poniedziałek, 22 czerwca 2015

O tym, że duże dziewczynki też nieraz mogą płakać

Od dawna nic nie szło po mojej myśli. Kryzys, jaki dopadł mnie w tygodniu po koncercie był nie do porównania z niczym innym. Zmęczone ciało ale i zmęczony umysł, bo przecież wszystkie problemy nałożyły się na siebie. Problem z pracą, problem z pieniędzmi. Dawno już nie było tak źle, tak bardzo, że nawet zastanawialiśmy się z Mężem, czy nie pożyczyć pieniędzy od mojej mamy. Bo tu przecież zawsze honor boli, a i ona nie ma ich przecież za dużo.

To wszystko powoli zaczynało odbijać się na nas. Pewne napięcie i frustracja były widoczne także w naszej relacji. Zawsze, to co dzieje się dookoła zaczyna przechodzić w to, co dzieje się między ludźmi. To przecież nieuniknione.
Zaczęliśmy więc oboje na siebie warczeć, coraz bardziej i bardziej. Gromadziło się to już od jakiegoś miesiąca, kiedy to zaczęły się wszystkie moje stresy. Czerwiec, choć piękny, zawsze był trudny. Kiedyś sesje i obrony, pogrzeby, dziś problemy z pracą i pieniędzmi.
Zawsze do czerwca podchodziłam nieufnie. Ale zawsze czekałam w nim na jedną noc, kiedy to los na nowo się odmienia. Na Noc Kupały, najdłuższy dzień roku. Dla mnie jedno z najważniejszych świąt, bo też przecież i święto miłości.
W tym roku droga do niego była wyjątkowo długa.

Ostatni tydzień stał przecież pod znakiem wspomnień wracających po koncercie. Stał pod znakiem nieudanych rozmów kwalifikacyjnych i ciułania grosza do grosza. Był tygodniem zmęczonego ciała i umęczonej duszy. Nic, nic nie grało. Nawet muzyka zdawała się być sama w sobie tak płytka. Nawet w łóżku zdawało się wyczuć między nami pewne napięcie. Seks na rozładowanie emocji jest wspaniałą rzeczą, jeśli te emocje naprawdę przemijają. Jeśli to prawdziwe lekarstwo. W tym tygodniu było lekarstwem tylko chwilowym.

Wszystko pękło na dobre w piątek, kiedy miałam mieć egzamin ze szkolenia w jednej z prac. Przed wyjściem nasza pozornie błaha wymiana słów zmieniła się w prawdziwą awanturę, która nie zakończyła się wyciszeniem. Zakończyła się moim popisowym wyjściem z trzaśnięciem drzwiami i wybiegnięciem wręcz na ulicę, żeby zapalić papierosa.
Szłam na egzamin mają go z jednej strony totalnie gdzieś, a z drugiej stresując się, co będzie, jeśli go nie przejdę pozytywnie. Nie chciałam tam nawet iść, chciałam uciec. To tylko kolejna „gównorobota”, ale praca, która może choć trochę uratuje nasz budżet. I choć trochę uspokoi nasze nerwy.
Przed samym wejściem myślałam, że nie wysiedzę. Chciało mi się płakać i sama nie wiedziałam, co odpisać na jego smsa, w którym tak bardzo mnie przepraszał. Nie chciałam odpisywać. Miałam już myśl, żeby napisać do Beaty, że może wpadnę na piwo i nie wracać do domu na noc. Napisać do A., jednak na noc u niego nie zostawać, bo to mogłoby wyjść jeszcze gorzej.
Jednak na egzaminie zostałam, weszłam i...znów zrobiłam z siebie totalnego błazna. Coś, co wychodzi mi najlepiej, udawanie, że nic się nie stało i branie wszystkiego na żarty. Ulubiona maska, idealna maska tego tygodnia. Totalny szok, gdy parę godzin później zadzwoniono do mnie i powiedziano, że decyzja jest oczywiście pozytywna i od wtorku mogę zaczynać pracę.
Więc będzie jak zarobić. Będzie jak się utrzymać, szukając cały czas czegoś, co będzie dawało prawdziwą satysfakcję. Prawie jakbyśmy zostali uratowani.

Wróciłam więc do domu. Od progu zapanowała cisza. Ale już po chwili łzy i słowa same popłynęły. Co my właściwie robimy? Przeprosiny i ciężkie rozmowy. Z jego i z mojej strony. Wreszcie puściła tama wszystkich frustracji, które ostatnio odbijały się na nas. Kumulacja całego złego i niedobrego, wreszcie stopniały lody i oczy, tak ciągle od niedzieli niedopuszczające do siebie łez, pozwoliły sobie zapłakać na dobre. I te ramiona i dłonie chwytające moją dłoń. Bo przecież, coby nie było, jesteśmy razem.

Ostatnie miesiące nie były dla nas łatwe. Stale się szarpiemy, w kolejnych falach bólu i dziwnych problemów, jego, moich. Tych życiowych i te, co przychodzą po życiowych dramatach. Nie jest nam łatwo. Budujemy mury, które nieraz musimy na nowo kruszyć. Czasem brakuje nam czułości, a gdy przychodzi, przychodzi nieraz w nadmiarze. Nieraz padają słowa, których nie chciałby nikt słyszeć. Ale przecież bycie razem to nie tylko zrywane w parku po północy kwiaty i słodkie uściski namiętności. To coś o wiele więcej. To dwa życia, połączone razem, to dwa ciężkie żywoty pełne łez i cierpienia, które trzeba nawzajem w sobie znosić.
Ważne, to mimo wszystko wiedzieć, że ma się siebie. Że nawet, gdy powstaje mur, gdy go się zburzy, po tym wszystkim czekają szerokie męskie ramiona dające tak wielkie oparcie. Że są dłonie, które podnoszą raz za razem. Nie jest nam łatwo. Pewnie jeszcze niejedna kłótnia o nic przed nami, pewne kolejne, kaleczące frustracje i echa tego, co było. Przerażenie tym, co będzie. Ale kto jak nie my? Tyle już razem za nami- i tyle przed nami. Ważne to umieć do siebie wracać, zawsze, kojąco i dobrze.

