-Ale nie będziesz już w ogóle
pisać?
-Nie wiem.
-Kiedy napiszesz jakiegoś posta?
-Nie wiem.
-Czemu nie piszesz?
-Nie wiem. Sama nie wiem, mam jakąś
blokadę. Wiem, że chwilowo nie mogę, za dużo zmian we mnie za
dużo w życiu, jeden chaos a...słowa nie zawsze pomagają.
Wczoraj znów, przypadkiem poruszony
ten temat. Przedtem wałkowany godzinami z kimś, kto wyjechał
daleko, ale nawet w chaosie układania swojego życia zawsze ma czas,
żeby przejąć się nic nie znaczącą pierdołą, taką, jak moje
pisanie.
-A ja bym chciał przeczytać kiedyś
coś, co napiszesz. Chociaż, może byłoby to ciężkie, ale bym
chciał. Chociaż może i tak bym nic nie zrozumiał, bo jestem na to
za łupi, to bym chciał.
Niesamowicie miłe słowa które padają
tam, gdzie najmniej człowiek się ich spodziewa, między jednym a
drugim żartem.
Nikomu nie ubędzie, gdy nie będę
pisać. Nic to nie zmieni. Ani świata, ani tak naprawdę tych,
którzy to czytają, bo słowa mają w naszym świecie to do siebie
że wpadają na chwilę do umysłu, ale nie na stałe do serca,
zasiewając ziarna, z których można zebrać niezły plon.
Chociaż nie, są takie słowa. Były.
Też w tym blogowym świecie. Ale to nie moje.
Nie mogłam pisać. Długi czas po
prostu nie mogłam. Całkowita blokada.
Zresztą, nadal nie wiem, czy umiem.
Nadal nie wiem, czy to chwilowy zryw, po którym być może, już na
dobre porzucę to miejsce. Nie chcę niczego obiecywać, nie chcę
niczego zakładać. Nigdy tego nie robiłam.
Ale tak samo nie chcę palić mostów.
Coraz bardziej oddala się w czasie powód, dla którego założyłam
tego bloga- ale ja pamiętam, serce, które bije mocno i czule w
mojej piersi, czasem przeszywane tęsknotami, pamięta. Zwłaszcza
jesienią.
Zresztą, jesień zawsze była porą
tęsknot. Ale i porą romantyków, najwspanialszych mgieł i dziwnego
spokoju, który spływa wraz z porannym i wieczornym, coraz
wcześniejszym mrokiem.
Jesienią mogę się uspokoić.
Jesienią mogę odpocząć. Jesienią mogę...wrócić.
Jesienią Włóczykij opuszczał zawsze
Dolinę Muminków- a ja mogę wrócić do swojego nierealnego domu,
miejsca. Bo chyba ukoiłam chaos.
Lato bowiem było aż nazbyt
intensywne. Przez liczne wyjazdy, spotkania, ale i emocje. Przez to,
co we mnie.
Wczesnoletni wyjazd w Bieszczady z
cudownymi ludźmi zaczął pewne zmiany, o których jest ostatni post
na tym blogu.
Wrześniowy wyjazd sam na sam z Mężem,
najcudowniejszym mężczyzną, któremu wybaczyłam już chyba
całkiem zeszłoroczne rany, zamknął je.
Góry i wędrówka, cudowna klamra,
początek i koniec pewnego dojrzewania, które nie było łatwe.
Które było bolesne. Dojrzewania, które zakończyło pewne sprawy,
żałoby i tęsknoty i zmieniło je w piękno. Zmiany, które kazały
trzeźwym okiem spojrzeć na pewne relacje i przełknąć pewne żale.
Niby nie działo się nic, a we mnie,
przez ten czas działo się wszystko. I być może, właśnie dlatego
nie chciałam pisać. Nie chciałam być może pisać dlatego, że
sama w sobie nie byłam niczego pewna, jednego dnia czułam euforię,
drugiego gwałtownie spadałam, wiedząc jednak w środku, że to po
prostu przemiana, kolejna przemiana, intensywne kiełkowanie ziarna,
które kiedyś wpadło do mojego serca, intensywne zarastanie ran,
tak, by soki życiowe nie uciekały, tak, by mogła we mnie wibrować
i tętnić prawdziwie życiowa energia, taka, jaką poczułam w
Bieszczadach.
Nie chciałam pisać przy pierwszej
euforii czerwca i lipca, nie chciałam pisać o żalu w sierpniu, że
jestem sama- choć wcale nie byłam.
