Od dawna nic nie szło po mojej myśli.
Kryzys, jaki dopadł mnie w tygodniu po koncercie był nie do
porównania z niczym innym. Zmęczone ciało ale i zmęczony umysł,
bo przecież wszystkie problemy nałożyły się na siebie. Problem z
pracą, problem z pieniędzmi. Dawno już nie było tak źle, tak
bardzo, że nawet zastanawialiśmy się z Mężem, czy nie pożyczyć
pieniędzy od mojej mamy. Bo tu przecież zawsze honor boli, a i ona
nie ma ich przecież za dużo.
To wszystko powoli zaczynało odbijać
się na nas. Pewne napięcie i frustracja były widoczne także w
naszej relacji. Zawsze, to co dzieje się dookoła zaczyna
przechodzić w to, co dzieje się między ludźmi. To przecież
nieuniknione.
Zaczęliśmy więc oboje na siebie
warczeć, coraz bardziej i bardziej. Gromadziło się to już od
jakiegoś miesiąca, kiedy to zaczęły się wszystkie moje stresy.
Czerwiec, choć piękny, zawsze był trudny. Kiedyś sesje i obrony,
pogrzeby, dziś problemy z pracą i pieniędzmi.
Zawsze do czerwca podchodziłam
nieufnie. Ale zawsze czekałam w nim na jedną noc, kiedy to los na
nowo się odmienia. Na Noc Kupały, najdłuższy dzień roku. Dla
mnie jedno z najważniejszych świąt, bo też przecież i święto
miłości.
W tym roku droga do niego była
wyjątkowo długa.
Ostatni tydzień stał przecież pod
znakiem wspomnień wracających po koncercie. Stał pod znakiem
nieudanych rozmów kwalifikacyjnych i ciułania grosza do grosza. Był
tygodniem zmęczonego ciała i umęczonej duszy. Nic, nic nie grało.
Nawet muzyka zdawała się być sama w sobie tak płytka. Nawet w
łóżku zdawało się wyczuć między nami pewne napięcie. Seks na
rozładowanie emocji jest wspaniałą rzeczą, jeśli te emocje
naprawdę przemijają. Jeśli to prawdziwe lekarstwo. W tym tygodniu
było lekarstwem tylko chwilowym.
Wszystko pękło na dobre w piątek,
kiedy miałam mieć egzamin ze szkolenia w jednej z prac. Przed
wyjściem nasza pozornie błaha wymiana słów zmieniła się w
prawdziwą awanturę, która nie zakończyła się wyciszeniem.
Zakończyła się moim popisowym wyjściem z trzaśnięciem drzwiami
i wybiegnięciem wręcz na ulicę, żeby zapalić papierosa.
Szłam na egzamin mają go z jednej
strony totalnie gdzieś, a z drugiej stresując się, co będzie,
jeśli go nie przejdę pozytywnie. Nie chciałam tam nawet iść,
chciałam uciec. To tylko kolejna „gównorobota”, ale praca,
która może choć trochę uratuje nasz budżet. I choć trochę
uspokoi nasze nerwy.
Przed samym wejściem myślałam, że
nie wysiedzę. Chciało mi się płakać i sama nie wiedziałam, co
odpisać na jego smsa, w którym tak bardzo mnie przepraszał. Nie
chciałam odpisywać. Miałam już myśl, żeby napisać do Beaty, że
może wpadnę na piwo i nie wracać do domu na noc. Napisać do A.,
jednak na noc u niego nie zostawać, bo to mogłoby wyjść jeszcze
gorzej.
Jednak na egzaminie zostałam, weszłam
i...znów zrobiłam z siebie totalnego błazna. Coś, co wychodzi mi
najlepiej, udawanie, że nic się nie stało i branie wszystkiego na
żarty. Ulubiona maska, idealna maska tego tygodnia. Totalny szok,
gdy parę godzin później zadzwoniono do mnie i powiedziano, że
decyzja jest oczywiście pozytywna i od wtorku mogę zaczynać pracę.
Więc będzie jak zarobić. Będzie jak
się utrzymać, szukając cały czas czegoś, co będzie dawało
prawdziwą satysfakcję. Prawie jakbyśmy zostali uratowani.
Wróciłam więc do domu. Od progu
zapanowała cisza. Ale już po chwili łzy i słowa same popłynęły.
Co my właściwie robimy? Przeprosiny i ciężkie rozmowy. Z jego i z
mojej strony. Wreszcie puściła tama wszystkich frustracji, które
ostatnio odbijały się na nas. Kumulacja całego złego i
niedobrego, wreszcie stopniały lody i oczy, tak ciągle od niedzieli
niedopuszczające do siebie łez, pozwoliły sobie zapłakać na
dobre. I te ramiona i dłonie chwytające moją dłoń. Bo przecież,
coby nie było, jesteśmy razem.
Ostatnie miesiące nie były dla nas
łatwe. Stale się szarpiemy, w kolejnych falach bólu i dziwnych
problemów, jego, moich. Tych życiowych i te, co przychodzą po
życiowych dramatach. Nie jest nam łatwo. Budujemy mury, które
nieraz musimy na nowo kruszyć. Czasem brakuje nam czułości, a gdy
przychodzi, przychodzi nieraz w nadmiarze. Nieraz padają słowa,
których nie chciałby nikt słyszeć. Ale przecież bycie razem to
nie tylko zrywane w parku po północy kwiaty i słodkie uściski
namiętności. To coś o wiele więcej. To dwa życia, połączone
razem, to dwa ciężkie żywoty pełne łez i cierpienia, które
trzeba nawzajem w sobie znosić.
Ważne, to mimo wszystko wiedzieć, że
ma się siebie. Że nawet, gdy powstaje mur, gdy go się zburzy, po
tym wszystkim czekają szerokie męskie ramiona dające tak wielkie
oparcie. Że są dłonie, które podnoszą raz za razem. Nie jest nam
łatwo. Pewnie jeszcze niejedna kłótnia o nic przed nami, pewne
kolejne, kaleczące frustracje i echa tego, co było. Przerażenie
tym, co będzie. Ale kto jak nie my? Tyle już razem za nami- i tyle
przed nami. Ważne to umieć do siebie wracać, zawsze, kojąco i
dobrze.