Piątek zburzył więc już mur, który ostatnio budowaliśmy naprzeciw siebie. Piątek odczarował rzeczywistość, moimi łzami i jego bolesnymi słowami, które udało nam się ugłaskać, ugłaskać wspólnie. W mroku znowu znaleźć światło. To wspaniałe uczucie. W piątek już zasnęłam jakoś spokojniej. Wtulona w niego, bez napiętego ciała.

Sobotni poranek przyniósł kolejne zmęczenie ciała. Ale już nie duszy. Teraz, z nim muszę sobie poradzić, ciało musi sobie wszystko poukładać. Po nadmiarach emocji i napięć jest wykończonych, zwłaszcza takich emocji. Mogę wierzyć, że wszystko się poukłada i spokojnie z nim negocjować, żeby i ono się utuliło, ukoiło. Żeby już tak wszystko nie bolało i nie było bezsilne, tak jak przedtem wszystko w środku. Naczynia połączone, jedno przenika drugie.
Wieczorny wspólny prysznic i namiętność, już inna, nie kojąca innych emocji. A emocje budząca. Taka, po której dyszy się najgłębiej nie mogąc złapać tchu, taka, po której serce chce wyskoczyć z piersi. Z wielkiej radości i spokoju, który spływa na serce wraz z wspólnie połączonymi sokami wypływającymi pomiędzy udami.

Niedziela. Budzę się już sama, bo tak, przecież on wychodził do pracy, nie dostał wolnego.
Budzę się i nie widzę słońca, ani swojego, ani tego, które należy do wszystkich. Tak ponuro, tak ciemno za oknem.
Przecież co roku pokazywałeś całą swoją krasę mój Panie, Panie Światła. Dlaczego w tym roku, dlaczego dziś jeszcze utrudniasz?
Spróbuj wierzyć” słyszę inny głos, koło swojego w głowie. Tak, słońce zawsze świeci, czasem chowa się tylko za chmurami. A dzisiaj przecież wygrywa, wygrywa ze wszystkim, z każdym mrokiem. Dzisiaj nie czas na to, na smutek, na kolejne złe i niedobre. Czas pozamiatać w duszy.
Dźwigam z łóżka swoje słabe ciało.
Włączam muzykę, jestem sama w domu. Nie ma mojego prywatnego słońca, które po dniach pełnych chmur znowu mnie opromienia. Nie ma mojego współlokatora, wyszedł gdzieś. Telefon jest wyłączony, bateria padła w nocy, a wcale nie jest go tak łatwo odratować.
Włączam muzykę, tak po prostu i ruszam się. Próbuję obudzić ciało.

Ciało, proszę cię. Bez ciebie nie mogę działać, musisz współpracować. Musisz choć przez chwilę, choć tego dnia. Nie zawiedź mnie. Dzisiaj tobą chcę kochać i w tobie obudzić sny.

Ruszam się. Przerywam na chwilę, wchodzę na maila. Piosenka przysłana przez mojego A. Przedtem widziałam ją u Cat...zbiegi okoliczności, kolejne? Czasem drobinki, drobinki...
Nie jestem fanką tej piosenkarki ale napisał obejrzyj, napisał posłuchaj. Widziałam już, słyszałam u Cat ale...inaczej. Tym razem inaczej. Jakby to było po raz pierwszy, nie po łepkach. Bo on wie, że mam z tym problem. Że nadal nie umiem pojąć, że duże dziewczynki też mogą płakać. Nieraz były dyskusje, nieraz były słowa, nieraz prowokacje nawet.. Nikt nie próbuje tak prowokować nieraz. Za dosadnie.

Oglądam teledysk i wzbierają we mnie emocje, te, których przedtem jakby nie było. Tego dnia jak zawsze trafił.

Ciało reaguje. Ciało, które też potrzebuje mimiki, które musi zdjąć maskę błazna. Musi, by kochać znów. Ciało musi się obudzić przez duszę, a dusza przez ciało. Jak w nocy, jak pod strumieniem wody. Ciało musi się obudzić i o poranku, gdy o nocy zapomina, a to słońce, którego oczekiwało, wcale się nie zjawia.

Może każdemu wydawałoby się to głupie, ale naga staję przed swoim ogromnym lustrem w łazience. Znów patrzę na siebie. Patrzę na swoją twarz, wygłupiam się, robię miny. Dostrajam, z jednej na drugą. Ciało, kukiełki, dłonie zawieszone na sznurkach, którymi nie może pociągać nikt inny, tylko ja. Nie kolejna słabość.
Płaczę, ale nie rozpaczliwie. Płaczę bez emocji. Płaczę ale oczy mam suche. Moje ciało wydala wodę, to ono płacze, a nie już ja. Trzęsąca się broda, rozszerzane źrenice. Ciało mówi za siebie, nie z sobą. Ma stale dość, ma stale dość i w końcu to ono musi się obudzić, na nowo. Znów musi stać się ciałem sprężystego, sprawnego stworzenia. Dzikiej niedźwiedzicy, która znosi każdy cios i przejdzie każdy kilometr.

Wchodzę pod prysznic, zmywam pot. Ciało się zmęczyło, nie zmęczyłam się ja. Ale to ono musiało znieść swoje ciosy. Stojąc przed lustrem, patrząc w swoje zmęczone oczy.
Woda oczyszcza.
Dziś woda oczyszcza najbardziej, myślę sobie. Dzisiaj znów stajemy się jednym, pod strugami wody. A nocą zanurzając się w spokojnej tafli jeziora, zimnej, mocząc stopy. Odprawiając stary rytuał wody, ten, którego ja zawsze byłam panią podczas tego święta, ta, co nawet nie umie pływać.

