czwartek, 29 września 2016

O zmianach, które zabraniały wrócić, ale w końcu zaprowadziły mnie do domu.

-Ale nie będziesz już w ogóle pisać?
-Nie wiem.

-Kiedy napiszesz jakiegoś posta?
-Nie wiem.

-Czemu nie piszesz?
-Nie wiem. Sama nie wiem, mam jakąś blokadę. Wiem, że chwilowo nie mogę, za dużo zmian we mnie za dużo w życiu, jeden chaos a...słowa nie zawsze pomagają.

Wczoraj znów, przypadkiem poruszony ten temat. Przedtem wałkowany godzinami z kimś, kto wyjechał daleko, ale nawet w chaosie układania swojego życia zawsze ma czas, żeby przejąć się nic nie znaczącą pierdołą, taką, jak moje pisanie.

-A ja bym chciał przeczytać kiedyś coś, co napiszesz. Chociaż, może byłoby to ciężkie, ale bym chciał. Chociaż może i tak bym nic nie zrozumiał, bo jestem na to za łupi, to bym chciał.

Niesamowicie miłe słowa które padają tam, gdzie najmniej człowiek się ich spodziewa, między jednym a drugim żartem.

Nikomu nie ubędzie, gdy nie będę pisać. Nic to nie zmieni. Ani świata, ani tak naprawdę tych, którzy to czytają, bo słowa mają w naszym świecie to do siebie że wpadają na chwilę do umysłu, ale nie na stałe do serca, zasiewając ziarna, z których można zebrać niezły plon.
Chociaż nie, są takie słowa. Były. Też w tym blogowym świecie. Ale to nie moje.

Nie mogłam pisać. Długi czas po prostu nie mogłam. Całkowita blokada.
Zresztą, nadal nie wiem, czy umiem. Nadal nie wiem, czy to chwilowy zryw, po którym być może, już na dobre porzucę to miejsce. Nie chcę niczego obiecywać, nie chcę niczego zakładać. Nigdy tego nie robiłam.
Ale tak samo nie chcę palić mostów. Coraz bardziej oddala się w czasie powód, dla którego założyłam tego bloga- ale ja pamiętam, serce, które bije mocno i czule w mojej piersi, czasem przeszywane tęsknotami, pamięta. Zwłaszcza jesienią.
Zresztą, jesień zawsze była porą tęsknot. Ale i porą romantyków, najwspanialszych mgieł i dziwnego spokoju, który spływa wraz z porannym i wieczornym, coraz wcześniejszym mrokiem.
Jesienią mogę się uspokoić. Jesienią mogę odpocząć. Jesienią mogę...wrócić.
Jesienią Włóczykij opuszczał zawsze Dolinę Muminków- a ja mogę wrócić do swojego nierealnego domu, miejsca. Bo chyba ukoiłam chaos.

Lato bowiem było aż nazbyt intensywne. Przez liczne wyjazdy, spotkania, ale i emocje. Przez to, co we mnie.
Wczesnoletni wyjazd w Bieszczady z cudownymi ludźmi zaczął pewne zmiany, o których jest ostatni post na tym blogu.
Wrześniowy wyjazd sam na sam z Mężem, najcudowniejszym mężczyzną, któremu wybaczyłam już chyba całkiem zeszłoroczne rany, zamknął je.
Góry i wędrówka, cudowna klamra, początek i koniec pewnego dojrzewania, które nie było łatwe. Które było bolesne. Dojrzewania, które zakończyło pewne sprawy, żałoby i tęsknoty i zmieniło je w piękno. Zmiany, które kazały trzeźwym okiem spojrzeć na pewne relacje i przełknąć pewne żale.

Niby nie działo się nic, a we mnie, przez ten czas działo się wszystko. I być może, właśnie dlatego nie chciałam pisać. Nie chciałam być może pisać dlatego, że sama w sobie nie byłam niczego pewna, jednego dnia czułam euforię, drugiego gwałtownie spadałam, wiedząc jednak w środku, że to po prostu przemiana, kolejna przemiana, intensywne kiełkowanie ziarna, które kiedyś wpadło do mojego serca, intensywne zarastanie ran, tak, by soki życiowe nie uciekały, tak, by mogła we mnie wibrować i tętnić prawdziwie życiowa energia, taka, jaką poczułam w Bieszczadach.
Nie chciałam pisać przy pierwszej euforii czerwca i lipca, nie chciałam pisać o żalu w sierpniu, że jestem sama- choć wcale nie byłam.