Piątek zburzył więc już mur, który
ostatnio budowaliśmy naprzeciw siebie. Piątek odczarował
rzeczywistość, moimi łzami i jego bolesnymi słowami, które udało
nam się ugłaskać, ugłaskać wspólnie. W mroku znowu znaleźć
światło. To wspaniałe uczucie. W piątek już zasnęłam jakoś
spokojniej. Wtulona w niego, bez napiętego ciała.
Sobotni poranek przyniósł kolejne
zmęczenie ciała. Ale już nie duszy. Teraz, z nim muszę sobie
poradzić, ciało musi sobie wszystko poukładać. Po nadmiarach
emocji i napięć jest wykończonych, zwłaszcza takich emocji. Mogę
wierzyć, że wszystko się poukłada i spokojnie z nim negocjować,
żeby i ono się utuliło, ukoiło. Żeby już tak wszystko nie
bolało i nie było bezsilne, tak jak przedtem wszystko w środku.
Naczynia połączone, jedno przenika drugie.
Wieczorny wspólny prysznic i
namiętność, już inna, nie kojąca innych emocji. A emocje
budząca. Taka, po której dyszy się najgłębiej nie mogąc złapać
tchu, taka, po której serce chce wyskoczyć z piersi. Z wielkiej
radości i spokoju, który spływa na serce wraz z wspólnie
połączonymi sokami wypływającymi pomiędzy udami.
Niedziela. Budzę się już sama, bo
tak, przecież on wychodził do pracy, nie dostał wolnego.
Budzę się i nie widzę słońca, ani
swojego, ani tego, które należy do wszystkich. Tak ponuro, tak
ciemno za oknem.
Przecież co roku pokazywałeś całą
swoją krasę mój Panie, Panie Światła. Dlaczego w tym roku,
dlaczego dziś jeszcze utrudniasz?
„Spróbuj wierzyć” słyszę
inny głos, koło swojego w głowie. Tak, słońce zawsze świeci,
czasem chowa się tylko za chmurami. A dzisiaj przecież wygrywa,
wygrywa ze wszystkim, z każdym mrokiem. Dzisiaj nie czas na to, na
smutek, na kolejne złe i niedobre. Czas pozamiatać w duszy.
Dźwigam z łóżka swoje słabe ciało.
Włączam muzykę, jestem sama w domu.
Nie ma mojego prywatnego słońca, które po dniach pełnych chmur
znowu mnie opromienia. Nie ma mojego współlokatora, wyszedł
gdzieś. Telefon jest wyłączony, bateria padła w nocy, a wcale nie
jest go tak łatwo odratować.
Włączam muzykę, tak po prostu i
ruszam się. Próbuję obudzić ciało.
Ciało, proszę cię. Bez ciebie nie
mogę działać, musisz współpracować. Musisz choć przez chwilę,
choć tego dnia. Nie zawiedź mnie. Dzisiaj tobą chcę kochać i w
tobie obudzić sny.
Ruszam się. Przerywam na chwilę,
wchodzę na maila. Piosenka przysłana przez mojego A. Przedtem
widziałam ją u Cat...zbiegi okoliczności, kolejne? Czasem
drobinki, drobinki...
Nie jestem fanką tej piosenkarki ale
napisał obejrzyj, napisał posłuchaj. Widziałam już, słyszałam
u Cat ale...inaczej. Tym razem inaczej. Jakby to było po raz
pierwszy, nie po łepkach. Bo on wie, że mam z tym problem. Że
nadal nie umiem pojąć, że duże dziewczynki też mogą płakać.
Nieraz były dyskusje, nieraz były słowa, nieraz prowokacje nawet..
Nikt nie próbuje tak prowokować nieraz. Za dosadnie.
Oglądam teledysk i wzbierają we mnie
emocje, te, których przedtem jakby nie było. Tego dnia jak zawsze
trafił.
Ciało reaguje. Ciało, które też
potrzebuje mimiki, które musi zdjąć maskę błazna. Musi, by
kochać znów. Ciało musi się obudzić przez duszę, a dusza przez
ciało. Jak w nocy, jak pod strumieniem wody. Ciało musi się
obudzić i o poranku, gdy o nocy zapomina, a to słońce, którego
oczekiwało, wcale się nie zjawia.
Może każdemu wydawałoby się to
głupie, ale naga staję przed swoim ogromnym lustrem w łazience.
Znów patrzę na siebie. Patrzę na swoją twarz, wygłupiam się,
robię miny. Dostrajam, z jednej na drugą. Ciało, kukiełki, dłonie
zawieszone na sznurkach, którymi nie może pociągać nikt inny,
tylko ja. Nie kolejna słabość.
Płaczę, ale nie rozpaczliwie. Płaczę
bez emocji. Płaczę ale oczy mam suche. Moje ciało wydala wodę, to
ono płacze, a nie już ja. Trzęsąca się broda, rozszerzane
źrenice. Ciało mówi za siebie, nie z sobą. Ma stale dość, ma
stale dość i w końcu to ono musi się obudzić, na nowo. Znów
musi stać się ciałem sprężystego, sprawnego stworzenia. Dzikiej
niedźwiedzicy, która znosi każdy cios i przejdzie każdy kilometr.
Wchodzę pod prysznic, zmywam pot.
Ciało się zmęczyło, nie zmęczyłam się ja. Ale to ono musiało
znieść swoje ciosy. Stojąc przed lustrem, patrząc w swoje
zmęczone oczy.
Woda oczyszcza.
Dziś woda oczyszcza najbardziej, myślę
sobie. Dzisiaj znów stajemy się jednym, pod strugami wody. A nocą
zanurzając się w spokojnej tafli jeziora, zimnej, mocząc stopy.