Wychodzę spod prysznica, dochodzę do normalności. W końcu włączam telefon, idę na zakupy ze współlokatorem. Nic nowego. Siedzę, rozmawiam na fejsie, zbieram słowa by odpisać na maile, choć nie mogę coś wysłać tych wiadomości. Rozmawiam z A. i dziękuję mu za kawałek. Tak często wie, jak we mnie uderzyć. Zwłaszcza ostatnio, po naszej kłótni też, kiedy to nie on musi być składany do kupy, a ja.

Zbieram się w sobie. Niby nic, a jednak czekamy. Moje ciało i ja.

To noc miłości, choć dzień nie chce tego pokazać. Całego triumfu światła, całej siły.
Dlaczego, Panie mój? Dlaczego nie chcesz...?
Nie pytaj dlaczego, po prostu rób swoje.”

Rób swoje. W końcu wstaję więc i ruszam do kuchni. Przygotowuję dla nas tradycyjną kolację, wyciągam specjalne zioła zamknięte w małym woreczku, zioła które są tylko na dziś. Kończą się, myślę, trzeba będzie zebrać nowe.
Przygotowuję to, co nakarmi nasze ciała, zanim napoimy je słodkim miodem pitym z rogu na brzegu jeziora.
Słońce nadal skrywa się za chmurami, gdy moje Słońce wraca.
Jemy, przygotowujemy się. Oczekiwanie na mrok choć raz staje się radosne. Wiemy, nie mamy za dużo czasu, następnego dnia przygniatają obowiązki, ale przecież teraz jest teraz.
Gdy wychodzimy z domu, w końcu, po deszczach i wśród wiatru wychodzi Słońce. Pan pokazał swoją twarz. Doczekałam się. Towarzyszy nam przez całą drogę.
Docieramy nad jezioro. Jesteśmy sami. Ta Kupała tak różna od wszystkich poprzednich. Od tej w zeszłym roku, z wielkim ogniskiem po parnym dniu.
Słońce powoli zachodzi. Zaczyna się noc, zaczyna się ta, która tym razem jest tylko błyskiem, Księżyc i Gwiazdy, noc która współgra, ale wcale nie jest pokonaną.
Ciemność i światło, tak sobie nawzajem potrzebne. Czasem więcej jednej, czasem drugiej. Każde z nich ma swoje piękno.

Jesteśmy sami. Może sami dla siebie i dla tego co w duszach. A przecież o to chodzi. Dzisiaj przecież, tej nocy, czcimy także miłość. A miłość...miłość, ta najważniejsza dla mnie, ma jego kształt.
Więc wszystko na spokojnie. Bez wielkiego ogniska, z symbolicznym tylko obmyciem a nie wrzucaniem się nawzajem do jeziora i podtapianiem, jak rok temu. Topienia już było za dużo. Dosłownego i całkiem duchowego. Tym razem tylko oczyścić, spłukać. Z ciała, z duszy, spłukać wszystko, co plugawe, cały pył, cały proch. Nie powstałam z prochu a z Ziemi, z łona żyznej
Ziemi i to w nią się obrócę. Nie będę próchnem, nie jestem nim za życia. Nie mogę sobie pozwolić, by nim być.
Lodowata woda, moje ciało się buntuje, bo przecież zatoki chore, ale co z tego. W końcu to Kupała.
Pijemy miód z rogu, w ciszy, bez śpiewów i tańca. Tym razem, w tym roku chyba nie stać nas na tyle. Ale mimo wszystko, na człowieka spływa ten niesamowity spokój, pewna radość, taka sama jak wypływała spomiędzy moich nóg poprzedniej nocy. Wcale nie najkrótszej w roku.

Nie szukamy kwiatu paproci, tej nocy sami jesteśmy dla siebie kwiatem. Nie szukamy niczego, bo wszystko mamy. Już znamy swoje ciała i swoje serca.
Nasze święto miłości. Choć, to powinno być co dzień. Powinniśmy o tym pamiętać, oboje. Tak bardzo, tak dosadnie. Cieleśnie i sercami. Splątanymi razem językami, jak wtedy, gdy łączymy je stojąc w zimnej wodzie pod najkrótszym Księżycem.

Zbieram jeszcze kilka symbolicznych ziół. Ususzę i zmielę na proszek, te zioła, które przynoszą miłość i spokój. Te, za które płaci się też stratą. Zawsze, by coś zyskać, musisz stracić. Widzę coraz mocniej tą starą zasadę. Rozumiem wreszcie. Chyba wreszcie i do niej dorosłam.
Ale to nic. Zioła, zbieram na wszelki wypadek, jeśli znowu ktoś poprosi, jeśli ktoś będzie chciał. Czarownica może odmawiać. Ale czuje, że nie zawsze.

Wracamy dość szybko do domu. Miód lekko szumi w głowie, ale przecież jutro trzeba wstać, a noc taka krótka. A noc taka święta. Czcimy ją jeszcze po swojemu, swoimi ciałami.
Jesteśmy jednym i ja znowu staję się powoli sama w sobie jednością.

Przebudzam się o świcie, wplątana w naszą pościel, w jego nogi. Widzę, jak słońce po najkrótszej nocy znowu wita świat. Po tym, jak zniknęło.
Myślę o tym, że noce znów będą dłuższe. Myślę o zmarnowanym w smutku i ciemności czasie. Myślę o nocach, w których muszę pozwolić ciału odpoczywać. A oczom czasem płakać.
Zasypiam ponownie.