Bo trudny był przede wszystkim okres
sierpnia, ten pełen wspaniałych dat, takich jak rocznica ślubu czy
urodziny mojego Męża ale też i tych, które ściągają na dno-
kolejna rocznica śmierci Vincenta, kolejna noc spadających gwiazd.
Sierpień przejął dominujący żal,
który skrywany był pod uśmiechem i intensywnością podróży,
żal, że nie ma przy mnie kogoś, kto powinien mnie wspierać, jak
myślałam egoistycznie. Żal, który płynął ze zmiany kształtu
relacji, które, też może sama zaczęłam, a może takich, na które
też po prostu musiałam się zgodzić. Żal, który mówił gdzieś
w głębi „jakby zależało, zawsze znalazłby się czas na piwo z
tobą, zwłaszcza, że potrzebujesz pogadać, potrzebujesz pomocy”.
Nie znalazł się. Jednak koniec już sierpnia i początek września
pozwolił to do końca zrozumieć, zwłaszcza, gdy oczy otworzyły
się na innych ludzi.
Tych, którzy stale mieli czas, którzy
byli, oddaliby ostatnią koszulę, gdyby tylko mi było zimno.
Dziewczyna z pracy, która ma takie samo imię jak ja. Pewna pisarka,
z którą mogę rozmawiać godzinami, ta z cudownym podejściem do
życia. Mój Nocny Chłopak z pracy, który jest o wiele dojrzalszy i
mądrzejszy niż wielu sądzi.
Jedni odeszli, zgubili się zwłaszcza,
gdy to ja przestałam się odzywać, tylko przez to, że straciłam
numery telefonów i postanowiłam poczekać. Inni po prostu zajęli
się swoim życiem, odchodząc częściowo, emocje przestały być
tak intensywne. A inni znaleźli się na nowo. Zdali pewien egzamin,
nie wiedząc nawet, że jakiś egzamin istnieje.
Przesunięcie jednych relacji, ich
zmiana zrobiła miejsce na inne- i być może, to wreszcie na takie,
w których to ja czuję się nieraz ważna.
Ale po sierpniu przyszedł właśnie
cudowny, ciepły wrzesień. Kolejna górska wyprawa z Mężem. Ta,
której trochę się bałam, bo bałam się wspomnień zeszłego
roku, tego, że otworzą się rany, gdy na wierzchołkach gór
usłyszę pierwszy ryk śpiewających tylko jesienią jeleni.
Nic takiego się nie stało.
Bałam się ostatnich dni września,
26, 27, 28. Nic. Pamiętałam, ale to nic. Zupełnie nic. Nie czułam
żalu, może tylko w pewnym momencie, gdy piłam z dziewczyną z
pracy i poczułam, że przy niej, przy jej prostym cieple mogłabym
się wypłakać, tak jak nie umiem prawie nikomu.
Może to nie kwestia mojego wstydu
wobec łez. Może to kwestia prawidłowego kształtu relacji, może
to kwestia i moich zmian. Może to kwestia tego, że przez te 3
miesiące zdałam sobie sprawę, że są ludzie, przy których to nie
moja siła musi dominować i ogarniać.
Te 3 miesiące kiedy nie pisałam to
dojrzewanie. Z jednej strony kolejne twardnienie masy, z której
jestem ulepiona, umiejętność powiedzenia „nie” gdy ktoś
zaczyna wpływać toksycznie. Z drugiej strony to kolejne fale
czułości, kolejna miękkość która osłania moje mocne kości.
I to wszystko mi się podoba.
Co najważniejsze może, przez te
miesiące odzyskałam też swoją kobiecość. Nie schudłam, nie
wyładniałam, nie zaczęłam się częściej malować. Wszystko
tłumaczę tym, że odstawiłam hormony i „jadę na swoim
estrogenie”. Ale odzyskałam swoją kobiecość i znów mogę dziko
i namiętnie kochać się ze swoim mężem.
Może to hormony. A może to prawdziwie
zaleczone rany?
Stale słyszę od niego, jak pięknie
wyglądam. Że „wróciłam do siebie”. Że znowu promieniuję tą
dawniejszą, dobrą, trochę psotną energią.
Tak. Zakochałam się na nowo, on na
nowo zakochał się we mnie. Sami nie wiemy jak i kiedy, ale przez to
znów zachowujemy się jak nastolatki, uprawiamy seks po kilka razy
dziennie nie mogąc się od siebie oderwać ( napad namiętności w
domu jego rodziców czy tarzanie się po leśnym igliwiu jak za
dawnych lat w górach?czemu nie!), napadając na siebie niczym
zwierzęta. Dajemy sobie drobne upominki, przesyłamy namiętne
sms-y, usychamy z tęsknoty przez 5 dni rozłąki. Jestem zakochana
po uszy, na nowo- do tego w tym samym mężczyźnie, którego znam od
lat i który jest moim najlepszym przyjacielem. Ba, od paru lat jest
moim mężem. Czy może być wspanialej?
