środa, 11 września 2019

O tym, że żaden tytuł nie ma sensu jak istnienie, czyli o lękach w czułości skrytych.


Wyspa nie uleczy cudzych lęków. Żadne wakacje nie obrócą ludzkiej perspektywy o 180 stopni, tak, że łzy magicznie przestaną ciec w ciszy i rozdzierającym szlochu. Nie istnieje magia dobrych słów, cennych rad, wydzielania endorfin przez zdrowy tryb życia i pornną jogę. Czasem pomaga. Czasem nie. Ale nie o to chodzi.
Być może, jak zwykle chodzi o obecność. O bliskość. I o te kilka chwil, przez które być może choć minimalnie mniej chce się umrzeć. Z premedytacją nie mówię, że chce się żyć, bo przecież i mnie samej nieraz się odechciewa.
Jednak zdarzają się momenty. Zdarzają się dotknięcia. Minuty, a nieraz i godziny niepohamowanego śmiechu, przez który aż nie chce się wierzyć, że może być źle. Bywają, ulotne, a jednak namacalne. Mój "hurra optymizm" nadal wytrwale, z mozołem wierzy, że można to przekuć w prawdziwe poczucie piękna, które, pomimo obecnego w życiu bólu, dominuje. Zwycięża.
Czsem czuję się przez to najgłupsza. Najbardziej naiwna. Głupia, choć oczytana i znająca milion niepotrzebnych faktów. To śmieszne, bo nieraz bym i chciała, ale nie jestem żadną smutną dziewczyną o wielkich oczach. Interesującą wariatką, bo przecież kręcą i jarają te popieorzone dziewczyny, jak usłyszałam. Nie jestem malutką melncholijną pchełką, jak wiele dziewczyn, które znałam w życiu. Które były piękne, tym najwyższym, niewytłumaczalnym pięknem.
Kiedyś miałam kompleks, bo byłam wysoka, miałam szerokie ramiona i biodra i nikt nie nazwałby mnie swoim maleństwem, bo maleństwem nie byłam. Dumnie więc jak mężczyzna radziłam sobie z ciężarami i pomagałam wszystkim mniejszym.
Teraz jestem wysoka i gruba do tego, tym bardziej maleństwem nie jestem.Tym bardziej unoszę brodę z dumą do góry, wiedząc, że rozmir ma cenę niezależności i siły, gdy ramiona są jak płaszcz przeciwdeszczoy.
Swojska, chłop nie baba. A właściwie baba, babochłop, no bo jak dąb. Mam jaja, chociaż mam pizdę, to pizdą życiową nie jestem. I tak, często jestem z tego dumna. Nazywam to kobiecą siłą. A czasem to przytłacza, bo wiem, że przez to wszystko nikt nie utuli moich lęków. A czasem mam 5 lat i tupię nogą i chciałabym, żeby wszystko zrobiono za mnie. Przez moment, przez chwilę. To tylko chwile, nie ma się co przejmować.
Jestem prosta i prozaiczna. Mimo chwil cierpień, śmierci, bólu i chwilowych histerii uparcie kopię się w głowę, podnosząc i radząc sobie we własnym zakresie. Rozumuję logicznie. Nie pachnę poezją, artyzmem, kruchością. Spora dziewczyna właśnie,taka wiejska, wychowana na mleku prosto z krowiego cycka, sama trochę krowa, ogr, z jajami. Dziewczyna, która za głośno się śmieje, ma za dużo energii i szarpiących ruchów. Wszędzie jej pełno, radzi sobie, nie ma problemów ze snem, tylko czasem dziwne sny z których tak naprawdę można się śmiać. Nie potrzebuje tego i owego, lekarzy żadnej maści bo sam dużo wie i właściwie sama się leczy z teog i owego Bije z niej gdzieś tam ten romntyczny zapach łąki, ale jednak z wypasem bydła w tle.
Właściwie, dziewczyna, dobre sobie. To żart sam w sobie. Kobieta tuż tuż przed trzydziestym rokiem życia, z pierwszymi zmarszczkami, myśląca o sobie wciąż w kategorii dziewczyn. Okrągłe pycho rozpalające się od środka jak żarówka ze śmiesznym, iście klaunim nosem. Czysta proza życia, biały chleb, kasz i buraki.
A mimo wszystko, ludzie się na to nabierają. Lubią to. Może tę prostotę właśnie, branie życia takim jakie jest. Prosty mechanizm, mało interesujący, ale skuteczny i prujący buldożerem przez drogi życia. I ja często też to w sobie lubię, w większości to lubię, często doceniam, a mimo to, czasem z tyłu głowy, to ziarno niepewności jest zasiane. A może to plewa, odpad, bo nie może być za pożywnie.