Budzę się i znów widzę chmury. Zanosi się na deszcz.
Niech spadnie, niech spłucze całą resztę pyłu. Moje ciało znów się buntuje przed wstaniem. Mniej, ale jednak. Zmarznięte stopy zrobiły swoje, ale to nic, skoro serce zostało rozgrzane.
Wstaję i szykuję się na to, co mnie czeka. Kolejne wyzwania. Nie można zostać w łóżku, choć to tak kusi, gdy odpisuje się na wiadomości i pisze każdemu, że wszystko w porządku. Nie można zostać w swoim świecie, zaszywać się w ciemnym miejscu. Trzeba się budzić, wciąż i wciąż. I na nowo w tym wszystkim odszukiwać radość.

Wstaję więc, biorę gorący prysznic i jeszcze trochę zbiera mi się na płacz. Widzę jeszcze ślady siniaków. Zaczynają schodzić. To też sporo trwa. Każdy ślad goi się po swojemu.
Parę łez. Bez powodu, a raczej z ich nadmiaru. Duże dziewczynki też mogą płakać. Tylko niektórym zajmuje to więcej czasu. Tylko niektórym przychodzi to o wiele trudniej.
Ale najlepiej stawać się wodą, płynąć razem ze strumieniem. Woda oczyszcza przecież, zwłaszcza ta słona.
Po tym wszystkim, po wspomnieniach i euforiach, po frustracjach i krzykach, po maltretowaniu ciała wszystko musi wypłynąć. Musi, żeby można było tańczyć na powierzchni nowych wód, zamiast tak boleśnie tonąć.

Wypłakuję więc resztki, zasłaniam ubraniem resztki siniaków powstałych w jeszcze poprzedni weekend. Zasłaniam wielką szramę na udzie, która nie wiem jak i kiedy powstała. A może nie chcę nawet wiedzieć.
Zbieram się w sobie i wychodzę. Po nowe wyzwania. Na egzamin, na kolejną rozmowę o pracę, bo nadal szukam czegoś dla siebie przecież. Świat nadal czeka.
Świat nadal mnie chce, tak jak chcą mnie moi Bogowie, przed którymi nie klęka się w pokorze, a staje się nago, w pełnej krasie, z dumą ze swojego ciała. Chce mnie świat, a ja nadal chcę świata. Chcę wyzwań i więcej, więcej miłości. Chcą mnie niektórzy ludzie, nie chcą, żebym tonęła i szukała tylko po omacku, zatapiając się w ciemności.

Spotykam się z ludźmi, tymi samymi, z którymi spędziłam prawie każdy weekend przez miniony rok, w szkole, na zajęciach, na egzaminach. Nasz przed ostatni egzamin, ostatni, praktyczny, w środę. Uśmiechamy się do siebie, siadamy, robimy swoje. Niedługo pewnie zaczniemy się mijać. Nie będziemy rozmawiać z niektórymi. To nic, po prostu kolej życia, myślę, zanim zasiadam do testu.

Potem biegnę na rozmowę, w międzyczasie spotykam się jeszcze z A., który był akurat w pobliżu. Pewnie całkiem nie przypadkiem, tylko wiedząc, że tyle czasu, że potrzebuję chwili rozmowy z kimś, kto rozumie nawet jak mówię o głupocie. Z kimś, kto zna maski jak nikt inny i jako mężczyzna potrafi płakać bardziej, niż duża dziewczynka. I wcale się z tym nie kryje. Nie przede mną. Martwi się po naszej dziwnej rozmowie, naszej prawie-awanturze. Cóż. Jemu też się oberwało za moją frustrację, za moje wstrzymywane łzy.

Kolejna rozmowa kwalifikacyjna, kolejny pomysł na życie. Chwila zastanowienia, czy mam siłę na zmiany? Kolejne szarpanie? Sama nie wiem. Zobaczymy, co przyniesie czas, co da los, do czego zmusi.

A. prawie odprowadza mnie do domu i mówi z przekąsem, że oddaje mnie w dobre ręce. Jak zawsze nie wchodzi na górę. Nie lubią się. Ale nie muszą się przecież lubić. Ważne, że ja mam miejsce w sercu, w całkiem inny sposób, dla każdego.

Wpadam do domu z impetem, zmoknięta, nie radosna ale i nie smutna. Trochę zmęczona, ale to nic, bo czeka już na mnie moje Słońce. Te najważniejsze i dobre ramiona, zmęczone swoją pracą. Moja Miłość.
Czeka na mnie z obiadem, czeka na mnie z uśmiechem, czeka na mnie bez słów i z ich nadmiarem. Znowu chce mi się płakać. Ale w ten dobry sposób.

Strasznie dużo łez. Strasznie dużo wzburzonej słonej wody. Może to znowu jej pora. Pora oczyszczenia. Pierwsza kąpiel od długiego czasu, prawdziwa, gdzie nie czyhają utopce ani frywolne wiły. Pierwsza kąpiel od tak długiego czasu. Bo przecież dosłownie nie wolno było się kąpać. A słonej wody od jakiegoś czasu zabraniałam sobie sama.

Pora zdejmowania masek, bo ich zmarszczki zbyt widoczne, gdy noce za krótkie. Pora na milion prawdziwych min. Nowa, świeża twarz, zanim noce znów pogrążą na dobre. Pora też na te, które mi samej się nie podobają. Duże dziewczyny płaczą. Silne dziewczyny tym bardziej. Wręcz muszą.

Pora oczyszczenia, wraz z deszczem, pora deszczowa w trudnym zawsze czerwcu. Światło zatriumfowało i oświetliło te zakątki, które tak długo bywają niedostrzegalne albo, nie chcą być zauważone, w żaden ze sposobów. Światło wygrało z ciemnością i teraz znów, po raz kolejny, w całkiem inny sposób a jednak tak samo, znów trzeba sprzątać.
Ale co najważniejsze, nie trzeba sprzątać samemu.
Można kochać. Można oddychać. Można żyć.
Można też czasem płakać.