Może od tej miłości, zakochania tak promienieję, że zaczynają mnie nieraz podrywać na nowo obcy mężczyźni?
Dojrzałam, przez te 3 miesiące
intensywnych zmian dojrzałam, by odmłodnieć. Znowu być dzieckiem.
Może się zmieniłam.
A może wróciłam?
Bo chyba naprawdę wróciłam do
siebie. Wróciłam jakoś do domu. Tego, który odebrała mi już
śmierć Vincenta, potem Królika, potem wrzesień zeszłego roku,
odebrał mi, paradoksalnie, najboleśniej.
Przetrwałam, ze zrujnowanym
tęsknotami, wstydem i bólem wnętrzem- nadal jakoś zachowując
radość.
-Naprawdę, nie znam bardziej radosnej
pozytywnej osoby niż ty. Tylko się na ciebie patrzy i od razu się
morda wszystkim śmieje.
Bo ona zawsze była, ta radość i zawsze ze mnie wychodziła, nawet, gdy mnie bolało. Nigdy nie
zniknęła- a teraz, z przepracowanym żalem, z czasem dla mnie
samej, może promienieć jeszcze dalej. Może to nie moment tej
wspaniałej jesieni. Może już tak zostanie?
Tak jak...kiedyś.
Wróciłam do domu. A może
raczej....odbudowałam go, wtedy, gdy w końcu skupiłam się na
własnym, zamiast ratować dookoła cały świat i cudze ruiny, na których skupiałam się po największych ciosach w życiu, tych trzech właśnie.
Bo cudzych domów i tak nigdy nie mogłam
uratować, a te same odchodzą, gdy znajdą swoje środki do celu, a człowiek w pewien sposób jest zbędny.
Smutna prawda, ale...to to, czego się tez nauczyłam. To cenna lekcja, która też, paradoksalnie leczy z żalu.
Nie oczekuj.
Przetrwałam rany. Zmieniłam się.
Jestem...szczęśliwa.
Nie wiem, czy taka właśnie potrafię
pisać, bo w prostych gestach, oczywistych czułościach ostatnimi czasy zgubiłam słowa, potem się nie odnalazły w szczęściu tak łatwo. Mówią, że słowa to domena chaosu i melancholii. Ale
chyba...jakoś mi idzie?
Wróciłam więc dzisiaj do miejsca w
którym może za bardzo mnie nie brakowało. Ale jestem, znajduję
nowe słowa. Dzisiaj. Czy później, nie mogę obiecać.
Przyszła jesień i można pisać, jak
wczoraj żartowałam z kogoś innego. Jeszcze nie wiedziałam, że
mówię o samej sobie.
Przyszła jesień i o dziwo, przyszedł
spokój, a pewne nawracające wspomnienia wcale nie bolą. Nie boję
się i nawet 5 listopada, bo wiem, że losowo, będę z kimś kto
ogrzeje mnie swoim prostym ciepłem- i to ja będę ogrzewana, a nie
ja będę musiała ogrzewać. Dziwne, wyzwalające uczucie.
Jesień.
Kasztany walają mi się po całym
nieposprzątanym mieszkaniu, pachnie już herbatą, słucham muzyki,
która niedawno wyciskała łzy, a teraz koi. Czerwienieją i żółkną
liście, wprawiając mnie w zachwyt. Pieką się placki z jabłkami,
mimo że ja mam zepsuty piekarnik.
Czekam na kolejne dni jesieni i
bardziej myślę o tym, że zobaczę w listopadzie kogoś, z kim będę
mogła nocą porozmawiać, niż o tym, że przez listopad kogoś już
w ogóle nie zobaczę. Dziwna przemiana, która przychodzi z
najbardziej zaskakującej strony.
Ale jak to w życiu.
Szukałam długo, będąc sama w swoim
wnętrzu nieraz jak uwięziona. Ale wróciłam do domu. Być może,
wróciłam na bloga.
Mam kłopoty z widzeniem
Jestem otumaniony
I muszę znaleźć drogę z powrotem
do domu
To byłby cud, gdybyś wyświadczyła
mi tą przysługę
Przetrwam
Na tej wyspie jestem uwięziony
Szukając drogi do domu.
Wszyscy się zmieniamy, Frido. Ja też się zmieniłam.