Bo trudny był przede wszystkim okres sierpnia, ten pełen wspaniałych dat, takich jak rocznica ślubu czy urodziny mojego Męża ale też i tych, które ściągają na dno- kolejna rocznica śmierci Vincenta, kolejna noc spadających gwiazd.
Sierpień przejął dominujący żal, który skrywany był pod uśmiechem i intensywnością podróży, żal, że nie ma przy mnie kogoś, kto powinien mnie wspierać, jak myślałam egoistycznie. Żal, który płynął ze zmiany kształtu relacji, które, też może sama zaczęłam, a może takich, na które też po prostu musiałam się zgodzić. Żal, który mówił gdzieś w głębi „jakby zależało, zawsze znalazłby się czas na piwo z tobą, zwłaszcza, że potrzebujesz pogadać, potrzebujesz pomocy”. Nie znalazł się. Jednak koniec już sierpnia i początek września pozwolił to do końca zrozumieć, zwłaszcza, gdy oczy otworzyły się na innych ludzi.
Tych, którzy stale mieli czas, którzy byli, oddaliby ostatnią koszulę, gdyby tylko mi było zimno. Dziewczyna z pracy, która ma takie samo imię jak ja. Pewna pisarka, z którą mogę rozmawiać godzinami, ta z cudownym podejściem do życia. Mój Nocny Chłopak z pracy, który jest o wiele dojrzalszy i mądrzejszy niż wielu sądzi.
Jedni odeszli, zgubili się zwłaszcza, gdy to ja przestałam się odzywać, tylko przez to, że straciłam numery telefonów i postanowiłam poczekać. Inni po prostu zajęli się swoim życiem, odchodząc częściowo, emocje przestały być tak intensywne. A inni znaleźli się na nowo. Zdali pewien egzamin, nie wiedząc nawet, że jakiś egzamin istnieje.

Przesunięcie jednych relacji, ich zmiana zrobiła miejsce na inne- i być może, to wreszcie na takie, w których to ja czuję się nieraz ważna.

Ale po sierpniu przyszedł właśnie cudowny, ciepły wrzesień. Kolejna górska wyprawa z Mężem. Ta, której trochę się bałam, bo bałam się wspomnień zeszłego roku, tego, że otworzą się rany, gdy na wierzchołkach gór usłyszę pierwszy ryk śpiewających tylko jesienią jeleni.
Nic takiego się nie stało.
Bałam się ostatnich dni września, 26, 27, 28. Nic. Pamiętałam, ale to nic. Zupełnie nic. Nie czułam żalu, może tylko w pewnym momencie, gdy piłam z dziewczyną z pracy i poczułam, że przy niej, przy jej prostym cieple mogłabym się wypłakać, tak jak nie umiem prawie nikomu.
Może to nie kwestia mojego wstydu wobec łez. Może to kwestia prawidłowego kształtu relacji, może to kwestia i moich zmian. Może to kwestia tego, że przez te 3 miesiące zdałam sobie sprawę, że są ludzie, przy których to nie moja siła musi dominować i ogarniać.

Te 3 miesiące kiedy nie pisałam to dojrzewanie. Z jednej strony kolejne twardnienie masy, z której jestem ulepiona, umiejętność powiedzenia „nie” gdy ktoś zaczyna wpływać toksycznie. Z drugiej strony to kolejne fale czułości, kolejna miękkość która osłania moje mocne kości.
I to wszystko mi się podoba.

Co najważniejsze może, przez te miesiące odzyskałam też swoją kobiecość. Nie schudłam, nie wyładniałam, nie zaczęłam się częściej malować. Wszystko tłumaczę tym, że odstawiłam hormony i „jadę na swoim estrogenie”. Ale odzyskałam swoją kobiecość i znów mogę dziko i namiętnie kochać się ze swoim mężem.
Może to hormony. A może to prawdziwie zaleczone rany?
Stale słyszę od niego, jak pięknie wyglądam. Że „wróciłam do siebie”. Że znowu promieniuję tą dawniejszą, dobrą, trochę psotną energią.
Tak. Zakochałam się na nowo, on na nowo zakochał się we mnie. Sami nie wiemy jak i kiedy, ale przez to znów zachowujemy się jak nastolatki, uprawiamy seks po kilka razy dziennie nie mogąc się od siebie oderwać ( napad namiętności w domu jego rodziców czy tarzanie się po leśnym igliwiu jak za dawnych lat w górach?czemu nie!), napadając na siebie niczym zwierzęta. Dajemy sobie drobne upominki, przesyłamy namiętne sms-y, usychamy z tęsknoty przez 5 dni rozłąki. Jestem zakochana po uszy, na nowo- do tego w tym samym mężczyźnie, którego znam od lat i który jest moim najlepszym przyjacielem. Ba, od paru lat jest moim mężem. Czy może być wspanialej?
Może od tej miłości, zakochania tak promienieję, że zaczynają mnie nieraz podrywać na nowo obcy mężczyźni? 