Odprawiając stary rytuał wody, ten, którego ja zawsze byłam panią
podczas tego święta, ta, co nawet nie umie pływać.
Wychodzę spod prysznica, dochodzę do
normalności. W końcu włączam telefon, idę na zakupy ze
współlokatorem. Nic nowego. Siedzę, rozmawiam na fejsie, zbieram
słowa by odpisać na maile, choć nie mogę coś wysłać tych
wiadomości. Rozmawiam z A. i dziękuję mu za kawałek. Tak często
wie, jak we mnie uderzyć. Zwłaszcza ostatnio, po naszej kłótni
też, kiedy to nie on musi być składany do kupy, a ja.
Zbieram się w sobie. Niby nic, a
jednak czekamy. Moje ciało i ja.
To noc miłości, choć dzień nie chce
tego pokazać. Całego triumfu światła, całej siły.
Dlaczego, Panie mój? Dlaczego nie
chcesz...?
„Nie pytaj dlaczego, po prostu rób
swoje.”
Rób swoje. W końcu wstaję więc i
ruszam do kuchni. Przygotowuję dla nas tradycyjną kolację,
wyciągam specjalne zioła zamknięte w małym woreczku, zioła które
są tylko na dziś. Kończą się, myślę, trzeba będzie zebrać
nowe.
Przygotowuję to, co nakarmi nasze
ciała, zanim napoimy je słodkim miodem pitym z rogu na brzegu
jeziora.
Słońce nadal skrywa się za chmurami,
gdy moje Słońce wraca.
Jemy, przygotowujemy się. Oczekiwanie
na mrok choć raz staje się radosne. Wiemy, nie mamy za dużo czasu,
następnego dnia przygniatają obowiązki, ale przecież teraz jest
teraz.
Gdy wychodzimy z domu, w końcu, po
deszczach i wśród wiatru wychodzi Słońce. Pan pokazał swoją
twarz. Doczekałam się. Towarzyszy nam przez całą drogę.
Docieramy nad jezioro. Jesteśmy sami.
Ta Kupała tak różna od wszystkich poprzednich. Od tej w zeszłym
roku, z wielkim ogniskiem po parnym dniu.
Słońce powoli zachodzi. Zaczyna się
noc, zaczyna się ta, która tym razem jest tylko błyskiem, Księżyc
i Gwiazdy, noc która współgra, ale wcale nie jest pokonaną.
Ciemność i światło, tak sobie
nawzajem potrzebne. Czasem więcej jednej, czasem drugiej. Każde z
nich ma swoje piękno.
Jesteśmy sami. Może sami dla siebie i
dla tego co w duszach. A przecież o to chodzi. Dzisiaj przecież,
tej nocy, czcimy także miłość. A miłość...miłość, ta
najważniejsza dla mnie, ma jego kształt.
Więc wszystko na spokojnie. Bez
wielkiego ogniska, z symbolicznym tylko obmyciem a nie wrzucaniem się
nawzajem do jeziora i podtapianiem, jak rok temu. Topienia już było
za dużo. Dosłownego i całkiem duchowego. Tym razem tylko oczyścić,
spłukać. Z ciała, z duszy, spłukać wszystko, co plugawe, cały
pył, cały proch. Nie powstałam z prochu a z Ziemi, z łona żyznej
Ziemi i to w nią się obrócę. Nie
będę próchnem, nie jestem nim za życia. Nie mogę sobie pozwolić,
by nim być.
Lodowata woda, moje ciało się
buntuje, bo przecież zatoki chore, ale co z tego. W końcu to
Kupała.
Pijemy miód z rogu, w ciszy, bez
śpiewów i tańca. Tym razem, w tym roku chyba nie stać nas na
tyle. Ale mimo wszystko, na człowieka spływa ten niesamowity
spokój, pewna radość, taka sama jak wypływała spomiędzy moich
nóg poprzedniej nocy. Wcale nie najkrótszej w roku.
Nie szukamy kwiatu paproci, tej nocy
sami jesteśmy dla siebie kwiatem. Nie szukamy niczego, bo wszystko
mamy. Już znamy swoje ciała i swoje serca.
Nasze święto miłości. Choć, to
powinno być co dzień. Powinniśmy o tym pamiętać, oboje. Tak
bardzo, tak dosadnie. Cieleśnie i sercami. Splątanymi razem
językami, jak wtedy, gdy łączymy je stojąc w zimnej wodzie pod
najkrótszym Księżycem.
Zbieram jeszcze kilka symbolicznych
ziół. Ususzę i zmielę na proszek, te zioła, które przynoszą
miłość i spokój. Te, za które płaci się też stratą. Zawsze,
by coś zyskać, musisz stracić. Widzę coraz mocniej tą starą
zasadę. Rozumiem wreszcie. Chyba wreszcie i do niej dorosłam.
Ale to nic. Zioła, zbieram na wszelki
wypadek, jeśli znowu ktoś poprosi, jeśli ktoś będzie chciał.
Czarownica może odmawiać. Ale czuje, że nie zawsze.
Wracamy dość szybko do domu. Miód
lekko szumi w głowie, ale przecież jutro trzeba wstać, a noc taka
krótka. A noc taka święta. Czcimy ją jeszcze po swojemu, swoimi
ciałami.
Jesteśmy jednym i ja znowu staję się
powoli sama w sobie jednością.
Przebudzam się o świcie, wplątana w
naszą pościel, w jego nogi. Widzę, jak słońce po najkrótszej
nocy znowu wita świat. Po tym, jak zniknęło.
Myślę o tym, że noce znów będą
dłuższe. Myślę o zmarnowanym w smutku i ciemności czasie. Myślę
o nocach, w których muszę pozwolić ciału odpoczywać. A oczom
czasem płakać.
Zasypiam ponownie.
Budzę się i znów widzę chmury.
Zanosi się na deszcz.