Twarda dziewczyna na pasie szybkiego ruchu
Nie ma czasu na miłość ani na nienawiść
Bez tragedii, to nie czas na gierki
Twarda dziewczyna, której dusza cierpi

Mogę płakać i zniszczyć cały swój makijaż
Wymazując z pamięci wszystko co zabrane
Nie obchodzi mnie jeśli nie wyglądam ładnie
Duże dziewczynki płaczą, kiedy mają złamane serca


59 komentarzy:

  1. Niestety miłość to nie takie łatwe rzeczy. Chyba każdy musi się czasami pokłócić, przeżyć kryzys i co go nie zabije to go wzmocni. Zawsze uwielbiałam ten najdłuższy dzień w roku, ale z powodu ostatniego stresu zupełnie o nim zapomniałam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale gdyby była łatwą rzeczą, gdyby życie z kimś, dzielnie go i po prostu kochanie siebie było takie łatwe, to czy by było warte czegokolwiek? Najpiękniejsze rzeczy wymagają nieraz wielkiego wysiłku. A może właśnie wymagają nieraz wysiłku, by były na co dzień już potem najpiękniejszymi:)
      I nie dziwię się, miałaś całkiem inne rzeczy na głowie przecież.

      Usuń
    2. Podobnie jak z kwiatami. Gdy się koło nich chodzi, pielęgnuje, dba, troszczy się, ogląda czy nie choruje - wyrasta piękny, zadbany kwiat. A gdy się go po prostu podlewa od czasu do czasu wyjdzie byle jaki aż w końcu obumrze...
      Ale i pogoda była jakaś taka mało przypominająca o tym, że to właśnie centrum lata :)

      Usuń
  2. wydaje mi się, że wiele osób postrzega łzy jako oznakę słabości, gdy tymczasem... to nieraz jedyne, co potrafi nas oczyścić, wzmocnić, sprawdzić, że będzie się dało dalej żyć, mimo wszystkich niepokojów i bólów.
    dlatego nie sztuka powstrzymywać łzy w mojej ocenie, a pozwolić im płynąć. bo to po prostu ludzkie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja niestety miewam z tym ogromny problem nieraz, jako ta "harda dziołcha". Może nieraz przez cudze dawne oczekiwania, że wszyscy się posypią a ja ogarnę. Ale właśnie, nieraz można sobie pozwolić, żeby to inni ogarniali, a samemu dać upust i jak mówisz, oczyścić się. Stopniowo, raz za razem, do kolejnego. Jednak to działa:) Więc i dzielnie się uczę:)

      Usuń
    2. ja za to momentami mogę robić za płaczkę egipską, a i tak słyszę, żem twarda :D hm, więc trzeba te cudze oczekiwania odstawić na półkę i cóż, pozwolić sobie żyć po prostu. dobrze w każdym razie, że tych łez nie powstrzymujesz aż tak bardzo. mam nadzieję tak w ogóle, że wszelkie zawirowania w twoim życiu, o których tu pisałaś, jakoś się rozwiążą:) ślę pozytywną energię, może dotrze:)

      Usuń
    3. No to u mnie po prostu inaczej to się objawia jakoś. W sumie to jest śmieszne, bo cudze łzy zawsze są dla mnie oznaką właśnie siły, tylko swoje...cóż. Lata przyzwyczajeń z pewnych spraw innych.
      I jasne, nieraz właśnie trzeba na swoje postawić. Z tym, że nieraz chcesz kogoś wspierać i aż zapominasz wręcz o sobie, zanim temu komuś się nie ułoży jakoś. I jednak im pozwalam już, sobie szaleją teraz :D Pewnie zaraz na filmie się jeszcze popłaczę :D
      I zobaczymy jak to wyjdzie, ale trzeba być pozytywnej myśli:) Dzięki:) I zawsze takie rzeczy docierają:)

      Usuń
    4. ale to chyba często tak jest, że na siebie patrzy się zupełnie innymi oczami. tak samo z bliznami - nam wydają się szpecące, dla innych są piękne.
      ale wiesz, bez przesady, bo włączysz byle co w telewizji (jakąś Ukrytą Prawdę albo co) i nagle się rozpłaczesz :D ja to ci może w takim razie pożyczę płaczu... ale ze śmiechu:) oby tego było jak najwięcej ^^
      a chyba jednak nie zawsze, bo wszyscy mamy takie momenty, że jesteśmy w kokonie własnych uczuć i nikt się tam murem nie przebije. ale mam nadzieję, że moje fluidy tam docierają. lato, słońce, ogień i krótkie noce chyba mnie pozytywniej ładują, to mogę się dzielić bez umiaru, a co :D