Dojrzałam, przez te 3 miesiące intensywnych zmian dojrzałam, by odmłodnieć. Znowu być dzieckiem.
Może się zmieniłam.
A może wróciłam?

Bo chyba naprawdę wróciłam do siebie. Wróciłam jakoś do domu. Tego, który odebrała mi już śmierć Vincenta, potem Królika, potem wrzesień zeszłego roku, odebrał mi, paradoksalnie, najboleśniej.
Przetrwałam, ze zrujnowanym tęsknotami, wstydem i bólem wnętrzem- nadal jakoś zachowując radość.

-Naprawdę, nie znam bardziej radosnej pozytywnej osoby niż ty. Tylko się na ciebie patrzy i od razu się morda wszystkim śmieje.

Bo ona zawsze była, ta radość i zawsze ze mnie wychodziła, nawet, gdy mnie bolało. Nigdy nie zniknęła- a teraz, z przepracowanym żalem, z czasem dla mnie samej, może promienieć jeszcze dalej. Może to nie moment tej wspaniałej jesieni. Może już tak zostanie?
Tak jak...kiedyś.

Wróciłam do domu. A może raczej....odbudowałam go, wtedy, gdy w końcu skupiłam się na własnym, zamiast ratować dookoła cały świat i cudze ruiny, na których skupiałam się po największych ciosach w życiu, tych trzech właśnie. 
Bo cudzych domów i tak nigdy nie mogłam uratować, a te same odchodzą, gdy znajdą swoje środki do celu, a człowiek w pewien sposób jest zbędny. Smutna prawda, ale...to to, czego się tez nauczyłam. To cenna lekcja, która też, paradoksalnie leczy z żalu. 
Nie oczekuj. 

Przetrwałam rany. Zmieniłam się. Jestem...szczęśliwa.
Nie wiem, czy taka właśnie potrafię pisać, bo w prostych gestach, oczywistych czułościach ostatnimi czasy zgubiłam słowa, potem się nie odnalazły w szczęściu tak łatwo. Mówią, że słowa to domena chaosu i melancholii. Ale chyba...jakoś mi idzie?

Wróciłam więc dzisiaj do miejsca w którym może za bardzo mnie nie brakowało. Ale jestem, znajduję nowe słowa. Dzisiaj. Czy później, nie mogę obiecać.

Przyszła jesień i można pisać, jak wczoraj żartowałam z kogoś innego. Jeszcze nie wiedziałam, że mówię o samej sobie.

Przyszła jesień i o dziwo, przyszedł spokój, a pewne nawracające wspomnienia wcale nie bolą. Nie boję się i nawet 5 listopada, bo wiem, że losowo, będę z kimś kto ogrzeje mnie swoim prostym ciepłem- i to ja będę ogrzewana, a nie ja będę musiała ogrzewać. Dziwne, wyzwalające uczucie.

Jesień.
Kasztany walają mi się po całym nieposprzątanym mieszkaniu, pachnie już herbatą, słucham muzyki, która niedawno wyciskała łzy, a teraz koi. Czerwienieją i żółkną liście, wprawiając mnie w zachwyt. Pieką się placki z jabłkami, mimo że ja mam zepsuty piekarnik.
Czekam na kolejne dni jesieni i bardziej myślę o tym, że zobaczę w listopadzie kogoś, z kim będę mogła nocą porozmawiać, niż o tym, że przez listopad kogoś już w ogóle nie zobaczę. Dziwna przemiana, która przychodzi z najbardziej zaskakującej strony.
Ale jak to w życiu.

Szukałam długo, będąc sama w swoim wnętrzu nieraz jak uwięziona. Ale wróciłam do domu. Być może, wróciłam na bloga.



Mam kłopoty z widzeniem
Jestem otumaniony
I muszę znaleźć drogę z powrotem do domu
To byłby cud, gdybyś wyświadczyła mi tą przysługę

Przetrwam
Na tej wyspie jestem uwięziony

Szukając drogi do domu. 