Niech spadnie, niech spłucze całą
resztę pyłu. Moje ciało znów się buntuje przed wstaniem. Mniej,
ale jednak. Zmarznięte stopy zrobiły swoje, ale to nic, skoro serce
zostało rozgrzane.
Wstaję i szykuję się na to, co mnie
czeka. Kolejne wyzwania. Nie można zostać w łóżku, choć to tak
kusi, gdy odpisuje się na wiadomości i pisze każdemu, że wszystko
w porządku. Nie można zostać w swoim świecie, zaszywać się w
ciemnym miejscu. Trzeba się budzić, wciąż i wciąż. I na nowo w
tym wszystkim odszukiwać radość.
Wstaję więc, biorę gorący prysznic
i jeszcze trochę zbiera mi się na płacz. Widzę jeszcze ślady
siniaków. Zaczynają schodzić. To też sporo trwa. Każdy ślad goi
się po swojemu.
Parę łez. Bez powodu, a raczej z ich
nadmiaru. Duże dziewczynki też mogą płakać. Tylko niektórym
zajmuje to więcej czasu. Tylko niektórym przychodzi to o wiele
trudniej.
Ale najlepiej stawać się wodą,
płynąć razem ze strumieniem. Woda oczyszcza przecież, zwłaszcza
ta słona.
Po tym wszystkim, po wspomnieniach i
euforiach, po frustracjach i krzykach, po maltretowaniu ciała
wszystko musi wypłynąć. Musi, żeby można było tańczyć na
powierzchni nowych wód, zamiast tak boleśnie tonąć.
Wypłakuję więc resztki, zasłaniam
ubraniem resztki siniaków powstałych w jeszcze poprzedni weekend.
Zasłaniam wielką szramę na udzie, która nie wiem jak i kiedy
powstała. A może nie chcę nawet wiedzieć.
Zbieram się w sobie i wychodzę. Po
nowe wyzwania. Na egzamin, na kolejną rozmowę o pracę, bo nadal
szukam czegoś dla siebie przecież. Świat nadal czeka.
Świat nadal mnie chce, tak jak chcą
mnie moi Bogowie, przed którymi nie klęka się w pokorze, a staje
się nago, w pełnej krasie, z dumą ze swojego ciała. Chce mnie
świat, a ja nadal chcę świata. Chcę wyzwań i więcej, więcej
miłości. Chcą mnie niektórzy ludzie, nie chcą, żebym tonęła i
szukała tylko po omacku, zatapiając się w ciemności.
Spotykam się z ludźmi, tymi samymi, z
którymi spędziłam prawie każdy weekend przez miniony rok, w
szkole, na zajęciach, na egzaminach. Nasz przed ostatni egzamin,
ostatni, praktyczny, w środę. Uśmiechamy się do siebie, siadamy,
robimy swoje. Niedługo pewnie zaczniemy się mijać. Nie będziemy
rozmawiać z niektórymi. To nic, po prostu kolej życia, myślę,
zanim zasiadam do testu.
Potem biegnę na rozmowę, w
międzyczasie spotykam się jeszcze z A., który był akurat w
pobliżu. Pewnie całkiem nie przypadkiem, tylko wiedząc, że tyle
czasu, że potrzebuję chwili rozmowy z kimś, kto rozumie nawet jak
mówię o głupocie. Z kimś, kto zna maski jak nikt inny i jako
mężczyzna potrafi płakać bardziej, niż duża dziewczynka. I
wcale się z tym nie kryje. Nie przede mną. Martwi się po naszej
dziwnej rozmowie, naszej prawie-awanturze. Cóż. Jemu też się
oberwało za moją frustrację, za moje wstrzymywane łzy.
Kolejna rozmowa kwalifikacyjna, kolejny
pomysł na życie. Chwila zastanowienia, czy mam siłę na zmiany?
Kolejne szarpanie? Sama nie wiem. Zobaczymy, co przyniesie czas, co
da los, do czego zmusi.
A. prawie odprowadza mnie do domu i
mówi z przekąsem, że oddaje mnie w dobre ręce. Jak zawsze nie
wchodzi na górę. Nie lubią się. Ale nie muszą się przecież
lubić. Ważne, że ja mam miejsce w sercu, w całkiem inny sposób,
dla każdego.
Wpadam do domu z impetem, zmoknięta,
nie radosna ale i nie smutna. Trochę zmęczona, ale to nic, bo czeka
już na mnie moje Słońce. Te najważniejsze i dobre ramiona,
zmęczone swoją pracą. Moja Miłość.
Czeka na mnie z obiadem, czeka na mnie
z uśmiechem, czeka na mnie bez słów i z ich nadmiarem. Znowu chce
mi się płakać. Ale w ten dobry sposób.
Strasznie dużo łez. Strasznie dużo
wzburzonej słonej wody. Może to znowu jej pora. Pora oczyszczenia.
Pierwsza kąpiel od długiego czasu, prawdziwa, gdzie nie czyhają
utopce ani frywolne wiły. Pierwsza kąpiel od tak długiego czasu.
Bo przecież dosłownie nie wolno było się kąpać. A słonej wody
od jakiegoś czasu zabraniałam sobie sama.
Pora zdejmowania masek, bo ich
zmarszczki zbyt widoczne, gdy noce za krótkie. Pora na milion
prawdziwych min. Nowa, świeża twarz, zanim noce znów pogrążą na
dobre. Pora też na te, które mi samej się nie podobają. Duże
dziewczyny płaczą. Silne dziewczyny tym bardziej. Wręcz muszą.
Pora oczyszczenia, wraz z deszczem,
pora deszczowa w trudnym zawsze czerwcu. Światło zatriumfowało i
oświetliło te zakątki, które tak długo bywają niedostrzegalne
albo, nie chcą być zauważone, w żaden ze sposobów. Światło
wygrało z ciemnością i teraz znów, po raz kolejny, w całkiem
inny sposób a jednak tak samo, znów trzeba sprzątać.
