuń
  9. No proszę. Magia mieszkania w jednym mieście ;)
    Miło mi, że wieczór był aż tak pozytywny. Pomimo wszystko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co fakt to fakt:)
      A czemu pomimo?

      Usuń
  10. Masz rację z tą rzeką. Właśnie ostatnio stwierdziłam,że być może los stawia tę,a nie inną osobę na drodze po to aby tym razem podjąć inne decyzje,zrobić coś dobrego.
    Cóż podobno rozmowy po pijaku są najlepsze,bo najszczersze,ale nie wiem,bo nie próbowałam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Ja czasem mam wrażenie, że nikogo nie poznajemy przypadkiem.
      Bywają najlepsze, ale to nie reguła. Chociaż ja takie często kocham, bo właśnie znikają u niektórych ludzi pewne bariery:)

      Usuń
  11. Zawsze jest coś sentymentalnego w starych miłościach :P I to Twoje pytanie na dzień dobry ;p Ale nie wiedzieć czemu ja pewnie zachowałabym się tak samo, z tym, że ja po 3 piwach wyglądam tak, że ludzie, choćby dawni znajomi raczej boją się do mnie podchodzić :D
    Wiesz.. ja nie wiem czemu, mam takie wrażenie, że Ty męża owszem kochasz i masz go w sercu, ale jakoś jest chyba tak, że w tym sercu jest trochę miejsca dla A., czyż nie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Albo po prostu znajomościach, które mają swoje dziwne historie:)
      Tzn? Słaniasz się już na nogach czy masz inne dziwne przypadłości?:D
      Owszem, mam dla niego miejsce w sercu, ale nie w ten sposób:) Nauczyłam się już rozróżniać różne oblicza miłości. Jest jedna, jedyna, wyjątkowa, ale kocham też przecież swoich przyjaciół, niektórzy ludzie są dla mnie jakoś wyjątkowi- ale nie w tym sensie, w jakim jest Wojtek:) I na szczęście on też to w pełni rozumie:) Dla wielu ludzi można przejawiać jakąś czułość, ciepło, na wielu ludziach przecież w życiu zależy. Ale, nie w takim samym sensie:)

      Usuń
    2. Ale wtedy już sentymenty mogą być dobre lub mogą być złe :P
      Nie, po 3 jeszcze chodzę o własnych siłach, ale gadam głupoty i cały czas się śmieję :P Ja jestem naprawdę wyjątkowo głupia po alkoholu ;p Chociaż są opinie, że jestem wtedy serdeczna, ale to mówią Ci, którzy nie widzieli mnie w wersji agresywnej - ci się mnie boją :D
      Rozumiem. Uwzględniałam to w sumie w pytaniu :P To znaczy miałam na myśli, a nie napisałam :P Ogółem to fajny ten Twój Wojtek. Mój Ciacho by strzelił focha na milion lat, gdybym mu zadzwoniła w środku nocy i powiedziała, że wypiłam trzy piwa, spotkałam kolegę i idę z nim pić dalej :D

      Usuń
    3. Nie no jasna sprawa:)
      Ja też głupoty gadam i dużo się śmieję, ale to robię i bez piwa, więc jak widać chyba nie ma różnicy :D Chociaż słynne jest już powiedzenie "Szop się sprał", więc może jednak nie jest tak dobrze:D
      I agresor czasem nachodzi, oj tak...:D
      Ok:) Teraz rozumiem:) A pewnie że fajny, inaczej bym za niego nie wyszła :D A tak poważniej już..my od samego początku mamy zasadę nieograniczania i pełnego zaufania. Może dlatego też, że mamy takie przekorne natury, że jakby jeden drugiemu coś zakazał albo się fochował o coś...to by poszło w drugą stronę :D I wiemy właśnie że się kochamy i nic nie zrobimy, co mogłoby to drugie zranić:) Dlatego w takich wypadkach nie ma problemu:)

      Usuń
    4. To ja widzę, że naprawdę podobnie mamy po alkoholu ;p U mnie takim największym wrażliwcem jeśli chodzi o mnie pijaną jest Ciacho, zaraz po mamie, której unikam na wszelkie sposoby gdy jestem pod wpływem :P Ciacho bardzo nie lubi mnie pijanej zwłaszcza jak sam jest pijany co się na ogół kończy mega awanturą :P Ale to tak na marginesie :P Inni uważają, że on grubo przesadza, ja znów uważam (wprawdzie na następny dzień, ale jednak :P), że dobrze, że ktoś mnie stopuje ;)
      Świadomość taka powinna być podstawą każdego dobrego związku, naprawdę zazdroszczę tego. Mieliście tak od samego początku, czy nauczyliście się tego z czasem?

