wtorek, 6 grudnia 2016

O tym, jak to jest kochać zimą.

Zimą kocham inaczej.
Zimą kocham spokojniej. Cieplej. Jakby na przekór mrozom. Na przekór ciemności.

Zimą moja miłość nie ma w sobie tyle namiętności. Nie ma w sobie tyle frywolności co latem, ogrzewana słońcem, rozebrana, naga, wystawiana na widok. Nie ubiera się w kolorowe skrzydła motyli i śpiew setek ptaków. Nie spoglądają na nią rozszerzone oczy jeleni, gdy kochamy się na posłaniu z igliwia, nie spogląda na nią pachnący las, nie tarza się w zapachu siana. Nie jest tak fizyczna, rozpalona słońcem jak moja skóra. Miłość nie pachnie zbożem i sianem, gałązkami traw i słomkami wplątanymi w nasze ciała, ubrania.
Zimą moja miłość nie biegnie polami, nie śmieje się i nie śpiewa w taki sposób, jak latem. Ma w sobie mniej życia. Ma go w sobie o wiele więcej.

Zimą moja miłość siedzi w środku, głęboko, podskórnie.
Zimą moja miłość zamyka się w tętnicach i żyłach i pędzi z ciepłym strumieniem krwi, który zatrzymuje się w środku. Bije mocnym sercem, które zwalnia bieg, jak zahibernowane, ale nadal żywe, nadal mocne. Może nawet i mocniejsze.

Zimą moja miłość ma w sobie o wiele więcej czułości i spokoju. To każde nocne przytulenie i jego zimny nos wtulony w mój kark, mój kark, który coraz bardziej kryje się pod ciemnymi włosami, włosami, co rosną nieokiełznanie. Mówię sobie, że czas je ściąć. Ale może coś we mnie wcale nie chce tego robić? Może coś we mnie mówi o wplątywaniu się w nie we wspólnej pościeli, o tym, że nie muszę już udowadniać swojej siły światu w inny sposób.?

Może nie czuję potrzeby. Bo zimą moja miłość łagodnieje. Ja łagodnieje,a miłość ta moja zamyka się w ciepłym kokonie jednych, jedynych ramion i nie krzyczy aż pod samo niebo o rozkoszy.

Delikatnie o niej szepczę jeno, nie krzyczę, tak jakbym nie chciała zbudzić tych, co układają się do zimowego snu. Szepczę na ucho, jakbym bała się, że wywołam całe lawiny spadające z gór, czapy śniegowe, okruchy lodu, że spadną na głowy temu, którego kocham najmocniej ,gdy wyruszy niedługo na wędrówkę, sam,beze mnie u boku. Bez mojego ciepła. Szepczę więc, jakby mój donośny głos mógł splamić niewinność białego lodu. Pokruszyć delikatny na wibracje i głuche odgłosy wystrzału lód. Przynieść zamieć.

Zimą, w mroku, kocham inaczej. Nie przenika mnie głos setek ptaków, słyszę śpiew tego jednego, jedynego. Tego, który jak żaden inny umie ogrzać, tego, który jak żaden inny. Tego, który najwyraźniejszy jest w ciszy. Tego, który zaklęty jest w sercu.
Bo ten jeden rozumie, że zimą potrzebuję spokoju.

Zimą kocham inaczej.
Zimą mniej widzę, a więcej czuję. W środku, od środka.
Dotykam. Wącham. Oddycham. Zamykam oczy i oddaję się ciepłu, które czuję podczas mrozu. Tego, które biegnie od jednego serca do drugiego. Jest niewyczerpanym źródłem energii. Jest wiecznie płonącym ogniem.