Ale co najważniejsze, nie trzeba
sprzątać samemu.
Można kochać. Można oddychać. Można
żyć.
Można też czasem płakać.
Twarda dziewczyna na pasie szybkiego
ruchu
Nie ma czasu na miłość ani na
nienawiść
Bez tragedii, to nie czas na gierki
Twarda dziewczyna, której dusza
cierpi
Mogę płakać i zniszczyć cały
swój makijaż
Wymazując z pamięci wszystko co
zabrane
Nie obchodzi mnie jeśli nie
wyglądam ładnie
Duże dziewczynki płaczą, kiedy
mają złamane serca
Niestety miłość to nie takie łatwe rzeczy. Chyba każdy musi się czasami pokłócić, przeżyć kryzys i co go nie zabije to go wzmocni. Zawsze uwielbiałam ten najdłuższy dzień w roku, ale z powodu ostatniego stresu zupełnie o nim zapomniałam...
OdpowiedzUsuńAle gdyby była łatwą rzeczą, gdyby życie z kimś, dzielnie go i po prostu kochanie siebie było takie łatwe, to czy by było warte czegokolwiek? Najpiękniejsze rzeczy wymagają nieraz wielkiego wysiłku. A może właśnie wymagają nieraz wysiłku, by były na co dzień już potem najpiękniejszymi:)
UsuńI nie dziwię się, miałaś całkiem inne rzeczy na głowie przecież.
Podobnie jak z kwiatami. Gdy się koło nich chodzi, pielęgnuje, dba, troszczy się, ogląda czy nie choruje - wyrasta piękny, zadbany kwiat. A gdy się go po prostu podlewa od czasu do czasu wyjdzie byle jaki aż w końcu obumrze...
UsuńAle i pogoda była jakaś taka mało przypominająca o tym, że to właśnie centrum lata :)
wydaje mi się, że wiele osób postrzega łzy jako oznakę słabości, gdy tymczasem... to nieraz jedyne, co potrafi nas oczyścić, wzmocnić, sprawdzić, że będzie się dało dalej żyć, mimo wszystkich niepokojów i bólów.
OdpowiedzUsuńdlatego nie sztuka powstrzymywać łzy w mojej ocenie, a pozwolić im płynąć. bo to po prostu ludzkie.
No ja niestety miewam z tym ogromny problem nieraz, jako ta "harda dziołcha". Może nieraz przez cudze dawne oczekiwania, że wszyscy się posypią a ja ogarnę. Ale właśnie, nieraz można sobie pozwolić, żeby to inni ogarniali, a samemu dać upust i jak mówisz, oczyścić się. Stopniowo, raz za razem, do kolejnego. Jednak to działa:) Więc i dzielnie się uczę:)
Usuńja za to momentami mogę robić za płaczkę egipską, a i tak słyszę, żem twarda :D hm, więc trzeba te cudze oczekiwania odstawić na półkę i cóż, pozwolić sobie żyć po prostu. dobrze w każdym razie, że tych łez nie powstrzymujesz aż tak bardzo. mam nadzieję tak w ogóle, że wszelkie zawirowania w twoim życiu, o których tu pisałaś, jakoś się rozwiążą:) ślę pozytywną energię, może dotrze:)
UsuńNo to u mnie po prostu inaczej to się objawia jakoś. W sumie to jest śmieszne, bo cudze łzy zawsze są dla mnie oznaką właśnie siły, tylko swoje...cóż. Lata przyzwyczajeń z pewnych spraw innych.
UsuńI jasne, nieraz właśnie trzeba na swoje postawić. Z tym, że nieraz chcesz kogoś wspierać i aż zapominasz wręcz o sobie, zanim temu komuś się nie ułoży jakoś. I jednak im pozwalam już, sobie szaleją teraz :D Pewnie zaraz na filmie się jeszcze popłaczę :D
I zobaczymy jak to wyjdzie, ale trzeba być pozytywnej myśli:) Dzięki:) I zawsze takie rzeczy docierają:)
ale to chyba często tak jest, że na siebie patrzy się zupełnie innymi oczami. tak samo z bliznami - nam wydają się szpecące, dla innych są piękne.
Usuńale wiesz, bez przesady, bo włączysz byle co w telewizji (jakąś Ukrytą Prawdę albo co) i nagle się rozpłaczesz :D ja to ci może w takim razie pożyczę płaczu... ale ze śmiechu:) oby tego było jak najwięcej ^^
a chyba jednak nie zawsze, bo wszyscy mamy takie momenty, że jesteśmy w kokonie własnych uczuć i nikt się tam murem nie przebije. ale mam nadzieję, że moje fluidy tam docierają. lato, słońce, ogień i krótkie noce chyba mnie pozytywniej ładują, to mogę się dzielić bez umiaru, a co :D
Czytałam ten post jak fragment książki momentami, zwłaszcza kiedy dotarłam do Waszych rytuałów związanych z nocą Kupały. Dla mnie to coś zupełnie nowego, tzn praktykowanie w dzisiejszych czasach. Ale do Was to jakoś pasuje, pewnie gdyby ktoś inny je opisywał, mogłabym zamrugać kilkakrotnie oczami. Jednak Ty opisujesz to tak naturalnie, że wierzę w każde słowo.