Czuję się więc nieraz tak naprawdę najgłupsza tą swoją prozą, której nie stać na poezję, ale wierzę, że to się uzupełnia. To działa, bo przecież tyle lat działało. Gdy byłam malarką, a może tylko ją udawałam. Gdy pisałam poezję, dziergałam ją na drutach słów, tak jak robię teraz, choć chowam ją już tylko i wyłącznie do szuflady. To działało, gdy mówiłam o muzyce z muzykiem. Gdy po prostu w swoją prozę brałam wszystkie te prozaiczne problemy, bo ludzkie problemy są prozą jednak w ostateczności pisane i prałam w swoich rękach wszystkie nadmierne plamy z atramentu. Gdy przytulałam do nadmiernego cieplego ciała. To działało zawsze na zsadzie przeciwieństw światła i mroku. W momentach, gdy cisi wreszcie potrafili wyłączyć mój nadmir i głośność, sprawić, że się uspokajałam i zaczynałam czuć spokój.To działało i działa, mimo, że tak, są momenty, w których czuję się konstrukcją cepa z tym swoim...no właśnie, z czym? Z wiarą, nadzieją, miłością, które są tylko ponoć dla łatwowiernego stada? Nie dla myślących, nie dla sceptycznych. Nie dla widzących więcej.
Ale są te trzy we mnie, wiara, nadzieja, miłość. Czasem jestem z tego dumna. Czasem się tego wstydzę. Ale, nie zmienia się działania kosy, póki nie trafi na kamień, na którym stępi swoje ostrze.
Nadal jestem ostrą sztuką.
I mimo wszystko czuję się dobrze, kochając, wierząc w ludzi, mając nadzieję na przyszłość. Nieraz nadmiernie, nieraz za bardzo, hamując się, żeby przypadkiem nie wygrć w grę prozy życia, w bingo, w którym inni wiedzą lepiej, bo to czują. Nie jestem nimi. Nie pasuję, nie wiem, nie znam się, bo już w sumie zapomniałam, jak to jest chcieć odejść. Co pamiętam z czasu, kiedy próbowałam? Nic, bo proza którą jestem, nie jest zbyt retrointrospektywna, jest raczej tu i teraz i nie rozgrzebuję ran. Carpe diem, z którego też się wszyscy śmieją.
Pasuję sama do siebie. W porządku. Bo to jest ostatecznie w porządku. I gdzieś tam w krowie co uparcie zdania nie zmienia, jak mawiała moja mama, jest i czułość. I ten nadmiar energii i wiara i nadzieja i miłość i one wygrywają. Zawsze wygrywają.


Czasem chciałabym tę całą czułość właśnie wsadzić do cudzej głowy. Gdyby tak tylko się dało, wcignąć miłość do płuc, ogrzać ogniem, który płonie mi w środku i delikatnie, mimo wszystko delikatnie wdmuchnąć komuś przez ucho. Przez złączone usta. Gdyby dało się każdego otulić kocem, otulić własnym ciepłym i za miękkim, za dużym, za prozaicznym ciałem z bliznami i rozstępami, gdyby to mogło pomóc, o tak, jak byłoby pięknie.
A może wtedy byłoby gorzej.
Nie wiem, nie da się tego zrobić tak czy siak. Po prostu się nie da, jest jak jest.
Żadnego ratunkowego oddechu, usta- usta, renimacja if you are dead inside.
Mimo wszystko można z czułością patrzeć. Dotykać bardziej lub mniej znacznie. Gotować i zapraszać do swojego życia. Można kochać, być, słuchać, uważać na słowa, których i tak nie zahamujesz, bo najpierw robisz, mówisz, potem się reflektujesz. Natury nie oszukasz.
Szopie, kurwa!
To co najczęściej słyszysz, bo jesteś takim puchatym zwierzątkiem. Może w tym wszystkim to ty jesteś zwierzątkiem, niekoniecznie masz własne. Dlatego tak mnie zaczyna ujmować, gdy ktoś mówi od czasu do czasu moje imię, patrząc mi głęboko w oczy. Jakby widzieć można było więcej, niż szopi ogon, na którym można przemierzyć wszechświat.