34 komentarze:

  1. Wszyscy się zmieniamy, Frido. Ja też się zmieniłam.
    Jak możesz sobie zarzucić, że nie potrafisz już pisać. Kto jak nie Ty....? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, zmieniamy się stale, nieprzerwanie...tylko nieraz te zmiany są tak dosadne, że aż jakoś nawet...bolesne? A jednocześnie i piękne. I muszą odczekać swoje:)
      Mam takie wrażenie, że muszę się na nowo rozkręcić:)

      Usuń
  2. Mnie osobiście bardzo Cię tutaj brakowało. Odruchowo od czasu do czasu wpisywałam Twój adres i jakoś smutno mi się robiło za każdym razem, gdy nie było od Ciebie odzewu. Nie wiem, dlaczego tak jest. Uważam, że jakaś niesamowita moc płynie z Twoich słów. No i bardzo się cieszę, że ktoś w końcu otwarcie pisze o swoim szczęściu. Taka też powinnaś pisać. A może zwłaszcza taka. Przecież czy może być coś piękniejszego i bardziej budującego, jak szczere słowa szczęśliwego człowieka? Kto wie, może jakaś duszyczka się zainspiruje tym, co piszesz i zastanowi się nad samą sobą (tak jak ja np). Może nieświadomie jednak odbudujesz cudze ruiny? To Twoja decyzja, ale chciałabym przeczytać tutaj jeszcze niejedną Twoją notkę. Pozdrawiam i niech to Twoje szczęście dalej trwa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli jednak ktoś tęsknił jakoś? To chyba nawet...dobrze czytać, mimo wszystko.
      Nigdy bym nie myślała, że moje słowa mają jakąś moc ale może rzeczywiście...wszystkie słowa mają, a niektóre jak ludzie, trafiają na odpowiednie osoby i wtedy to jakoś działa? Może jednak tak jest:)
      I właśnie dlatego mam zamiar pisać tylko...nie wiem, jak mi to wyjdzie cholera teraz :D

      Usuń
    2. Im bardziej się będziesz nad tym zastanawiać, tym będzie Ci trudniej przecież. Daj się ponieść samej sobie i już :) Nawet, jeśli na kolejny post mielibyśmy czekać kolejne 3 miesiące :D

      Usuń
  3. Cierpliwie czekałam na Twój powrót i Twoje słowa.Wiedziałam,że wrócisz,kto jak kto,ale Ty musiałaś. Uwielbiam bowiem każde Twoje słowo,no brakowało mi Ciebie :)
    Dojrzałam by być dzieckiem.Cudowne słowa,a jakie prawdziwe:)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, trochę głupio, ale jednak miło to czytać, że ktoś jakoś no...tęsknił w tej przestrzeni:) Mam nadzieję, że jednak uda mi się wrócić, a nie, że to pojedynczy zryw.
      Bo do tego właśnie trzeba dojrzeć nieraz najbardziej:)

      Usuń
  4. Ciesze sie ze lato spedzilas intensywnie ;) mi minelo zbyt szybko ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi z jednej strony też ale...potrzebowałam już jesieni:)

      Usuń
  5. Tak pięknie piszesz o jesieni, że każdy kto jej nie lubi powinien przeczytać, a na pewno pokocha. ♥
    Myślę, że Twoje słowa trafiają do wielu wbrew pozorom. Może nie zawsze są gdzieś w myślach, ale w podświadomości pozostają i działają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, naprawdę? To dobrze chyba, ale ja po prostu naprawdę lubię jesień:)
      Być może, chociaż nieraz trudno w to uwierzyć.

      Usuń
  6. Widzę, że dużo się działo, jak Cię nie było. Cieszę się, że jesteś szczęśliwa i że budujesz swój własny świat :)
    No i fajnie, że już jesteś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, przede wszystkim działo się tak...w środku, ale i na zewnątrz, bo liczne wyjazdy, zmiany w pracy...no ale, wszystko wyszło raczej na dobre:)
      I miło mi to czytać:)

      Usuń
  7. Nawet nie wiesz jak się ucieszyłam, jak zobaczyłam nowy post :-) Co jakiś czas tu zaglądałam i Twoja nieobecnosć powoli zaczęła mnie martwić :) A do pisania się wdrożysz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi to czytać:)
      No, na nowo muszę znaleźć słowa, składnię nawet:D Ale jak będą miały przyjść, to same przyjdą, jak nie...to poszukam sobie innego środka wyrazu, znając mnie:)

      Usuń
    2. Byleby tylko tematy na które się chce pisać się nie kończyły, to jakoś to będzie szło :)