Zimą rozcieram moimi ciepłymi dłońmi te, które są większe od moich, te, które marzną. Te, które stają się coraz twardsze. Zimą, w bladym blasku słońca, bladym lecz ostrym i bezlitosnym jak żadne inne widzę kolejne zmarszczki. Kolejne siwe włosy mylę z płatkami śniegu które osiadły na jego głowie. Topniejący śnieg scałowuję z jego warg, z jego rzęs. Jak przed laty, myślę sobie.
Jak wtedy, kiedy przezywaliśmy razem ten pierwszy śnieg.
Jak wtedy, kiedy mi się oświadczał.
Jak wtedy, gdy w ciemności tarzaliśmy się w zaspach nad jeziorem.
Jak wtedy, gdy widzieliśmy, jak wszystko się topi i jak spod śniegu wychodzą pierwsze kwiaty.
Każdy kolejny początek i koniec. Każda nasza śmierć i zmartwychwstanie.

Zimą kocham inaczej. Inaczej marzę o naszej miłości.
Widzę białe zaspy, które znów pokonujemy razem. Widzę kolejny pierwszy śnieg, za rok, dwa, dwadzieścia, trzydzieści. Ile będzie dane. Kolejne zmarszczki, które będę całować. Kolejne odciski i pęcherze na rękach. Kolejne małe blizny, ślad po ugryzieniu szczura zamkniętego w piwnicy, ślad po oparzeniu zimnym ogniem, ślad po nacięciu nożem skóry, kiedy kroił dla mnie jabłko. Ślady na skórze jak ślady na śniegu.
Tylko zimą tropy stają się tak wyraźne. Tylko zimą można stanąć i węszyć i w czystym zapachu wyczuć najważniejsze nuty.

Zimą kocham inaczej. Dojrzalej. Jakbym znała wszystko co było, jakbym znała wszystko co będzie.
Coś zamarza we mnie, ale wcale nie umiera. Coś znów przywdziewa niedźwiedzią skórę i udaje się tam, gdzie nieliczni mają wstęp. A może nie ma go już nikt, oprócz mnie i mojej miłości.

Coś we mnie zamarza, ale tym bardziej czuję, jak przepływa we mnie czysty strumień. To, co wieczne, to co najważniejsze, to, to najpiękniejsze i najczulsze staje się jaskrawsze na tle wszechogarniającej bieli i ciszy. To, co najistotniejsze staje się tym bardziej żywe. W pozornej śmierci. I w pozornym zimnie ogrzewa najbardziej. W pozornej pustce najwięcej jest znaczeń. W ciemności najbardziej widzę światło.

Zimą kocham inaczej.
W szare poranki, kiedy nie możemy oboje podnieść się z łóżka i wtulamy się w siebie coraz mocniej. Nasze serca równają swój rytm, mamy czas, możemy stawać się jednym. Bo jesteśmy już jednym stworzeniem, zwierzęciem które znalazło swoje ciepło. Które znalazło swój dom. Jednym organizmem, który zamarznął nad rzeką, ale ożył, gdy tylko dotyk sprawił, że znów stało się całością.

Zimą kocham inaczej. Czulej, cieplej, dosadniej. I w tej miłości nie potrzebuję żadnych symboli i deklaracji. Potrzebuję ich coraz mniej. Nie potrzebuję prezentów, świadków i widowni. Nie potrzebuję cudzych pochwał mojej miłości, nie wystawiam jej na światło dzienne. Coraz mniej i coraz mniej poklasku. Coraz więcej w tym nas. Po prostu nas, zwiniętych w kłęby, sploty, ludzkie warkocze jak polarne lisy w swojej norze.
Polarne lisy. Cudzy symbol. Te, który zabieram ze sobą właśnie w zimowej miłości. Ten, który ze mną został. Z nami. Ten, który staje się nami. 

Bo ja kocham w mroku. Bo ja słyszę bijące serce. Bo ja widzę ślady jak tropy na śniegu i wplatam je w nasze złączone życie.
Bo ja nie zapominam, zimą spokojniej, łagodniej, nie zapominam. Kocham tak samo. To, co było. To, co jest. 