OdpowiedzUsuńJak możesz sobie zarzucić, że nie potrafisz już pisać. Kto jak nie Ty....? ;)
To prawda, zmieniamy się stale, nieprzerwanie...tylko nieraz te zmiany są tak dosadne, że aż jakoś nawet...bolesne? A jednocześnie i piękne. I muszą odczekać swoje:)
UsuńMam takie wrażenie, że muszę się na nowo rozkręcić:)
Mnie osobiście bardzo Cię tutaj brakowało. Odruchowo od czasu do czasu wpisywałam Twój adres i jakoś smutno mi się robiło za każdym razem, gdy nie było od Ciebie odzewu. Nie wiem, dlaczego tak jest. Uważam, że jakaś niesamowita moc płynie z Twoich słów. No i bardzo się cieszę, że ktoś w końcu otwarcie pisze o swoim szczęściu. Taka też powinnaś pisać. A może zwłaszcza taka. Przecież czy może być coś piękniejszego i bardziej budującego, jak szczere słowa szczęśliwego człowieka? Kto wie, może jakaś duszyczka się zainspiruje tym, co piszesz i zastanowi się nad samą sobą (tak jak ja np). Może nieświadomie jednak odbudujesz cudze ruiny? To Twoja decyzja, ale chciałabym przeczytać tutaj jeszcze niejedną Twoją notkę. Pozdrawiam i niech to Twoje szczęście dalej trwa :)
OdpowiedzUsuńCzyli jednak ktoś tęsknił jakoś? To chyba nawet...dobrze czytać, mimo wszystko.
UsuńNigdy bym nie myślała, że moje słowa mają jakąś moc ale może rzeczywiście...wszystkie słowa mają, a niektóre jak ludzie, trafiają na odpowiednie osoby i wtedy to jakoś działa? Może jednak tak jest:)
I właśnie dlatego mam zamiar pisać tylko...nie wiem, jak mi to wyjdzie cholera teraz :D
Im bardziej się będziesz nad tym zastanawiać, tym będzie Ci trudniej przecież. Daj się ponieść samej sobie i już :) Nawet, jeśli na kolejny post mielibyśmy czekać kolejne 3 miesiące :D
UsuńCierpliwie czekałam na Twój powrót i Twoje słowa.Wiedziałam,że wrócisz,kto jak kto,ale Ty musiałaś. Uwielbiam bowiem każde Twoje słowo,no brakowało mi Ciebie :)
OdpowiedzUsuńDojrzałam by być dzieckiem.Cudowne słowa,a jakie prawdziwe:)
https://sweetcruel.wordpress.com/
Hm, trochę głupio, ale jednak miło to czytać, że ktoś jakoś no...tęsknił w tej przestrzeni:) Mam nadzieję, że jednak uda mi się wrócić, a nie, że to pojedynczy zryw.
UsuńBo do tego właśnie trzeba dojrzeć nieraz najbardziej:)
Ciesze sie ze lato spedzilas intensywnie ;) mi minelo zbyt szybko ;)
OdpowiedzUsuńMi z jednej strony też ale...potrzebowałam już jesieni:)
UsuńTak pięknie piszesz o jesieni, że każdy kto jej nie lubi powinien przeczytać, a na pewno pokocha. ♥
OdpowiedzUsuńMyślę, że Twoje słowa trafiają do wielu wbrew pozorom. Może nie zawsze są gdzieś w myślach, ale w podświadomości pozostają i działają.
Hm, naprawdę? To dobrze chyba, ale ja po prostu naprawdę lubię jesień:)
UsuńByć może, chociaż nieraz trudno w to uwierzyć.
Widzę, że dużo się działo, jak Cię nie było. Cieszę się, że jesteś szczęśliwa i że budujesz swój własny świat :)
OdpowiedzUsuńNo i fajnie, że już jesteś :)
Owszem, przede wszystkim działo się tak...w środku, ale i na zewnątrz, bo liczne wyjazdy, zmiany w pracy...no ale, wszystko wyszło raczej na dobre:)
UsuńI miło mi to czytać:)
Nawet nie wiesz jak się ucieszyłam, jak zobaczyłam nowy post :-) Co jakiś czas tu zaglądałam i Twoja nieobecnosć powoli zaczęła mnie martwić :) A do pisania się wdrożysz :)
OdpowiedzUsuńMiło mi to czytać:)
UsuńNo, na nowo muszę znaleźć słowa, składnię nawet:D Ale jak będą miały przyjść, to same przyjdą, jak nie...to poszukam sobie innego środka wyrazu, znając mnie:)
Byleby tylko tematy na które się chce pisać się nie kończyły, to jakoś to będzie szło :)
UsuńNo cóż... wiele się działo przez te miesiące, też zauważyłam u siebie masę zmian. Zauważyłam, że długo nie piszesz, ale nie chciałam się narzucać. Ciebie słowa mocno się trzymają, prędzej czy później blog pomaga... :)
OdpowiedzUsuńNastały piękne dni.