      Usuń
  8. No cóż... wiele się działo przez te miesiące, też zauważyłam u siebie masę zmian. Zauważyłam, że długo nie piszesz, ale nie chciałam się narzucać. Ciebie słowa mocno się trzymają, prędzej czy później blog pomaga... :)
    Nastały piękne dni.
    Pozdrawiam ciepło z Wrocławia, w weekend wpadam do Poznania:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano nie pisałam, bo dałam sobie właśnie czas i czas dla zmian:) A te nieraz trudno uzewnętrzniać, prawda?:) I pomaga czy nie, po prostu dobrze jest pisać:)
      I owszem, mimo, że trochę ponure to jakoś...rozświetlają serce:)
      Hah, już się odezwałam do ciebie w tej sprawie XD

      Usuń
  9. Cieszy mnie Twój powrót - do siebie i nas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi to czytać:) I w ogóle, sądzę, że to właśnie też powrót jakoś bardziej...ogólny, niż tylko tutaj. Wiesz pewnie o co mi chodzi:)

      Usuń
  10. Dobrze, że wróciłaś, nie powiem trochę się martwiłam ^^
    A pisać umiesz, to jeden z najbardziej ciepłych tekstów na blogu, widać, że jesteś szczęśliwa więc można być Ci tylko wdzięczną, gdy zechcesz się tym podzielić ;>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Um, dziękuję za miłe słowa:) I jestem i mam zamiar się dzielić póki co...i swoimi dziwnymi myślami XD

      Usuń
  11. Jak na blokadę, to całkiem nieźle Ci wyszło:) Ja jednak liczę, że wróciłaś na dobre, bo lubię Cię odwiedzać, choć jeśli zdecydujesz inaczej, zrozumiem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bo już blokada troszkę opadła:) I jednak chyba zostanę chociaż...nie obiecuję, że nie będę znikać XD

      Usuń
  12. Czyli pozytywnie i pozytywnie :) Cieszę się z Twojego powrotu :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Dobrze, że wróciłaś! Czekałam na notkę z utęsknieniem. Myślę, że u każdego większe lub mniejsze zmiany zachodzą. U mnie też są, ale o tym może w kolejnej notce ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi to czytać:)
      I...czekam na nią w takim razie:)

      Usuń
  14. Również cieszę się z Twojego powrotu :)
    Zmiany zmianami wiem coś o tym. Zazwyczaj stawiają nas pośrodku życia jak w oceanie bez koła ratunkowego. I cóż. Trzeba jakoś sobie dać radę nie ma wyjścia, bo inaczej się utopimy.
    Stare rany, wspomnienia...Tak jesień jest pełna takich momentów. I nie zawsze są przyjemne. Z drugiej strony kim byśmy byli bez wspomnień?
    Nie zgodzę się z Tobą. Twoje posty bardzo dużo mi dały. Zaczęłam się zastanawiać nad tak wieloma sprawami, starać się płynąć czasem pod prąd (co w środowisku chrześcijańskim nie zawsze jest łatwe)i cieszyć się tym co się ma. Cóż mogę powiedzieć, być może dzięki Tobie i innym ludziom zmieniłam się sama właściwie tego nie widząc. W każdym razie dziękuję Ci za to ;)
    Na koniec już blog to właściwie tylko kawałek internetu, ale można w nim zdziałać naprawdę wiele. Jeśli będziesz chciała to zostań, ja na pewno będę się cieszyć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To miło czytać:)
      Zmiany są ciąłe tylko...czasem po prost bardziej nagle widoczne. I wtedy nieraz robi się nam ciężko, czasem to suma wielu małych zmian właśnie:)
      Nikim, to coś, co buduje naszą tożsamość, teraźniejszość....i za te bolesne nawet wspomnienia powinniśmy być wręcz wdzięczni:)
      I...jestem zaskoczona, ale naprawdę, miło mi to czytać i to jakoś daje wręcz powera do pisania:)

      Usuń
  15. powinnaś napisać książkę. masz dar przelewania emocji na papier, nie sposób oderwać się od tego co napisałaś... z miłością do gór łącze się, nic tak nie działa na mnie jak wędrówki po szlaku. odkrywanie dojrzenia w samym siebie na nowo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za miłe słowa:)
      Hah, tylko jeden górołaz zrozumie drugiego górołaza, co?:D

      Usuń
  16. Ja też własnie powróciłam... Rozumiem to bardzo dobrze. Trzymaj się ciepło :)

    OdpowiedzUsuń