      Usuń
  12. cóż takie spotkania po latach czasem się zdarzają i mi również się zdarzyły, dla mnie to było zaskoczenie jak bardzo moje uczucia się zmieniły i jak bardzo zrobiła mi się ta osoba obojętna, to prawda dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi, swoją drogą Twój mąż ma nerwy ze stali, ja bym chyba siedział jak na szpilkach będąc Twoim mężem wiedząc, że w nocy spotkałaś jakiegoś faceta, który kiedyś coś do Ciebie czuł, który próbował cię całować i tak dalej,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie to czasem zaskoczenie jak pewne sprawy się zmieniają- a czasem wręcz w drugą stronę, czasem można się zaskoczyć, że pewne więzi nadal są silne:)
      I to nie nerwy ze stali:) To kwestia zaufania i pewności, że nie zrobię nic, co by go zraniło. Tak samo ja jestem pewna jego:)

      Usuń
  13. Ależ ten świat jest mały. Nagle niespodziewanie trafia się na kogoś znajomego. W sumie dobrze, że wyjaśniliście sobie parę rzeczy i zazdroszczę tak wyrozumiałego męża, bo wątpię, że takowi są liczni :) I zaraz, zaraz...Byłaś po 5 piwach? Ja to już po 3 wysiadam, ale w sumie na ogół piję niewiele, albo wcale :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. W ogóle ja często przypadkiem trafiam na jakichś znajomych, a świat cóż...coraz bardziej się kurczy. W końcu żyjemy w globalnej wiosce, no nie?:D
      I nie powiem, że nie ma czego zazdrościć, bo męża mam fajnego:D Ale to po prostu kwestia obustronnego zaufania i zrozumienia:)
      I owszem. Mam mocną głowę :D

      Usuń
  14. Nie spodziewałam się, że spotkasz tę osobę. Tyle wspomnień, emocji w jednym tramwaju. Ech, w życiu nie ma przypadków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie spodziewał się nikt, powiem tak :D Ale to prawda, że było to zaskoczenie i...dobrze, że się tak stało. Czy to był przypadek, czy jakiś uśmiech losu:) Nie ma już chyba znaczenia:)

      Usuń
  15. Zazwyczaj tego nie robię. Kontakt mi się urywa, godzę się z tym. Jednak czasem rodzi się we mnie ciekawość co u ludzi, którzy kiedyś mi byli bliscy. O, albo u tych, którzy czytali, kiedy sama byłam ze szkła. Hm, chyba pewne więzi są wieczne. Zmienia się jedynie ich oblicze.

    OdpowiedzUsuń
  16. Twój mąż bardzo wyrozumiałym człowiekiem jest. Mój (przyszły chyba) to by doleciał do tego tramwaju w minutę ;-)

    OdpowiedzUsuń
  17. Mój zmysł wyczuwania "o czym jest ten blog" został wyłączony, kiedy tylko wchodziłam tutaj, do Ciebie, na tę konkretną stronę. Zabrałam się za czytanie nie wiedząc, czego oczekuję.

    Tak. Absolutnie nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Powiem krótko: czasem, kiedy wiadomo, że prąd jest zbyt mocny, a woda zbyt mętna i brudna, ciężko z niej mimo tego wyjść. Ja mam taką rzekę. W zasadzie dwie. Jedna jest nowa i cudowna, i porywa mnie ze sobą. A w drugiej wciąż tkwię jedną nogą. I nie potrafię wyjść.
    Pisałaś, że "kiedyś było kiedyś". Jak to zerwać? Jak przerwać i zapomnieć, choć próbuję zapomnieć od dwóch lat? Jak odepchnąć na bok mężczyznę starszego o dwadzieścia lat?

    Czuję się jakbym czytała swoje myśli, tylko dojrzalsze. O wiele bardziej dojrzałe. Mocne. Ukierunkowane. Trochę bardziej stabilne i dosadne, choć też czasem pogubione i ulegające chwili, a także emocjom z nimi związanymi.