I zimą moja miłość nabiera dystansu i wyczuwa gdzieś tam, pod skórą, pod obcym coraz bardziej śniegiem, nuty fałszu, jak biały lis wyczuwa gryzonie pod śniegiem, tak moja miłość słyszy to chrobotanie, pod warstwą lukru. Lemingi, które same zrzucą się z klifu, te, które pod śniegiem zimą szukają zieleni. Tej, która nie ma prawa już tu być.
Ale moja miłość odchodzi od tego spokojnie, nie atakuje. Mój biały lis polarny jest syty. Mój biały lis polarny ma grube futro i wraca do swojego świata, swojej podziemnej nory. I rozkoszuje się ciepłem swojego podziemnego świata.
Zimą kocham inaczej i czuję, że białego śniegu nie mogę splamić cudzą krwią. Zbyt niewinny. Zbyt zimny. Nagle, zbyt obcy.

Zimą kocham inaczej.
Widzę drzewa bez liści, w których drzemie siła, które obudzą się na wiosnę, zalewając świat zielenią. Widzę potencjały, widzę nasz potencjał, zebrany w sercu, ten, który wybucha, wybucha co jakiś czas, gdy więcej światła, jak te drzewa, jak przebiśniegi, krokusy.
Widzę słońce, które obumiera, starzejące się słońce, którego światło jest jak życie starego człowieka. Ale widzę słońce, które znów się odrodzi, w Yule, światło które wróci. Widzę to w nas samych.
Widzę światło, które nigdy do końca nie znika, nawet za krańcem świata, nawet w wiecznej zmarzlinie.

Zimą kocham inaczej.
Cieplej, spokojnie, czulej. W głębi serca. Widzę więcej.
Zimą kocham inaczej. To, co niespokojne umiera we mnie. Coś we mnie schodzi w mrok, ucisza się, odpoczywa. Coś we mnie umiera. To prawda.
Ale to samo zimą we mnie pamięta o tym, co najważniejsze. Ale to samo zimą pamięta we mnie o tym, jak to jest być żywym. Jak to jest żywych kochać. Tych, co zostają.



Spaceruję przez sen
Jak nagie drzewa
Czy one się obudzą?
Czy one śpią, czy one śnią?
Czuję, jak wiatr głaszcze moją skórę
Jestem poruszona chłodem
Słyszę, jak zimowy ptak śpiewa

Moje łzy są zawsze zamarznięte
Widzę powietrze, które wydycham
Moje palce malują obrazek
Na szkle przede mną
Ułóż mnie nad zamarzniętą rzeką
Gdzie mijały mnie łódki
Wszystko, co muszę pamiętać

To to, jak to było czuć się żywym. 

30 komentarzy:

  1. To prawda. Zima to taki inny okres, w którym potrzebujemy kogoś kto rozgrzeje nasze serca <3
    Pozdrawiam Niecoinna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Albo w którym i bardziej czujemy ciepło własnego:)

      Usuń
  2. Widzę, że cały czas pani Aurora Cię prześladuje muzycznie ^^
    I cóż, pięknie ujęłaś tę miłość w słowach, nie pierwszy raz zresztą. Ale coś w tym zdecydowanie jest. Nawet ja to czuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie jeszcze parę tygodni będę miała na nią fazę, także wiesz:) Jak coś mi się wkręca to na poważnie XD
      Dziękuję:)Bo jednak żyjemy w zgodzie z pewnym cyklem, czyż nie?)

      Usuń
    2. Z cyklu syndrom zapętlenia jednego wykonawcy? ;D
      Dokładnie tak :)

      Usuń
    3. Mniej więcej:) Chociaż dzisiaj mi już przeszło, ale to pewnie też dlatego, że znajomy zarzucił mnie nowościami płytowymi xD

      Usuń
  3. Wgl w zimie jest wiele wydarzeń, które sprawiają, że serca się otwierają :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tzn. jakich wydarzeń? Coś konkretnego na myśli?:)

      Usuń
  4. Miłość ma różne twarze. Inna na początku, inna po kilku latach, inna po kilkudziesięciu. Ale czy pora roku i na mnie tak wpływa? Nie zastanawiałam się nad tym do tej pory, ale faktycznie zimą jest jakoś tak spokojniej, ale u nas zimą mamy chyba jednak więcej czasu dla samych siebie. W lato wciąż coś się dzieje, gdzieś jeździmy, spędzamy czas w towarzystwie, na ogniskach, imprezach, grillach...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja po prostu jakoś na początku zimy się wyciszam, to i inaczej trochę to, co stałe i niezmienne odczuwam:) Inaczej mi się moja miłość objawia trochę:) I właśnie, to też swoje robi, my też mniej widujemy znajomych:)