Wyspa nie uleczy nikogo, czasem wyciągnie z ludzi najgorsze rzeczy, najgorsze sprawy. Samotne miejsce, idealne do zdjęć, poezji i mrocznej muzyki. Cudowna, magiczna Islandia, ulepiona z wulkanicznego błota do rangi rzey o znamieniu legendy. Ale i ona nie ukoi, legendy, bajki, możn właśnie włożyć między wierszy.
Nie ma magicznego lekarstwa, na żadną dolegliwość, nie wierzę w magiczn medycynę i medytację. Ale to był piękny tydzień cudzych wakacji w mojej prozie, który minął zdecydowanie za szybko. Którego nie chciałoby się kończyć. Pokazać jeszcze to, tamto, och, gdyby to nie był taki trudny czas przeprowadzek, oszczędzania i zmieniania życia! Ale musisz przyjechać kolejny raz i kolejny, mieszkam w swoim życiu, ty mieszkasz w naszym, w życiu, sercu, możesz je tak łatwo złamać, ale jesteś. Póki jesteś, to ma w sobie piękno, nawet jeśli ty nie chcesz go dostrzec. Ja je widzę.
Bo życie ma w sobie piękno, choć to brzmi jak banał. Chwila. To jest banał, idelny do gry w głupie sentencje, ale ja sama jestem głupią sentencją i ile kto by tego nie umniejszał, nie zmienię tego.
Może jestem naiwna, ale o to w nim chodzi. Sens w bezsensie, czy raczej kolejny bezsens w powyższym.
I nie mam zamiru przez to nikogo zmieniać. Na siłę kierunkować nikomu życia. Mam zamiar być obok, aż nie pęknie mi serce. Albo po prostu przestanie bić.Nie mam klapek na oczach, choć może się tak nieraz wydawać.
To byl piękny tydzień, dla mnie zachwytów i bliskości, gdy ktoś, kogo kocham, przyjechał. Gdy mogłam pokazać chociaż ułamek tego, czym się zachwycam. Podzielić się sobą, swoim czasem. To był piękny tydzień, bo ktoś chciał mi go podarować. Przyjechać, przelecieć te tysiące kilometrów w niewyobrażalnym wysiłku, nadludzkim, choć dla wielu ludzi prostym.
Było mi tak dobrze, jak za starych, dobrych czasów, kiedy mieszkało się prwie- razem w jednej kamienicy. I można było czuwać wzajemnie nad snem i rozmawiać, twarzą w twarz, choć to byw trudniejsze. Czułam się pełniejsza, jakby dziura pod sercem została zalepiona, bo oto jesteśm mogę cię dtoknąć, mogę na ciebie popatrzeć, jesteś tu i teraz, a nie w moim dawnym mieście, do którego, wiem to, nie wrócę już nigdy na stałe.
Odżyłam jak pszczoła po zimie, choć nie było w tym słodyczy kwiatowego nektaru.
I o Boże, było mi dobrze, tak dobrze tej jednej nocy.
Było mi tak dobrze, mimo że nie pasowałam ze swoją głupotą i leczonym regularnie, logicznie bólem. Mieć obok siebie podczas długiego wieczoru trójkę ludzi, na których w przedziwny sposób najbardziej ci zależy w ciągu ostatniego roku, pić piwo, rozmawiać, nie śpiesząc się nigdzie. Czy może być coś lepszego? Być niespiesznie z ludźmi, z którymi możesz czuć się swobodnie, śmiać się, nie mieć tajemnic, okazać słabość. To najpiękniejszy akt w sztuce zwanej życiem. Zawsze kochałam takie wieczory. Ten, pomimo lekko urwanego filmu, też zapisze się w pamięci. Pojawi się w snach, które wyświetlę na powiekach, gdy zamknę oczy tuż przed śmiercią.
To ten moment. Ludzie, na których ci zależy. Wygłaskane z mozołem relacje, miłości, ale jakie piękne relacje. Takie, które cię karmią. Ludzie, na których możesz patrzeć godzinami, słuchać, którym możesz powiedzieć wszystko. Ludzie, przy których w przedziwny sposób jesteś sobą, nawet jeśli jesteś tylko i wyłącznie sobą, ale jest ci bezpiecznie.