Pozdrawiam ciepło z Wrocławia, w weekend wpadam do Poznania:)
Ano nie pisałam, bo dałam sobie właśnie czas i czas dla zmian:) A te nieraz trudno uzewnętrzniać, prawda?:) I pomaga czy nie, po prostu dobrze jest pisać:)
UsuńI owszem, mimo, że trochę ponure to jakoś...rozświetlają serce:)
Hah, już się odezwałam do ciebie w tej sprawie XD
Cieszy mnie Twój powrót - do siebie i nas.
OdpowiedzUsuńMiło mi to czytać:) I w ogóle, sądzę, że to właśnie też powrót jakoś bardziej...ogólny, niż tylko tutaj. Wiesz pewnie o co mi chodzi:)
UsuńDobrze, że wróciłaś, nie powiem trochę się martwiłam ^^
OdpowiedzUsuńA pisać umiesz, to jeden z najbardziej ciepłych tekstów na blogu, widać, że jesteś szczęśliwa więc można być Ci tylko wdzięczną, gdy zechcesz się tym podzielić ;>
Um, dziękuję za miłe słowa:) I jestem i mam zamiar się dzielić póki co...i swoimi dziwnymi myślami XD
UsuńJak na blokadę, to całkiem nieźle Ci wyszło:) Ja jednak liczę, że wróciłaś na dobre, bo lubię Cię odwiedzać, choć jeśli zdecydujesz inaczej, zrozumiem...
OdpowiedzUsuńNo bo już blokada troszkę opadła:) I jednak chyba zostanę chociaż...nie obiecuję, że nie będę znikać XD
UsuńCzyli pozytywnie i pozytywnie :) Cieszę się z Twojego powrotu :)
OdpowiedzUsuńOtóż to:) ja już też:)
UsuńDobrze, że wróciłaś! Czekałam na notkę z utęsknieniem. Myślę, że u każdego większe lub mniejsze zmiany zachodzą. U mnie też są, ale o tym może w kolejnej notce ;p
OdpowiedzUsuńMiło mi to czytać:)
UsuńI...czekam na nią w takim razie:)
Również cieszę się z Twojego powrotu :)
OdpowiedzUsuńZmiany zmianami wiem coś o tym. Zazwyczaj stawiają nas pośrodku życia jak w oceanie bez koła ratunkowego. I cóż. Trzeba jakoś sobie dać radę nie ma wyjścia, bo inaczej się utopimy.
Stare rany, wspomnienia...Tak jesień jest pełna takich momentów. I nie zawsze są przyjemne. Z drugiej strony kim byśmy byli bez wspomnień?
Nie zgodzę się z Tobą. Twoje posty bardzo dużo mi dały. Zaczęłam się zastanawiać nad tak wieloma sprawami, starać się płynąć czasem pod prąd (co w środowisku chrześcijańskim nie zawsze jest łatwe)i cieszyć się tym co się ma. Cóż mogę powiedzieć, być może dzięki Tobie i innym ludziom zmieniłam się sama właściwie tego nie widząc. W każdym razie dziękuję Ci za to ;)
Na koniec już blog to właściwie tylko kawałek internetu, ale można w nim zdziałać naprawdę wiele. Jeśli będziesz chciała to zostań, ja na pewno będę się cieszyć :)
To miło czytać:)
UsuńZmiany są ciąłe tylko...czasem po prost bardziej nagle widoczne. I wtedy nieraz robi się nam ciężko, czasem to suma wielu małych zmian właśnie:)
Nikim, to coś, co buduje naszą tożsamość, teraźniejszość....i za te bolesne nawet wspomnienia powinniśmy być wręcz wdzięczni:)
I...jestem zaskoczona, ale naprawdę, miło mi to czytać i to jakoś daje wręcz powera do pisania:)
powinnaś napisać książkę. masz dar przelewania emocji na papier, nie sposób oderwać się od tego co napisałaś... z miłością do gór łącze się, nic tak nie działa na mnie jak wędrówki po szlaku. odkrywanie dojrzenia w samym siebie na nowo
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo za miłe słowa:)
UsuńHah, tylko jeden górołaz zrozumie drugiego górołaza, co?:D
Ja też własnie powróciłam... Rozumiem to bardzo dobrze. Trzymaj się ciepło :)
OdpowiedzUsuńWidzę właśnie:)
Usuń