OdpowiedzUsuńSposoby oczyszczania każdy ma swoje - dla mnie to muzyka i łzy. Muzyka najbardziej ukochana i zaprzyjaźniona, bo wtedy czuję jakbym wtulała się w objęcia kogoś bliskiego. Niestety na czynnik ludzki nie mogłam liczyć, bo na moje udręczone "tęsknię" padło: "Za nim? To leć, pisz, bierz wszystko na siebie albo wstąp do klasztoru". No i dupa zbita :P Ja sama nie wiedziałam za kim, za czym, ale spróbuj tłumaczyć takie zawiłości większości facetów xD
Ważne, że mnie także udało się osiągnąć podobny efekt :)
Wiesz, jakby nie patrzeć to są trochę jakby najbardziej pierwotne i naturalne obrzędy, zwrócone do natury, a od natury przecież pochodzimy, ba, jesteśmy nią. Ale bardzo często o tym zapominamy. My czujemy jakoś pewne związki, pewne prawidła tego świata i...może dlatego to tak wychodzi:)
UsuńNo właśnie to chyba jednak muzyka bardzo często wyzwala. Mnie ruszyła już muzyka Incubusa na koncercie, poruszyła też coś, ale jak już mówiłam pewnej osobie, takie rzeczy też nieraz muszą dojrzeć. U mnie dojrzało, tym bardziej, że ten rodzaj oczyszczania, przez łzy jest dla mnie dość..niekomfortowy. Ale jakoś się tego uczę i to zmieniam:)
I cóż, po takim tekście to dupa zbita aż za mocno jak dla mnie. I wiesz co, im wytłumaczyć akurat nieraz ciężko. Przynajmniej sporej części XD
I jasne. I jedziemy do przodu, co nie?:)
Genezę znam, sęk w tym, że studiowałam socjologię i wnioski są przerażające. W ponowoczesnym społeczeństwie robi się wszystko, by o więzi z naturą zapomnieć. To człowiek ma być panem sytuacji za wszelką cenę. Nawet wieś się odżegnuje. Powstają jakieś takie skrzyżowania z miastem. Mam wrażenie, że to się robi z premedytacją, nie z rozpędu. Sama też wielkiej więzi nie mam, ale za to kocham zwierzęta - taki mały plus :)
UsuńMnie w takim nastroju wystarczy parę dzwięków, nawet nie wiesz jak muzyka potrafi wycisnąć łzy... Tak już mam. Melodramat, jakaś poruszająca książka: ani jednej łezki. Rekord pobiłam na ostatnim koncercie Budki w Krakowie. Pod koniec spłakałam się tak, że przyciągałam zdziwione spojrzenia. Z tym się czułam niekomfortowo, ale u siebie? Czasem trzeba się wyryczeć :D
Dlatego nie weszłam z nimi w dialog, tylko odstraszyłam jeszcze większym wybuchem xD
Jasne, że tak :)
Uwielbiam czytać jak piszesz, robisz to tak, że aż nie chce odrywać się oczu od tekstu. Święto Kupały jest dla mnie czymś nieziemskim, co bardzo chciałabym przeżyć. Choćby po takim opisie jaki Ty przedstawiłaś widać, że jest czymś wspaniałym. A piosenka.. prawdziwa. Podoba mi się jej tekst, zwłaszcza fragment, który przytoczyłaś powyżej. Ale nie umiem oglądać teledysku. Ciągle mam wrażenie, że ma on jakiś głębszy przekaz, a ja zatrzymuje się gdzieś pośrodku i nie chwytam tego co chce mi uzmysłowić.
OdpowiedzUsuńDziękuję za tak miłe słowa:) I jest, zdecydowanie jest...tak samo jak inne nasze święta. I cóż, nie zawsze każdy obraz musi być przecież dla każdego, no nie?:)
UsuńPamiętam czasy, kiedy szarpaliśmy się o byle co. Powód jak i u Ciebie - brak pieniędzy. A potem wielkie przeprosiny. Coś tam jednak w duszy pozostaje....
OdpowiedzUsuńZawsze zostaje. Ale to nie znaczy, że zostaje tylko to złe i niedobre, prawda?:)
UsuńMoje zmęczenie nie mija. Dzisiaj obudzilam sie o 10, chciałam wstac, a zasnęłam. Jak już wstalam to zobaczyłam opuchnieta twarz i nie wiedziałam o co chodzi. Całkiem zapomniałam, ze w nocy plakalam. Ta deszczowa pogoda chyba temu sprzyja. A to źle. Bo oczyszczenie jedna sprawa. Gorzej jak do głosu dochodzi autodestrukcja.
OdpowiedzUsuńŚwięto miłości mówisz... to już chyba wiem, dlaczego mąz aż tak mocno mnie przytulał w nocy... czytając tą notkę pomyslałam ciepło, ze może i nasze zgrzyty damy jakoś radę przejśc. Dziękuję Ci Frida, wlałaś ciepło w moje serce :)
OdpowiedzUsuńCieszę się zatem:)
UsuńCałkiem niedawno też tak miałam: rozdrażnienie, powarkiwanie na wszystkich, wyjście z metaforycznym trzaśnięciem drzwiami, a potem leżenie przez jakieś pół godziny na łóżku i wycie do poduszki. Czasem płacz jest nieunikniony, bo bez niego byś chyba eksplodował. Ale w pewnym momencie, jak już się wypłacze, oczyści, uspokoi, trzeba właśnie otrzeć łzy, choć czuje się, że mogłoby się jeszcze jojczyć przez kolejne pół godziny i być tą właśnie "hardą dziołchą".
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że uda Ci się znaleźć pracę, która Cię satysfakcjonuje, bo na taką w końcu zasługujesz ;) No i trzymam kciuki, żeby się to wszystko poukładało znowu, żebyście przetrwali te zawirowania. Niech Bogowie będą z nami :D
Bo czasem może po prostu taki etap w sobie trzeba przeżyć..gorsze, że nieraz przeżywają go z nami nasi najbliżsi. Ale to pomaga, dojście na skraj, wybuch, płacz...czasem pięknie jest się potem uspokoić, prawda?
UsuńI dziękujemy:)
gdzieś w jakimś memie przeczytałem, że gdy kobieta się nie awanturuje, nie krzyczy, nie złości się to ponoć jest to oznaka, że przestało jej zależeć, coś w tym jest i myślę, też, że tyczy się to również facetów, skoro się kłócicie to znaczy, że zależy wam jeszcze na sobie, a skoro szybko się godzicie to chyba jeszcze lepszy znak
OdpowiedzUsuńCoś w tym jest. Bo jak człowiekowi nie zależy, po prostu odpuszcza...to chyba faktycznie, już nie kocha.