    Dziękuję Ci za ten wpis. Naprawdę, bardzo Ci dziękuję. Być może nie zdajesz sobie sprawy jakie morze refleksji we mnie włączyłaś.
    /poeta-fortepianu/

    OdpowiedzUsuń
  18. Czytając ten wpis, te fragmenty o A. miałam przed oczami swojego kolegę sprzed kilku lat... Tak jakbym w tej całej sytuacji widziała siebie i jego - ale to chyba tylko jakieś takie moje dziwne wyobrażenie na temat naszej relacji, przypuszczenie, że wyglądałoby to właśnie tak.
    Ten piątek trzynastego na prawdę nie był złym dniem. :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Nie jestem skłonna do takich sądów, ale naprawdę wierzę, że w tym wypadku tak miało być, Nie odpisałaś na maila, miałaś wątpliwości, a Wasze drogi mimo to się skrzyżowały. Miło czytać, że ktoś przeszedł wewnętrzną ewolucję na lepsze, zwłaszcza człowiek, który bardzo cierpiał, U mnie spotkania po latach okazują się zwykle rozczarowaniami, może dlatego, że - nie oszukujmy się - nie spotykam już ludzi z podobną wrażliwością. Moich dawnych bliskich wciąga kierat i schemat. Ja się nie daję, więc nawet śladowe więzi zanikają.

    OdpowiedzUsuń
  20. Niee, nikt jeszcze nie marudzi odnośnie komentarzy, tylko napisałam na zaś :D

    OdpowiedzUsuń
  21. A wiesz, że jak kiedyś, ostatnio czytałam wpis u Cb to przypomniała mi się ta historia i tak przez chwilę sobie myślałam, ciekawe co z tego wyszło...
    A tu wyszło ciekawe spotkanie, w ciekawych okolicznościach ;D.
    Ja już sporo swego czasu na ten temat się naprodukowałam ;D. I nadal podtrzymuję to co wtedy chyba napisałam, że może on właśnie potrzebuje tylko i wyłącznie takiego przytulenia, do którego posunął się teraz, którego mu brakuje, a też chyba ciężko mu przychodzi, taki gest wobec drugiej osoby. Ale dobrze, że coś się u niego zmienia, daje sobie radę, powoli, może nawet w pewnym stopniu coraz lepiej. Dobrze, że to spotkanie się tak potoczyło, pewnie też te 3 piwa miały w tym jakiś udział ;D.

    OdpowiedzUsuń
  22. Gdy to czytałam myślałam o moim dawnym przyjacielu, co prawda żadne z nas nie było w sobie zakochane, ale on też był taki kruchy, taki delikatny...
    I masz rację, dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi, ja raz próbowałam i nic dobrego z tego nie wyszło.

    OdpowiedzUsuń
  23. w "tramwaju wypełnionym piątkiem" (10/10 za to określenie!♥) chyba zawsze zdarzy się jakaś przygoda.
    niezłe spotkanie, mi też się uruchomiły różne wspomnienia, jak to czytałam..
    czad, ze chodzisz w glanach :D

    OdpowiedzUsuń
  24. Takie przypadkowe spotkania są dziwne. Zależy na kogo się wpadnie, ale czasem to dla mnie takie... niezręczne :(

    OdpowiedzUsuń
  25. Jeśli odbije Ci kiedyś spłodzić papierowe dziecko, zerwę z siebie ostatnie łachy, aby zdobyć egzemplarz. Zmanipulować personę dysponującą ujmą emocjonalną d ostanu płaczu będąc jednocześnie obcą osobą potrafią jedynie wielcy muzycy.
    A Tobie się to udało.
    Pominąwszy emocjonalne upośledzenie posiadam jeszcze brak umiejętności przekładu myśli, a szczególnie tych kolosalnie silnych, na słowa.
    W związku z powyższym nie jestem w stanie opisać tego, co naprawdę mam w głowie odnośnie Twojej notatki. Chyba nawet tego, co czuje. Uczuć też nie potrafię nazywać.
    Ale poproszę A. na śniadanie.
    Mam ochotę go pokochać.

    OdpowiedzUsuń
  26. Frido, takie spotkania zawsze są niebezpieczne. Choć po latach okazuje się, że dawne emocje już wygasły. Jednak sentyment do tego człowieka pozostaje....

    OdpowiedzUsuń
  27. Kurcze, nawet nie wiem co powiedzieć... przez to znó zastanawiac sie zaczęłam nad tym, który mnie kiedyś zabił.. czy i teraz byłoby inaczej? Czy jest inny? Czy teraz nie skrzywdizlibyśmy się nawzajem..?

    OdpowiedzUsuń
  28. Intrygujący wpis. Czuć klimacik. Nadawałoby się na opowiadanie.

    OdpowiedzUsuń
  29. Świetnie napisane. Zazdroszczę potoczystości i ekspresji wypowiedzi

    OdpowiedzUsuń