      Usuń
  3. Czytałam ten post jak fragment książki momentami, zwłaszcza kiedy dotarłam do Waszych rytuałów związanych z nocą Kupały. Dla mnie to coś zupełnie nowego, tzn praktykowanie w dzisiejszych czasach. Ale do Was to jakoś pasuje, pewnie gdyby ktoś inny je opisywał, mogłabym zamrugać kilkakrotnie oczami. Jednak Ty opisujesz to tak naturalnie, że wierzę w każde słowo.
    Sposoby oczyszczania każdy ma swoje - dla mnie to muzyka i łzy. Muzyka najbardziej ukochana i zaprzyjaźniona, bo wtedy czuję jakbym wtulała się w objęcia kogoś bliskiego. Niestety na czynnik ludzki nie mogłam liczyć, bo na moje udręczone "tęsknię" padło: "Za nim? To leć, pisz, bierz wszystko na siebie albo wstąp do klasztoru". No i dupa zbita :P Ja sama nie wiedziałam za kim, za czym, ale spróbuj tłumaczyć takie zawiłości większości facetów xD
    Ważne, że mnie także udało się osiągnąć podobny efekt :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, jakby nie patrzeć to są trochę jakby najbardziej pierwotne i naturalne obrzędy, zwrócone do natury, a od natury przecież pochodzimy, ba, jesteśmy nią. Ale bardzo często o tym zapominamy. My czujemy jakoś pewne związki, pewne prawidła tego świata i...może dlatego to tak wychodzi:)
      No właśnie to chyba jednak muzyka bardzo często wyzwala. Mnie ruszyła już muzyka Incubusa na koncercie, poruszyła też coś, ale jak już mówiłam pewnej osobie, takie rzeczy też nieraz muszą dojrzeć. U mnie dojrzało, tym bardziej, że ten rodzaj oczyszczania, przez łzy jest dla mnie dość..niekomfortowy. Ale jakoś się tego uczę i to zmieniam:)
      I cóż, po takim tekście to dupa zbita aż za mocno jak dla mnie. I wiesz co, im wytłumaczyć akurat nieraz ciężko. Przynajmniej sporej części XD
      I jasne. I jedziemy do przodu, co nie?:)

      Usuń
    2. Genezę znam, sęk w tym, że studiowałam socjologię i wnioski są przerażające. W ponowoczesnym społeczeństwie robi się wszystko, by o więzi z naturą zapomnieć. To człowiek ma być panem sytuacji za wszelką cenę. Nawet wieś się odżegnuje. Powstają jakieś takie skrzyżowania z miastem. Mam wrażenie, że to się robi z premedytacją, nie z rozpędu. Sama też wielkiej więzi nie mam, ale za to kocham zwierzęta - taki mały plus :)
      Mnie w takim nastroju wystarczy parę dzwięków, nawet nie wiesz jak muzyka potrafi wycisnąć łzy... Tak już mam. Melodramat, jakaś poruszająca książka: ani jednej łezki. Rekord pobiłam na ostatnim koncercie Budki w Krakowie. Pod koniec spłakałam się tak, że przyciągałam zdziwione spojrzenia. Z tym się czułam niekomfortowo, ale u siebie? Czasem trzeba się wyryczeć :D
      Dlatego nie weszłam z nimi w dialog, tylko odstraszyłam jeszcze większym wybuchem xD
      Jasne, że tak :)

      Usuń
  4. Uwielbiam czytać jak piszesz, robisz to tak, że aż nie chce odrywać się oczu od tekstu. Święto Kupały jest dla mnie czymś nieziemskim, co bardzo chciałabym przeżyć. Choćby po takim opisie jaki Ty przedstawiłaś widać, że jest czymś wspaniałym. A piosenka.. prawdziwa. Podoba mi się jej tekst, zwłaszcza fragment, który przytoczyłaś powyżej. Ale nie umiem oglądać teledysku. Ciągle mam wrażenie, że ma on jakiś głębszy przekaz, a ja zatrzymuje się gdzieś pośrodku i nie chwytam tego co chce mi uzmysłowić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za tak miłe słowa:) I jest, zdecydowanie jest...tak samo jak inne nasze święta. I cóż, nie zawsze każdy obraz musi być przecież dla każdego, no nie?:)

      Usuń
  5. Pamiętam czasy, kiedy szarpaliśmy się o byle co. Powód jak i u Ciebie - brak pieniędzy. A potem wielkie przeprosiny. Coś tam jednak w duszy pozostaje....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze zostaje. Ale to nie znaczy, że zostaje tylko to złe i niedobre, prawda?:)

      Usuń
  6. Moje zmęczenie nie mija. Dzisiaj obudzilam sie o 10, chciałam wstac, a zasnęłam. Jak już wstalam to zobaczyłam opuchnieta twarz i nie wiedziałam o co chodzi. Całkiem zapomniałam, ze w nocy plakalam. Ta deszczowa pogoda chyba temu sprzyja. A to źle. Bo oczyszczenie jedna sprawa. Gorzej jak do głosu dochodzi autodestrukcja.

    OdpowiedzUsuń
  7. Święto miłości mówisz... to już chyba wiem, dlaczego mąz aż tak mocno mnie przytulał w nocy... czytając tą notkę pomyslałam ciepło, ze może i nasze zgrzyty damy jakoś radę przejśc. Dziękuję Ci Frida, wlałaś ciepło w moje serce :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Całkiem niedawno też tak miałam: rozdrażnienie, powarkiwanie na wszystkich, wyjście z metaforycznym trzaśnięciem drzwiami, a potem leżenie przez jakieś pół godziny na łóżku i wycie do poduszki. Czasem płacz jest nieunikniony, bo bez niego byś chyba eksplodował. Ale w pewnym momencie, jak już się wypłacze, oczyści, uspokoi, trzeba właśnie otrzeć łzy, choć czuje się, że mogłoby się jeszcze jojczyć przez kolejne pół godziny i być tą właśnie "hardą dziołchą".
    Mam nadzieję, że uda Ci się znaleźć pracę, która Cię satysfakcjonuje, bo na taką w końcu zasługujesz ;) No i trzymam kciuki, żeby się to wszystko poukładało znowu, żebyście przetrwali te zawirowania. Niech Bogowie będą z nami :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo czasem może po prostu taki etap w sobie trzeba przeżyć..gorsze, że nieraz przeżywają go z nami nasi najbliżsi. Ale to pomaga, dojście na skraj, wybuch, płacz...czasem pięknie jest się potem uspokoić, prawda?
      I dziękujemy:)

      Usuń
  9. gdzieś w jakimś memie przeczytałem, że gdy kobieta się nie awanturuje, nie krzyczy, nie złości się to ponoć jest to oznaka, że przestało jej zależeć, coś w tym jest i myślę, też, że tyczy się to również facetów, skoro się kłócicie to znaczy, że zależy wam jeszcze na sobie, a skoro szybko się godzicie to chyba jeszcze lepszy znak

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym jest. Bo jak człowiekowi nie zależy, po prostu odpuszcza...to chyba faktycznie, już nie kocha.