Jest ci dobrze i bezpiecznie,nawet jeśli wiesz, że w przedziwny sposób, choć jesteś elementem układanki, który łączy ich wszystkich, to nie pasujesz. Oni są wagonami, ty tylko spoiwem, to jest ci właśnie tk kurewsko dobrze.
I tylko w momencie, gdy próbują ci wmówić, że jesteś kimś innym, niż krową na pastwisku, czujesz niepokój, to twój jeden z wielu życiowych lęków. Zamykasz uszy, tupiesz, uciekasz od tematu. I po chwili, gdy burza ucicha jest dobrze. Jest znów łagodnie. Znów czujesz miłośc, jej najsłodszy objaw, czułość. I nawet jeśli on się niebezpiecznie przelewa, wiesz, że to się naprawi. Nawet jeśli przez twoje raptowne wybuchy będziesz się czuć głupio i mieć jakieś wyrzuty sumienia do końca życia. Trudno. Było pięknie.
I każdy kac był tego wart, nawet moralny.
A potem wszystko przeminęło za szybko.
Chwil podróży na lotnisku. Starasz się nie płakać, chociż czujesz łzy pod powiekmi. Nie lubisz się żegnać, zawsze wolisz to przeżyć, jak gdyby jutro czekało na ciebie i tego, kogo żegnasz otworem. Jak niby, gdy kawa pita razem każdego dnia razem jest możliwa. Albo kubek herbaty ze śliwki, który nadal, po latach, wspominasz z rozrzewnieniem. Jak gdyby kilometry nie miały znaczenia.
Nie płaczesz w domu. Znasz siebie, wiesz, że późniejsz wszystko z ciebie wypłynie z łzami pod prysznicem. Z łzami lanymi po paru piwach, w urywnych szlochach. Tęsknota.


Wspominasz wieczór, kiedy siedzieliście wszyscy na kanapie. I marzysz o kolejnym, bo ci ludzie, porozrzucani w różnych miejscach twoje życia, stają się też jednym ze sobą, cieszą się swoim towarzystwem, doceniaj je, tak jak i ty. Raduje cię to. Rozpiera twoje serce. Wspominasz ich twarze i uwielbiasz tę myśl, że już nikt nie jest o nikogo zazdrosny i że nie musisz lawirować między nimi, wybierając, klucząc, jak wilk uciekający przed pogonią podczas polowania.
Samolot ląduje na ziemi.
Ktoś jest tuż obok, na wycignięcie dłoni. Ktoś jest kilkdziesiąt kilometrów stąd. Ktoś jest ich tysiące, odległość, która nic nie znaczy. Wszyscy oni, blisko, daleko, ale najbliżej, najbliżej, bo w tobie. Cudowne rozpierające uczucie. Jakby miało trwać wiecznie.
Ale nie ma rzeczy wiecznych.
A potem pojawia się lęk. Jedna myśl, jedno zdanie i zmieniasz się w kłębek nerwów i atak paniki. Śmiano się już z ciebie, że jesteś jak pajęczyca, łącząca ludzi. Ale nici sieci są tak delikatne, tak łatwe do zerwania. Zawsze niszczy je to, czego pożądamy najbardziej. Ludzkie namiętności, seks i pieniądze. To wszystko, co sprowadza się do władzy, której ty nie potrzebujesz, której nie rozumiesz. Bo jesteś za prosta, za naiwna. Za radosna.
Masz, więc stracisz. Masz elastyczne serce, więc je zwichniesz, ale zrehabilitujesz. Tak to działa? Proste? Proste. Konstrukcja cepa.
Życie przyniesie to, co musi. To, co chce. Przypadkiem, zrządzeniem losu. Rzut kostką, kości rzucone, wraz z perłami. Wszystko co cenne w ludziach. A ty, jak bardzo będziesz się starać, nie zmienisz tego. Możesz tylko nauczyć się surfować,bo przecież życie to surfing, więc nie bój się fal.
I zawsze pod powiekami będziesz mieć ten wieczór, z tą trójką ludzi, tak bliskich, a tak odległych zarazem.
Jesteś ich światem przez ten moment, we wspomnieniach, choć jesteś z innego świata. I nigdy do niego nie należałaś.