UsuńPamiętam kiedy w dużym świątecznym kryzysie... Namiętnie słuchałam tego utworu. Pokochałam Sia.. Życzę Ci spokoju, żeby było lepiej, bezpieczniej.
OdpowiedzUsuńDziękuję:)
UsuńZawsze uważałam, że prawdziwy związek między dwojgiem ludzi jest wtedy, gdy chcą coś budować pomimo przeciwności w formie kłótni, problemów życiowych jednego bądź drugiego. To wytrwałość pomimo powiewów wiatrów. Dlatego po prostu rzygać mi się chce, gdy widzę tysiące buziaczków na fejsiku pod wspólnymi, wysłodzonymi zdjęciami ale to tylko takie wtrącenie. Gratuluję wam tej wytrwałości i życzę jej w dalszym ciągu, bo jesteście cudownymi ludźmi, którzy na siebie zasługują. Sama przechodziłam ostatnio z moim R. dość poważny kryzys, który stworzył się na początku tego roku. Dopiero ostatnio udało nam się pewne kwestie wyjaśnić i wziąć je sobie do serca.
OdpowiedzUsuńDokładnie bo związek to po prostu właśnie budowanie. A nie słodkie robienie dzióbków i miliony słów...bo co one znaczą bez czynów? Nic, tak naprawdę. Puste deklaracje. Nigdy nie byłam ich zwolennikiem. I...dziękujemy:) A ja wam życzę tego samego:)
UsuńJa planowałam małe święto w noc świętojańską, ale pogoda jest jeszcze gorsza niż w weekend. Więc w tym roku nic z tego nie wyjdzie...
OdpowiedzUsuńAle na szczęście pogoda już się poprawiła choć trochę:)
Usuńczasem trzeba się wyładować i odciąć od wszystkiego, to nic złego, trzymaj sie :)
OdpowiedzUsuńDokładnie:)
UsuńTak sobie myślałam ostatnio, że jestem najbardziej nieszczęśliwa. że mimo milionów ludzi w tym kraju, miliardów ludzi na Ziemi, to właśnie ja jestem najbardziej. Ten tkliwy egocentryzm wylewał się ze mnie przez osttani tydzień. Płacz mam na końcu nosa, dziś już w ogóle zaistniał szczyt niefortunnych wydarzeń. Ale jest już lato, Litha minęła, a ja widząc we tym mroku i deszczu promień Światła, pomyślałam sobie o moich bogach, którym nie składam ofiar innych niż moje szepty i smutki. I wiedziałam, że ciemność się odmieni. To tylko kwestia czasu, Mała Dziewczynko, żeby zobaczyć światło odbite we łzach.
OdpowiedzUsuńMoja Noc Kupały była przesycona kolorami. Festiwal Kolorów ;)).
Ściskam, Czarownicowo /gingeruby
Dokładnie, nieraz człowiek ma wrażenie, że jest wręcz najnieszczęśliwszym stworzeniem na ziemi...i czasem mam wrażenie, że jest to nam wręcz potrzebne. Wlaśnie po to, by się odrodzić. Bo odrodzenie to cóż...chyba najlepsze uczucie z możliwych.
UsuńKurcze strasznie źle się to czyta. W sensie...wiesz...tacy fajni ludzie jak Ty nie powinni mieć złych chwil.
OdpowiedzUsuńFajnie jednak, ze potraficie wyzuć się jakoś z tych złych emocji i zawsze kończycie w uściskach jednak:)
A jednak, złe chwile są potrzebne, żeby docenić te dobre, czyż nie?:)
UsuńI też się z tego cieszę:)
Skąd ja to wiedziałam, że przy takim tytule postu pojawi się na końcu ta piosenka :D
OdpowiedzUsuńI widzę, że czerwiec nie tylko dla mnie jest ciężkim miesiącem. Nigdy go nie lubiłam, z wzajemnością zresztą.
Dobrze, że wszystko się układa powoli, że macie siebie, swoje rytuały, które Was łączą, i potraficie się dotrzeć nawet, jak coś się psuje w życiu. Bo czasem życiowe problemy, obowiązki potrafią przygnieść i najsilniejszych. A płacz jak najbardziej oczyszcza :)
No i trzymam kciuki za jutro! :)
No musiała, nie mogło być inaczej XD
UsuńNa szczęście czerwiec się wreszcie skończył. Mamy lipiec i oby było lepiej:)
I też się cieszę, że właśnie...możemy się dogadać, bo mamy za dużo wspólnego, że tak to określę :)
Ludzie boją się płaczu, uznają go za słabość, a przecież on jest tak bardzo potrzebny. Przecież dusza krwawi od nadmiaru łez w niej zebranych, trzeba je wylać. Nawet, jeśli trwa to kilka dni i poranki przez to stają się jeszcze bardziej męczące. Przychodzi moment, w którym naprawdę oczyszcza...
OdpowiedzUsuńDawno już nie widziałam (ani nie słyszałam), by ktoś mówił o miłości w ten sposób. Taki... prawdziwy, trudny, z pełnym zrozumieniem trudnych momentów. A przecież o to chodzi. O przetrwane razem burze, huragany, nie tylko emocji...
Dokładnie, tak naprawdę płacz jest oznaką sił i...w teorii to wiem. Ale często ciężko mi to wprowadzić w praktykę. I właśnie nieraz ten moment musi chyba w nas dojrzeć.
UsuńHm...to chyba źle, że tak rzadko się to słyszy. Ale może to bierze się stąd, że o miłości nie tyle się mówi, tylko się ją czuje.
Emocje zawsze muszą znaleźć gdzieś ujście i najczęściej uchodzą poprzez łzy, łzy niezwykle oczyszczające. Łzy po których człowiek znów staje się silny - jakby wszystkie słabości wyciekły oczami.