      Usuń
  10. Pamiętam kiedy w dużym świątecznym kryzysie... Namiętnie słuchałam tego utworu. Pokochałam Sia.. Życzę Ci spokoju, żeby było lepiej, bezpieczniej.

    OdpowiedzUsuń
  11. Zawsze uważałam, że prawdziwy związek między dwojgiem ludzi jest wtedy, gdy chcą coś budować pomimo przeciwności w formie kłótni, problemów życiowych jednego bądź drugiego. To wytrwałość pomimo powiewów wiatrów. Dlatego po prostu rzygać mi się chce, gdy widzę tysiące buziaczków na fejsiku pod wspólnymi, wysłodzonymi zdjęciami ale to tylko takie wtrącenie. Gratuluję wam tej wytrwałości i życzę jej w dalszym ciągu, bo jesteście cudownymi ludźmi, którzy na siebie zasługują. Sama przechodziłam ostatnio z moim R. dość poważny kryzys, który stworzył się na początku tego roku. Dopiero ostatnio udało nam się pewne kwestie wyjaśnić i wziąć je sobie do serca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie bo związek to po prostu właśnie budowanie. A nie słodkie robienie dzióbków i miliony słów...bo co one znaczą bez czynów? Nic, tak naprawdę. Puste deklaracje. Nigdy nie byłam ich zwolennikiem. I...dziękujemy:) A ja wam życzę tego samego:)

      Usuń
  12. Ja planowałam małe święto w noc świętojańską, ale pogoda jest jeszcze gorsza niż w weekend. Więc w tym roku nic z tego nie wyjdzie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale na szczęście pogoda już się poprawiła choć trochę:)

      Usuń
  13. czasem trzeba się wyładować i odciąć od wszystkiego, to nic złego, trzymaj sie :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Tak sobie myślałam ostatnio, że jestem najbardziej nieszczęśliwa. że mimo milionów ludzi w tym kraju, miliardów ludzi na Ziemi, to właśnie ja jestem najbardziej. Ten tkliwy egocentryzm wylewał się ze mnie przez osttani tydzień. Płacz mam na końcu nosa, dziś już w ogóle zaistniał szczyt niefortunnych wydarzeń. Ale jest już lato, Litha minęła, a ja widząc we tym mroku i deszczu promień Światła, pomyślałam sobie o moich bogach, którym nie składam ofiar innych niż moje szepty i smutki. I wiedziałam, że ciemność się odmieni. To tylko kwestia czasu, Mała Dziewczynko, żeby zobaczyć światło odbite we łzach.

    Moja Noc Kupały była przesycona kolorami. Festiwal Kolorów ;)).
    Ściskam, Czarownicowo /gingeruby

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, nieraz człowiek ma wrażenie, że jest wręcz najnieszczęśliwszym stworzeniem na ziemi...i czasem mam wrażenie, że jest to nam wręcz potrzebne. Wlaśnie po to, by się odrodzić. Bo odrodzenie to cóż...chyba najlepsze uczucie z możliwych.

      Usuń
  15. Kurcze strasznie źle się to czyta. W sensie...wiesz...tacy fajni ludzie jak Ty nie powinni mieć złych chwil.
    Fajnie jednak, ze potraficie wyzuć się jakoś z tych złych emocji i zawsze kończycie w uściskach jednak:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jednak, złe chwile są potrzebne, żeby docenić te dobre, czyż nie?:)
      I też się z tego cieszę:)

      Usuń
  16. Skąd ja to wiedziałam, że przy takim tytule postu pojawi się na końcu ta piosenka :D
    I widzę, że czerwiec nie tylko dla mnie jest ciężkim miesiącem. Nigdy go nie lubiłam, z wzajemnością zresztą.
    Dobrze, że wszystko się układa powoli, że macie siebie, swoje rytuały, które Was łączą, i potraficie się dotrzeć nawet, jak coś się psuje w życiu. Bo czasem życiowe problemy, obowiązki potrafią przygnieść i najsilniejszych. A płacz jak najbardziej oczyszcza :)
    No i trzymam kciuki za jutro! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No musiała, nie mogło być inaczej XD
      Na szczęście czerwiec się wreszcie skończył. Mamy lipiec i oby było lepiej:)
      I też się cieszę, że właśnie...możemy się dogadać, bo mamy za dużo wspólnego, że tak to określę :)

      Usuń
  17. Ludzie boją się płaczu, uznają go za słabość, a przecież on jest tak bardzo potrzebny. Przecież dusza krwawi od nadmiaru łez w niej zebranych, trzeba je wylać. Nawet, jeśli trwa to kilka dni i poranki przez to stają się jeszcze bardziej męczące. Przychodzi moment, w którym naprawdę oczyszcza...
    Dawno już nie widziałam (ani nie słyszałam), by ktoś mówił o miłości w ten sposób. Taki... prawdziwy, trudny, z pełnym zrozumieniem trudnych momentów. A przecież o to chodzi. O przetrwane razem burze, huragany, nie tylko emocji...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, tak naprawdę płacz jest oznaką sił i...w teorii to wiem. Ale często ciężko mi to wprowadzić w praktykę. I właśnie nieraz ten moment musi chyba w nas dojrzeć.
      Hm...to chyba źle, że tak rzadko się to słyszy. Ale może to bierze się stąd, że o miłości nie tyle się mówi, tylko się ją czuje.