Mówią, że zwierzęta nie mają uczuć. Tylko instynkty i reakcje.
Ale widziałam płaczące konie i krowy, nie tylko, gdy ich nogi były połamane. Nie tylko na chwilę przed skręceniem kraku. Trzęsące się ze strachu i walczące o tych, których kochają. I nwet tym najprostszym można złamać serce. To po prostu czasem nie wytrzymuje szalonego biegu.


Dobry czas. Za krótki tydzień. Ukojona i rozpalona na nowo tęsknota. Kilka pomniejszych. Tyle planów, tyle entuzjazmu.


A ja zasypiając poproszę tylko, jak zwierzę w swojej norze, cicho, szepcząc, zaciskając powieki- kocham, kocham, kocham. Nie zatruwaj, nie zarażaj mi lękiem serca. Na to nie znajdę w sobie antidotum.




Wyliczam wszystko, co mam uczynić
Obliczam ile kroków mam do ciebie
Moja mitoza
Przerasta przez maniakalne złudzenia
Wydech, wyparcie
Opowiadam od nowa
Tkam moją alegoryczną elegię
Straciłeś kontrolę
Trucizno, spektaklu
Odrzucam spektakl, odrzucam zarazę
Wypędzam tę nieporównywalną
Truciznę na zawsze
Oczyść mnie, zabierz tę zarazę
I strach, który mnie wiąże. 

2 komentarze:

  1. Oczywiście że zwierzęta mają uczucia. To takie same istoty jak my. Nie rozumiem jak ludzie mogą pleśc takie bzdury o zwierzętach. Mają też dusze.


    Widzę że też lubisz Toola 😃

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo się cieszę, że mogę podzielić się z nami swoimi doświadczeniami. Nazywam się Brenda i byłem szczęśliwy. Dopóki mój mąż nie powiedział, że go zdradzam, oboje staliśmy się dokuczliwymi parami, nie mógł w to uwierzyć, ani nie zaufał moim słowom, więc złożyliśmy wniosek o rozwód, później zostaliśmy rozdzieleni i ślubowaliśmy, że nigdy się nie pogodzimy. Długo próbowałem iść dalej, ale nie mogłem pozostać bez niego, więc zacząłem poszukiwania powrotu męża, a potem skierowano mnie do Dr.IZOYA. Świetny człowiek, którego spotkałem, rzucił zaklęcie miłosne i zmusił mojego męża do powrotu w ciągu 24 godzin. dzięki temu jestem tutaj, aby udostępnić kontakt dr IZOYA, skontaktować się z nim poprzez drizayaomosolution@gmail.com. Jest naprawdę potężny i specjalizuje się w następujących sprawach ...
    (1) Kochaj zaklęcia wszelkiego rodzaju. (2) Przestań rozwodzić się. (3) Zakończ jałowość. (4) Potrzebujesz pomocy duchowej.

    OdpowiedzUsuń

O błękicie w miłości, na który nikt nas nie przygotował.

 Wszyscy chcemy kochać.  Gdy czujemy się samotni, dniami wypatrujemy na ulicach tych osób, którym moglibyśmy oddać cząstkę siebie. Poczuć bl...