      Usuń
  5. O ile jesienią jestem bardziej nerwowa, i świat widzę raczej w ciemnych kolorach i ludzie mnie częściej irytują, to zimową porą jestem inna. Bardziej spokojniejsza, ale i radośniejsza. Nie wiem czego to wpływ,ale po jesieni lubię jak przychodzi zima i jak się zmieniam :)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie to to, że czujemy zbliżające się jednak przesilenie i to nas napełnia jakoś nadzieją:)

      Usuń
  6. Bo zimą potrzeba ciepła, nie żaru. Krzepiącego i spokojnego :) Aż chce się usiąść z kubkiem herbaty, pomyśleć i ogrzać przed kominkiem, choćby wyimaginowanym :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to:) Po prostu sama zima wycisza, chłodzi więc...to, co już mamy też jakoś inaczej się odczuwa. Ale to dobre odczuwanie właśnie:) Hah, może w końcu dorobimy się prawdziwego?:D Ja w sumie mam u teściów w domu XD

      Usuń
  7. Nigdy nie myślałam o tym, że zimą można kochać inaczej. Ale po przeczytaniu stwierdzam, że też tak mam :) Latem człowiek to zachowuje się jak jakiś napaleniec a zimą wystarczy kocyk i przytulanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to, a zimą robi się jakoś czulej po prostu:)

      Usuń
    2. Latem trochę trudno się przytulać bo w moim związku jest np.: "odsuń się bo gorąco mi" :D

      Usuń
    3. Otóż to, dlatego ta czułość zimowa ma też swoje uzasadnienie XD

      Usuń
  8. Zimą wszystko jest spokojniejsze, więc i miłość też. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to, wszystko się jakoś samo wycisza:)

      Usuń
    2. W sumie... dobrze, że taki mamy klimat. :D

      Usuń
  9. Ja bym powiedziała, że zimowa miłość jest bardziej dojrzała i poważna. A ta latem właśnie taka szalona, rozchichotana. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, widać jaskrawiej to jej drugie oblicze, chociaż i to frywolne nieraz przebija, tylko że go mniej:)

      Usuń
  10. ja tam kocham wciąż tak samo, tak myślę. czy to lato, czy zima, wciąż tak samo. może zimą miłość jest bardziej czulsza, bo lgniemy do ciepła, czułości i bliskości drugiej osoby.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, miłość jest ta sama tylko inaczej się ją jakoś odczuwa, ukazuje. Bo i my sami jesteśmy zimą jednak mniej frywolni, jednak odczuwamy ten cykl życia:)

      Usuń
  11. Ojej, potrafisz kochać inaczej zimą? To naprawdę intrygujące i zarazem zaskakujące. Nigdy wcześniej się nad tym zastanawiam, czy mogę kochać inaczej. To wzbudziło we mnie taką dziwną falę zaintrygowania.
    Nawiasem mówiąc, to powracam po długiej przerwie i miło aż przeczytać Twoje posty. :) Pozdrawiam ciepło w te mroźne dni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu ta miłość inaczej się objawia, zresztą, jak wiele rzeczy zimą:) Sama jestem spokojniejsza więc i jakoś spokojniej tą miłość okazuję:)
      Widzę właśnie i cieszę się z powrotu:)

      Usuń
  12. Sama zauważyłam, że wraz z okrutnym mrozem i po minięciu pierwszej fali pt. "pizga złem i odwalcie się wszyscy ode mnie", wezbrała fala spokoju i właśnie takiej czułości, łagodności. To naprawdę cudowne uczucie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, tak jakby...po symbolicznym umieraniu przychodzi spokój. I owszem, dobrze je czuć w sercu:)

      Usuń