OdpowiedzUsuńTeraz będzie tylko lepiej. Dobrze, że masz swojego męża, który ukoi ból swoimi ramionami. Myślę, że co by się nie działo - w ramionach ukochanej osoby zawsze odnajdziemy spokój, który pomoże nam się pozbierać.
Dokładnie, czasem właśnie przez łzy, oczyszczenie, dopiero stajemy się silni.
UsuńI mam nadzieję, że będzie właśnie szło ku lepszemu. Zniknął zły czerwiec, nastał lipiec, musi być dobrze:) I też się cieszę, że znowu się po prostu dogadujemy:)
Nic tak kojąco nie wpływa na nas jak świadomość, że jest się komuś potrzebnym i ktoś nas potrzebuje. Macie siebie, kochacie się, razem dacie radę przeciwnościom. Fajnie, że dostałaś te pracę
OdpowiedzUsuńDokładnie, to jest ważne. Czasem mam wrażenie, że to właśnie jedna z najważniejszych rzeczy w życiu. Kochać i być kochanym, potrzebować i być potrzebnym. I też się cieszę:)
UsuńJak śpiewa L.U.C. i inni: związek to pracochłonne ognisko. Prawda to.
OdpowiedzUsuńI dobrze, że dzięki Tobie Frido :) mnie olśniło i trzymam się od tego ognia daleko - mi wystarczyłaby iskra, żeby wysadzić wszystko dookoła.
Dokładnie, z tym zdaniem zgodzę się jak najbardziej. I hm..aż taka z ciebie beczka prochu obecnie?
UsuńNiestety tak. Efekt wieloletniej frustracji z wielu powodów :/.
UsuńNajważniejsze, że te mury upadają. Tak, postają i pewno powstawać zawsze będą, lecz wszystko jest dobrze, jeżeli da się je zburzyć. Naprawdę źle jest wtedy, kiedy się nie da. Wtedy wszystko umiera.
OdpowiedzUsuńDokładnie, najważniejsze to po prostu umieć się ostatecznie dogadać. Bo bez tego...po prostu reszta nie ma sensu.
UsuńW życiu nigdy nie może być stuprocentowo tak, jakbyśmy tego chcieli. Kryzysy, załamania, poległość, słabość, gniew, złośc, krzyk - to jest życie. To prawdziwe. Jeśli nie poznamy goryczy egzystencji, nigdy nie docenimy tych miłych chwil. Jednak warto burzyć mury, palić mosty i zostawiać przeszłość daleko. Patrzeć w przyszłość z nadzieją. Wiedzieć, że żyje się dla kogoś.
OdpowiedzUsuńDokładnie, jak to ktoś mądrze napisał, świat to nie jest instytucja do spełniania naszych życzeń. Tylko my sami musimy o nie nieraz walczyć:) I właśnie w życiu chyba potrzebne są przeciwności, jak światło i mrok. Bo jedno bez drugiego nie istnieje. Jak życie nie miałoby wartości bez śmierci.
UsuńMój umysł ostatnio pracuje na mega obrotach a płacz miałam wczoraj na końcu nosa :p
OdpowiedzUsuńI może trzeba było popłakać?
UsuńCzasem, gdy widzę, że ktoś się męczy psychicznie, to aż chce mi się powiedzieć, żeby sobie popłakał. To pomaga :P
OdpowiedzUsuńJasne, że pomaga. Ale nieraz nie idzie sobie właśnie przetłumaczyć tak po prostu.
Usuńzdecydowanie duże dziewczyny płaczą, zdecydowanie te twarde też. tylko nie każdy jest świadomy, że tak jest. płacz momentami jest naprawdę potrzebny.
OdpowiedzUsuńczasem są takie gorsze dni, czasem ten okres trwa dłużej, ale najważniejsze, że macie siebie, że mimo wszystko się wspieracie i przechodzicie przez to razem!
a co do braku pieniędzy - niektórzy mówią, że niby pieniądze to nie wszystko itd., że nie ma co za nimi gonić, ale sama żyję od 1 do 1 i nie raz muszę sobie czegoś odmówić, to wcale nie jest fajne, to nie jest do końca życie, życie nie powinno tak wyglądać, więc nie dziwię się, że to wywołuje frustracje, najważniejsze, że szukasz pracy i że jest jakiś odzew, bo czasem i o to trudno, o głupią rozmowę kwalifikacyjną! mam nadzieję, że praca, na którą się zdecydujesz naprawdę będzie Ci odpowiadać!
heh, trochę chyba nie jesteś na bieżąco :) ja po studiach (półtora roku temu) wróciłam w rodzinne strony i teraz tu mieszkam, a ładowałam baterie w mieście, w którym studiowałam, ale jest to jakiś powrót na stare śmieci, dobrze mi się tam mieszkało, miałam swoich bliskich znajomych i taki wyjazd z pewnością był mie potrzebny!
Tylko im trudniej nieraz się do tego przyznać, prawda? Nawet to, że płacz jest potrzebny właśnie. I jasne, staramy się ogarnąć właśnie te złe i niedobre i przekuć je z powrotem w coś pięknego;)
UsuńWłaśnie, to nie wszystko, ale sporo od nich zależy więc jak to się wali..nieraz wali się i wszystko inne. I mam nadzieję, że w końcu mi się uda:)
Rozumiem:)
Jakie to wszystko życiowe..
OdpowiedzUsuńJa też czasami wybucham w najmniej spodziewanym/pożądanym momencie.
A na to w ogóle jest pożądany moment? Chyba trudno go znaleźć, ale ważne, że nawet jak w złym momencie, to pomoże:)
UsuńCzasem "słona woda musi z nas ujść". I nie ma w tym absolutnie niczego złego ;)
OdpowiedzUsuńWiem, że nie ma tylko wiesz...czasem człowiek ma swoje dziwne bariery, nawet jak zna w teorii pewne prawdy, z trudem przychodzą one do głowy w praktyce.
Usuń