      Usuń
  18. Emocje zawsze muszą znaleźć gdzieś ujście i najczęściej uchodzą poprzez łzy, łzy niezwykle oczyszczające. Łzy po których człowiek znów staje się silny - jakby wszystkie słabości wyciekły oczami.
    Teraz będzie tylko lepiej. Dobrze, że masz swojego męża, który ukoi ból swoimi ramionami. Myślę, że co by się nie działo - w ramionach ukochanej osoby zawsze odnajdziemy spokój, który pomoże nam się pozbierać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, czasem właśnie przez łzy, oczyszczenie, dopiero stajemy się silni.
      I mam nadzieję, że będzie właśnie szło ku lepszemu. Zniknął zły czerwiec, nastał lipiec, musi być dobrze:) I też się cieszę, że znowu się po prostu dogadujemy:)

      Usuń
  19. Nic tak kojąco nie wpływa na nas jak świadomość, że jest się komuś potrzebnym i ktoś nas potrzebuje. Macie siebie, kochacie się, razem dacie radę przeciwnościom. Fajnie, że dostałaś te pracę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, to jest ważne. Czasem mam wrażenie, że to właśnie jedna z najważniejszych rzeczy w życiu. Kochać i być kochanym, potrzebować i być potrzebnym. I też się cieszę:)

      Usuń
  20. Jak śpiewa L.U.C. i inni: związek to pracochłonne ognisko. Prawda to.
    I dobrze, że dzięki Tobie Frido :) mnie olśniło i trzymam się od tego ognia daleko - mi wystarczyłaby iskra, żeby wysadzić wszystko dookoła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, z tym zdaniem zgodzę się jak najbardziej. I hm..aż taka z ciebie beczka prochu obecnie?

      Usuń
    2. Niestety tak. Efekt wieloletniej frustracji z wielu powodów :/.

      Usuń
  21. Najważniejsze, że te mury upadają. Tak, postają i pewno powstawać zawsze będą, lecz wszystko jest dobrze, jeżeli da się je zburzyć. Naprawdę źle jest wtedy, kiedy się nie da. Wtedy wszystko umiera.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, najważniejsze to po prostu umieć się ostatecznie dogadać. Bo bez tego...po prostu reszta nie ma sensu.

      Usuń
  22. W życiu nigdy nie może być stuprocentowo tak, jakbyśmy tego chcieli. Kryzysy, załamania, poległość, słabość, gniew, złośc, krzyk - to jest życie. To prawdziwe. Jeśli nie poznamy goryczy egzystencji, nigdy nie docenimy tych miłych chwil. Jednak warto burzyć mury, palić mosty i zostawiać przeszłość daleko. Patrzeć w przyszłość z nadzieją. Wiedzieć, że żyje się dla kogoś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, jak to ktoś mądrze napisał, świat to nie jest instytucja do spełniania naszych życzeń. Tylko my sami musimy o nie nieraz walczyć:) I właśnie w życiu chyba potrzebne są przeciwności, jak światło i mrok. Bo jedno bez drugiego nie istnieje. Jak życie nie miałoby wartości bez śmierci.

      Usuń
  23. Mój umysł ostatnio pracuje na mega obrotach a płacz miałam wczoraj na końcu nosa :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I może trzeba było popłakać?

      Usuń
  24. Czasem, gdy widzę, że ktoś się męczy psychicznie, to aż chce mi się powiedzieć, żeby sobie popłakał. To pomaga :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że pomaga. Ale nieraz nie idzie sobie właśnie przetłumaczyć tak po prostu.

      Usuń
  25. zdecydowanie duże dziewczyny płaczą, zdecydowanie te twarde też. tylko nie każdy jest świadomy, że tak jest. płacz momentami jest naprawdę potrzebny.
    czasem są takie gorsze dni, czasem ten okres trwa dłużej, ale najważniejsze, że macie siebie, że mimo wszystko się wspieracie i przechodzicie przez to razem!
    a co do braku pieniędzy - niektórzy mówią, że niby pieniądze to nie wszystko itd., że nie ma co za nimi gonić, ale sama żyję od 1 do 1 i nie raz muszę sobie czegoś odmówić, to wcale nie jest fajne, to nie jest do końca życie, życie nie powinno tak wyglądać, więc nie dziwię się, że to wywołuje frustracje, najważniejsze, że szukasz pracy i że jest jakiś odzew, bo czasem i o to trudno, o głupią rozmowę kwalifikacyjną! mam nadzieję, że praca, na którą się zdecydujesz naprawdę będzie Ci odpowiadać!

    heh, trochę chyba nie jesteś na bieżąco :) ja po studiach (półtora roku temu) wróciłam w rodzinne strony i teraz tu mieszkam, a ładowałam baterie w mieście, w którym studiowałam, ale jest to jakiś powrót na stare śmieci, dobrze mi się tam mieszkało, miałam swoich bliskich znajomych i taki wyjazd z pewnością był mie potrzebny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko im trudniej nieraz się do tego przyznać, prawda? Nawet to, że płacz jest potrzebny właśnie. I jasne, staramy się ogarnąć właśnie te złe i niedobre i przekuć je z powrotem w coś pięknego;)
      Właśnie, to nie wszystko, ale sporo od nich zależy więc jak to się wali..nieraz wali się i wszystko inne. I mam nadzieję, że w końcu mi się uda:)
      Rozumiem:)

      Usuń
  26. Jakie to wszystko życiowe..
    Ja też czasami wybucham w najmniej spodziewanym/pożądanym momencie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A na to w ogóle jest pożądany moment? Chyba trudno go znaleźć, ale ważne, że nawet jak w złym momencie, to pomoże:)

      Usuń
  27. Czasem "słona woda musi z nas ujść". I nie ma w tym absolutnie niczego złego ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że nie ma tylko wiesz...czasem człowiek ma swoje dziwne bariery, nawet jak zna w teorii pewne prawdy, z trudem przychodzą one do głowy w praktyce.

      Usuń